27 paź 2026

Jej noce coraz krótsze - cz. 4

     Nie było w tym żadnej metody poza przekorą bycia nie tam, gdzie tego chcieliby inni. Chciała iść gdzie indziej. Z kimś innym. Noc potrafi łączyć ludzi w nieoczekiwane konfiguracje. Nie liczy się wiek, doświadczenie, zawód, pochodzenie ani zamieszkanie. Tylko ta jedna okoliczność, przypadek, los... Jak zwał, tak zwał. Chwila, w której ktoś rzuca wyzwanie ciemności nocy, a inni się przyłączają.
     Nie pamięta, kto wtedy rzucił hasło: idziemy w miasto, noc taka krótka. Pięcioro autsajderów, którzy przez jedną noc postanowili być razem. Przekrój wieku od dwudziestu do pięćdziesięciu pięciu lat. Kto by pomyślał, że dwudziestolatek będzie z emerytką dyskutował, jakie lokale są jeszcze otwarte późną nocą w małym miasteczku.
       Po zakończonym spektaklu, stojąc przed zamkniętymi drzwiami domu kultury, ustalali trasę wędrówki. Dla niej było to jak odkrywanie nieznanych lądów. Nie była stąd, nie urodziła się tutaj, jak oni. To miasto nie było jej. Była przybyszem z daleka. Zdała się na ich znajomość terenu i wiedzę, gdzie jeszcze znajdą się otwarte drzwi. Zaczęli spokojnie, od herbaciarni. Czy rodzaj herbaty mówi coś o ludziach? Emerytka zamówiła czarną, a najmłodszy z grona rumiankową. Ona sama lubi eksperymentować ze smakami. Zdecydowała się na imbirowo-cynamonową z nutą bergamotki i cytrusów. Pojawiła się jeszcze jaśminowa i anyżkowa. Niezły odlot, gdy się zapachy wymieszały. 
       Czekając aż na stolik wjadą czajniczki, stali się krytykami teatralnymi i omówili wszystkie obejrzane na scenie aktorskie kreacje. Rzecz zgoła niezwykła w dwudziestotysięcznym mieście bez teatru, gdy amatorski zespół wystawia Moliera. Zgodnie przyznali, że tekst w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego dla dzisiejszego widza dość trudny. Trzeba więc było w zrozumieniu zawiłości języka dopomóc odpowiednią mową ciała i plastycznością gestów, z czego większość aktorskiej obsady wywiązała się znakomicie. Treść pseudopoetyckich sonetów Trysotyna została tak groteskowo przerysowana gestykulacją, że znaczenie słów było zgoła nieistotne. Rzecz cala została sprowadzona do egzaltacji słuchaczek: Filaminty, Armandy i Belizy oraz rozkoszowania się własnym głosem przez autora owego dziełka. Aktor grający Trysotyna pokazał, nie pierwszy raz zresztą, że nie straszna mu żadna postać i doskonale poradzi sobie nawet w konwencji groteskowej.
      Na docenienie zasłużyły także role Chryzala i Filaminty zbudowane na wyrazistym kontraście charakterów: dominującej silnej osobowości żony i ugodowym, wycofanym nieco zachowaniu męża "pod pantoflem". Rysem nadrzędnym Filaminty jest mocny, wręcz kontraltowy głos przenikający na wskroś przestrzeń sceniczną. Na tym tle postać siostry Chryzala, Belizy, brawurowo zagranej w konwencji ezoterycznej muzy odbierającej wyimaginowane hołdy wielbicieli, wprowadza na scenę niemal absurdalną poetyckość. Czerwony szal Belizy i taneczne przemykanie po scenie narzucają skojarzenia z postacią Racheli z Wesela.
       Dla uproszczenia monologowych dłużyzn tekst został skrócony na tyle, by intryga i relacje między postaciami pozostały nadal czytelne. Spektakl grany jest bez przerwy, prowokując do humorystycznego odczytania, zgodnie z tytułem, pozornej uczoności. Co prawda tyrada Marcyny o tym, że "nie babska rzecz przewodzić (i ja, choć kobita,/Wiem, że chłop ma we wszystkim górą być) i kwita" trąci myszką, ale pseudouczoność nadal ma się dobrze w różnych kręgach społecznych i środowiskach. Dopijając herbatę zgodzili się wszyscy, że prawdziwa mądrość, jak w każdej epoce, tak i dzisiaj prezentuje się skromnie i nie zabiega o popularność. 
       Na ocenę scenografii zabrakło czasu, bo lokal się zamykał. Wyszli znowu w noc na ulice oświetlone lampami, szukając kolejnego punktu zaczepienia. I znowu to nie młodzież, lecz kobieta 40+ wskazała, gdzie jeszcze można wejść o północy. Lokal był malutki, z zewnątrz oktagonalny. W środku pusto. Zaspana barmanka z fuknięciem wpuściła rozbawione i rozgadane teatralnymi tematami towarzystwo. Stoliki były wyraźnie używane: brudne, zachlapane, niesprzątnięte. Znaleźli jeden najczystszy, ale wymagający przynajmniej ścierki, z którą kelnerka się jednak nie pokwapiła. Zamówili napoje, bo nic więcej już nie było. Kuchnia zamknięta, tylko butelki w rzędach stały gotowe na każde zawołanie. Tutaj kolejna niezwykłość: jeden z młodzieży nie pije alkoholu wcale, jest abstynentem, drugi tylko francuskie wino, którego w tej zapomnianej na odludziu budce nie było, trzecia bierze tabletki i nie może, emerytka wzięła Egri bikaver. A ona? Ona najbardziej lubi swoje własne. Przynajmniej w domu, wieczorem, siedząc pod kocem w bujanym fotelu. A tutaj? Pewnie spróbowałaby absyntu i z niestartych plam na stoliku namalowałaby w stylu Lautreca Belizę w czerwonym szalu tańczącą na stole. Ale absyntu nie było. Plamy nie chciały się układać w wyraziste kształty. Pozostały niewzruszone dyskusją na wysokim szczeblu.
       Rozważania o wyższości - lub niższości - języków. Język angielski to bełkot, francuski skomplikowany. Niemiecki czysty, ale twardy. A jednak każdy język ma swoją specyficzną warstwę dźwiękową i po prostu jakoś brzmi. Nawet gdy się nie rozumie, słyszy się melodię języka, jego wyjątkową prozodię. A ta z kolei albo zachwyca, albo nie; albo ktoś umie wydobyć wszystkie smaczki dźwiękowe, albo je gubi, spłaszcza i tej melodii pozbawia. I nie jest to kwestia nieznajomości zasad  gramatycznych czy słownictwa. Może to kwestia głosu? A raczej językowego słuchu? Najpierw słuch czy najpierw głos? Chyba jednak słuch, bo głos można mieć ustawiony prawidłowo, a nie umieć się nim posługiwać. Aktorzy uczą się ustawienia głosu, ale czy nadal uczą się używać go w zgodzie z właściwościami języka, którym się w filmie posługują? Czy język wypowiedzi, language, nie powinien raczej zachęcać niż zniechęcać do słuchania? Mistrzowie mowy potrafią tak mówić, że nawet nie rozumiejąc, chcemy ich słuchać. Coś w tym jest, że dobry aktor potrafi nawet książkę telefoniczną przeczytać jakby to był sensacyjny dreszczowiec.
       Nie rozstrzygnęli wtedy, który język jest najpiękniejszy. Znowu ich wyproszono. Prawie świtało. Pożegnali się obietnicą ponownego spotkania i dokończenia dyskusji. Dwudziestolatek skończył studia, został poliglotą, zna siedem języków. Drugi młody człowiek, wówczas dwudziestoparoletni abstynent, nadal jest abstynentem, pracuje w fabryce, wieczorami pisze wiersze. Kobieta 40+ dokarmia bezdomne koty. Emerytka nadal jest emerytką. Popełniła niewybaczalną zbrodnię: za długo żyje. Jest więźniem czwartego piętra w bloku bez windy. A ona? Ona wyjechała. Nigdy do drugiego spotkania nie doszło.  
       

22 paź 2026

muzyczne wspomnienia

biłgorajskie suki na straganie, poznałam lutnika, który je wyrabia


dzwony rurowe


grający na lirze korbowej


taka blacha jak wielka patelnia, trzeba  w nią walnąć


płyta zespołu Ars Antiqua de Paris z zasuszoną czterolistną koniczynką w środku


kowalska robota - wieszak z nutami na pięciolinii

18 paź 2026

Konkurs nr 15 - haiku

Konkurs nr 15 u Eddiego, 

moje utwory

w kategorii A) - dialog z haiku Honoraty Sordyl

przylot bocianów
kobieta wspomina
zabawy z dzieciństwa

(4 pkt)


w kategorii B) - dialog z haiku Sławy Sibigi

powrót po latach
przed drogowskazem
stoi wędrowiec

(1 pkt)


w kategorii C) - dialog z haiku Wiesława Karlińskiego

zimowy wieczór
ulicą niesie się zapach
świeżego chleba

(9 pkt - co w efekcie dało szóste miejsce)

TUTAJ pozostałe wyniki w tej kategorii

6 paź 2026

Nastał październik


Październik, Józef Rapacki, pocztówka ok. 1930 r. Domena publiczna


Jesień, Franciszek Stuck, grafika, "Tygodnik Ilustrowany" nr 41, 16 października 1903 r.


W setną rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki, cegiełka - kartka okolicznościowa z 1917 roku

30 wrz 2026

haiku na koniec września

aromat kawy

codzienne świętowanie

narodzin słońca

 

malarska jesień

zielone, żółte, brązowe

na przemian

 

jesienny alchemik

grzechocą kasztany

w kieszeni

 

koniec sezonu

ostatni kurs taczką

z chwastami

 

koniec lata

wydeptane ścieżki znowu

porasta trawa

  

ostatni trzask

drwal odkłada siekierę

na pniaku


23 wrz 2026

W "Papierowym Żurawiu"

zimowy las
patrzymy na siebie
dwie sarny i ja



Moje haiku w najnowszym numerze "Papierowego Żurawia" nr 1/2026

19 wrz 2026

Aforyzmy 30

Idąc przed siebie, nie zostawiaj za sobą trupów. Gdy dojdziesz do celu, zobaczysz ich twarze.

Najlepszą dietą na odchudzanie jest pusta lodówka.

Grzybiarze są jak szarańcza: zjawiają się chmarą i ani korzonka nie zostawią. 

Współczesne czasy przejdą do historii jako wielki skok powszechnej edukacji: każdy, kto wyrzuca śmieci, materiałoznawstwo ma w małym palcu. 

W szerokiej gamie kuszących atrakcji, promocji i reklam pamiętaj, że możesz też powiedzieć "nie".

Niektórzy tak długo układają szczegółowe plany na każdą godzinę dnia, że brakuje im czasu, żeby je zrealizować. 

Gdyby psy umiały mówić, zagadałyby nas na śmierć; gdyby przemówiły koty,  nadal gadalibyśmy sami do siebie. 

Pomiędzy skokiem w dal a skokiem wzwyż nie ma wielkiej różnicy: po jednym i drugim ląduje się na pupie. 

Wielka kariera nie oznacza wielkiego człowieka.

Nawet wygrana w kasynie może oznaczać przegrane życie. 

12 wrz 2026

Jej noce coraz krótsze - cz. 3

        Najdłuższe i najkrótsze noce są bardzo podobne. Podczas jednych i drugich nie mierzy się czasu, a świt tak samo zaskakuje. Która z nocy była najdłuższa? Może ta, kiedy czuwała przy łóżku uważnie nasłuchując czy coraz cichszy oddech nie urwie się nagle i nie pozostawi jej w całkowitej ciszy? Noc  w noc klęcząc przy łóżku nie dawała sobie pozwolenia na zmrużenie oka. A kiedy zmęczenie brało górę i mimowolnie powieki się zamykały i głowa opadała na brzeg materaca, wyjmowała różaniec i bezgłośnie poruszając wargami odmawiała dziesiątek po dziesiątku. Jedna noc, druga, trzecia… Jeden tydzień, drugi, trzeci… Miesiąc, drugi, trzeci… Całe trzy miesiące, kiedy zapomniała, że doba składa się z dni i nocy, z czasu aktywności i czasu odpoczynku, ze zmierzchów i świtów. Wszystko zlało się w jeden czas czuwania, nasłuchiwania oddechu, wpatrywania się w niespokojnie śpiącą twarz na poduszce. Na każde zawołanie gotowa własnym ciałem klęcząc posłużyć za podparcie w bolesnej próbie wstawania, szukania wygodnej pozycji, kiedy ból nie ustawał nigdy, ale choć trochę stawał się mniej wyczerpujący. Jej własny ból był nieistotny, bo wiedziała, że minie. Zdrętwiałe nogi i ramiona wystarczyło rozruszać codziennymi obowiązkami, których dzisiaj już nawet nie pamięta, aby znowu móc klęczeć przez nocne godziny. Patrzenie na inny ból, którego nie dawało się niczym uśmierzyć, był o wiele bardziej przerażający.

       Ostatnie trzy doby nie spała ani minuty. Czas zlał się w jeden strumień jak wieczność, która nie ma końca. Trzeciego dnia rankiem, kiedy zapadła cisza, otworzyła kalendarz i czarną obwódką otoczyła datę. Nie wyobrażała sobie powrotu do zwykłej naprzemienności nocy i dni. Noce stały się jej czasem walki z nicością. Stąd ta jej zachłanność. Każda godzina wydawała się czasem straconym, jeśli trzeba było ją poświęcić na bezproduktywne utrzymanie świata w ryzach konwenansu. Szła do pracy, bo ludzie się umówili, że taka jest kolej rzeczy. Praca nadaje życiu sens. Praca ćwiczy charakter. Praca zmienia świat. Praca stanowi o wolnej woli człowieka. Puste hasła dla uprawomocnienia systemu, w którym wartością jest zmęczenie. Przelewanie z pustego w próżne. Kopanie dołów i ich zasypywanie ma sens tylko wtedy, gdy się jest grabarzem. A ona nie chciała już kopać nikomu niepotrzebnych dołów, lecz zaspokoić swoją zachłanność na noce wypełnione sensem.

       Kiedy dni zostały zaprzęgnięte w powszechny system pracy zawodowej, tylko noce mogły stać się jej własną walutą. Płaciła nią za sprzeciw wobec snu, który uczy umierania. Zachłanność na poznawanie tego, co niepoznane, doznawanie tego, co ulotne, przeżywanie tego, co nigdy się nie powtórzy wypędzała ją z nocnego łóżka i prowadziła na dworce, stacje i lotniska. Wszędzie tam, skąd mogła wyruszyć na spotkanie ze sztuką. Po powrocie z pracy brała już spakowany rano plecak i wyruszała zatrzymać bieg życia. Ars longa, vita brevis.

      Co to jest opera? To jest takie coś, co zaczyna się o siódmej, a kiedy po trzech godzinach patrzysz na zegarek, jest siódma dwadzieścia. Stary dowcip, często powtarzany zwłaszcza przez  tych, którzy na operze nigdy nie byli. W rzeczywistości jest całkiem odwrotnie. Kiedy Marc Minkowski ze swoimi Muzykami z Luwru i doborową obsadą przywiózł Alcynę Händla,  od pierwszego taktu Uwertury po ostatnie chóralne Dopo tante amare pene czas płynął zupełnie inaczej. Händel sprawiedliwie obdzielił postacie popisowymi ariami, które lecą jedna za drugą, nie dając słuchaczom czasu na wytchnienie, a Minkowski nie pozwalał na dłuższe przerwy niż wymuszały oklaski zachwyconej publiczności. A publiczność biła brawo po niemal każdej arii i to wcale nie z nudów. Po prostu nie można było pozostać obojętnym, kiedy Alcyna-Inga Kalna żali się, że Ruggiero już nie patrzy na nią z zachwytem, jak dawniej (Si, non quella, non piu bella), albo kiedy Morgana-Veronica Cangemi od pierwszego wejrzenia ulega urokowi Ricciarda (Tornami a vagheggiar). Dwie instrumentalne solówki: skrzypcowa i wiolonczelowa (towarzyszące ariom), wyciskało niektórym łzy z oczu. Na widowni spotkała podobnych sobie zachłannych wielbicieli opery z Paryża, Krakowa, Warszawy, Monachium i Wiednia. Bo co to jest opera? Jest to takie coś, co zaczyna się o dwudziestej, a kiedy po dwudziestu minutach patrzysz na zegarek, jest już po północy.

      Podobnie jak wtedy, gdy trzy dni długiego weekendu przeznaczyła na to, aby pierwszy raz posłuchać jak śpiewa Andreas Scholl. Nie dopisała wtedy pogoda, która w noc poprzedzającą uraczyła sążnistą ulewą, a i podczas całego dnia co i rusz nadciągały chmury na przemian z krótkotrwałymi przebłyskami słońca. Zrobiło się zimno i wietrznie, a wiatr targał zadaszeniem plenerowej estrady i dosłownie hulał po otwartej przestrzeni, gdzie siedziała widownia. Kiedy zabrzmiały pierwsze takty i słowa Stabat Mater Vivaldiego, wszystko ucichło poza głosem śpiewaka i brzmieniem orkiestry. Jej zachłanność została częściowo zaspokojona aż do następnego występu Scholla, na który pojechała mimo ryzyka, że następnego dnia nie zdąży do pracy. Ale od czego są nocne pociągi i samoloty?

      Żadna podróż nie jest zbyt długa, aby posłuchać Ars Antiqua de Paris. Kiedy  Joseph Sage daje popis swoich trzech oktaw w Sire, Conte, j`ai viele Colina Museta, nie myśli się ani o trudach podróży, ani o upływającym czasie. Po koncercie w zakupionej płycie znalazła zasuszoną czterolistną koniczynkę. Prezent od artysty dla wielbicielki muzyki. A wielbicielka gotowa zapłacić majątek za kawę. Kawy! kawy! Królestwo za kawę! Nie brzmi to tak ładnie jak koń, a królestwa też nie miała, ale jeśli kiedyś zbankrutuje, to przez nią. Bo mieszkać to mogłaby nawet w szałasie, ale bez kawy?... A myśli krążą, krążą, wyprzedzając czas. Siedząc nad otwartym kalendarzem rezerwuje terminy, zaznacza dni i godziny, wyjazdy, odjazdy, przesiadki i miejsca docelowe, gdzie znowu czas przestanie płynąć. 

1 wrz 2026

skończona aria

skończona aria

 

na odwrocie operowego biletu nie zmieści się nawet wiersz

a co mówić o życiu przy małym stoliku pijąc jaśminową herbatę

przez oszkloną witrynę cukierni zagląda żebrak

sztuczne światła budzą ze snu cienie wieczornego miasta

drzwi otwierają się i zamykają z syczącym chłodem

rozmowa zeszła na poważne tory

w powietrzu wibruje krzyk rozjechanej po raz kolejny nadziei

herbata z czajniczka paruje między słowami

mieszają się głosy po ślepych zaułkach błądzą spojrzenia

jedyne wyjście przez oszklone drzwi kierunek noc 

jaskrawa od pulsujących reklam i elektronicznego wyświetlacza

temperatury uczuć

 

27 sie 2026

Jej noce coraz krótsze - cz. 2

        Co to były za noce…o, bogowie, boginie, co za noce!... Nocne wystawy, nocne muzea, nocne koncerty, nocne czytanie. Każda taka noc była za krótka na sen. Nocy bowiem nie mierzy się od zmierzchu do świtu, tylko długością snu. A sen był czasem zmarnowanym. Taka była zachłanna. Słowa, kolory, światła, muzyka, taniec... Noce na szlakach kultury. Zadzierała głowę na zatrzymane w locie balony, niosące w koszach kukiełki, lalki, których główki spoglądały z góry na przechodniów na pewno z poczuciem wyższości. Balonów jest kilkanaście, pod każdym co rusz zatrzymuje się grupka robiących zdjęcia. Niemożebny korek pieszych zatrzymuje falującą masę turystów. Impreza dopiero się rozkręca.

              Tańce. Obok nuty ludowej, egzotyczne rytmy afrykańskie, brazylijskie, kubańskie. Groove Onkels grają muzykę z odzysku. Instrumentami są śmietniki, butelki, doniczki, puszki. Chóralne śpiewy u Dominikanów z ambitnym programem: Stabat Mater Pergolesiego, Lacrimosa Mozarta, Alleluja Haydna, pieśni a cappella Gorczyckiego. Gospel ściąga tłumy do kościoła jezuitów. Na szerokim deptaku wypoczynkowy salon prasowy. Fotele, kanapa, stoliki obklejone gazetami. Natłok informacji ze współczesnych mediów. Nie da się wszystkiego przeczytać, obejrzeć, przetrawić, wchłonąć. Setki wydarzeń w ciągu jednej nocy. Dokąd iść? Co zobaczyć? W jakiej kolejności? Cała noc na to, by się w tym odnaleźć. Decyduje przypadek. Lub niemożność rezygnacji. Bo nie można sobie darować zobaczenia ikon Nowosielskiego.

              Przez całą noc wszystkie drogi prowadzą do… Rzymu? Nie, do muzyki. Najpierw koncert kameralny kwintetu instrumentów dętych blaszanych, czyli dwie trąbki, róg, puzon i tuba, a w porywach na zmianę jeszcze waltornie. Cokolwiek oryginalnie brzmi Chopin na trąbkach. Krótka przerwa i następny w kolejce koncert symfoniczny. Symfonia g-moll Mozarta,  V Symfonia Beethovena, Tańce połowieckie Borodina,  I Symfonia D-dur Mahlera, IX Symfonia Dwořaka, Ognisty ptak Strawińskiego. Program marzeń. Piątej Beethovena nie trzeba zapowiadać, wszyscy znają, nawet jeśli o tym nie wiedzą. Niesamowita atmosfera I Symfonii Mahlera, zwłaszcza części III z wyrazistym rytmem, z jakimś takim ugrzęzłym, upiornym, ale i podniosłym marszem żałobnym sprawia, że czas - jak to możliwe tylko w muzyce – staje w miejscu. Wtedy noc kurczy się do jednego taktu symfonii. Myślała o samym Mahlerze i jego niespełnionych nadziejach; myślała o poetach mordowanych przez zjadaczy chleba,  o tym, że sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem i łzach potęgi drugiej. Tak, to musiało być sześć kontrabasów, sześć wiolonczel i cała smyczkowa plejada, żeby wyrazić tytanicznego ducha sprzeciwu.

              Nie można stanąć. Trzeba iść. W greckich, ormiańskich,  kaukaskich pieśniach cerkiewnych, modlitwach, dziękczynieniu zespołu Kairos słychać kroki plemienia szukającego nowego miejsca na swoje namioty, tupot stada owiec pędzonego na wypas, szeroki oddech wytchnienia pod nocnym niebem gwiazd. Fantastyczne zgranie męskich głosów, rewelacyjna gra na oryginalnych, egzotycznych instrumentach, charyzmatyczny dyrygent. Śpiew prowadzi przez góry Kaukazu i azjatyckie stepy. Takich pieśni nie stworzy lud osiadły, zasiedziały, nieruchawy. To pieśni nomadów, wędrowców, pieśni pielgrzymów. Jest coś majestatycznego w śpiewie mężczyzny, który w obliczu Boga rezygnuje ze stereotypowego wizerunku macho i dziękuje za to, co nie jest od niego zależne. Mężczyzna, który tak potrafi śpiewać, to mężczyzna idealny.