19 wrz 2026
Aforyzmy 30
12 wrz 2026
Jej noce coraz krótsze - cz. 3
Najdłuższe
i najkrótsze noce są bardzo podobne. Podczas jednych i drugich nie mierzy się
czasu, a świt tak samo zaskakuje. Która z nocy była najdłuższa? Może ta, kiedy
czuwała przy łóżku uważnie nasłuchując czy coraz cichszy oddech nie urwie się
nagle i nie pozostawi jej w całkowitej ciszy? Noc w noc klęcząc przy łóżku nie dawała sobie
pozwolenia na zmrużenie oka. A kiedy zmęczenie brało górę i mimowolnie powieki
się zamykały i głowa opadała na brzeg materaca, wyjmowała różaniec i bezgłośnie
poruszając wargami odmawiała dziesiątek po dziesiątku. Jedna noc, druga,
trzecia… Jeden tydzień, drugi, trzeci… Miesiąc, drugi, trzeci… Całe trzy
miesiące, kiedy zapomniała, że doba składa się z dni i nocy, z czasu aktywności
i czasu odpoczynku, ze zmierzchów i świtów. Wszystko zlało się w jeden czas czuwania, nasłuchiwania oddechu, wpatrywania się w niespokojnie śpiącą
twarz na poduszce. Na każde zawołanie gotowa własnym ciałem klęcząc
posłużyć za podparcie w bolesnej próbie wstawania, szukania wygodnej pozycji,
kiedy ból nie ustawał nigdy, ale choć trochę stawał się mniej wyczerpujący. Jej
własny ból był nieistotny, bo wiedziała, że minie. Zdrętwiałe nogi i ramiona
wystarczyło rozruszać codziennymi obowiązkami, których dzisiaj już nawet nie
pamięta, aby znowu móc klęczeć przez nocne godziny. Patrzenie na inny ból, którego
nie dawało się niczym uśmierzyć, był o wiele bardziej przerażający.
Ostatnie trzy doby nie spała ani minuty.
Czas zlał się w jeden strumień jak wieczność, która nie ma końca. Trzeciego dnia rankiem,
kiedy zapadła cisza, otworzyła kalendarz i czarną obwódką otoczyła datę. Nie
wyobrażała sobie powrotu do zwykłej naprzemienności nocy i dni. Noce stały się
jej czasem walki z nicością. Stąd ta jej zachłanność. Każda godzina wydawała się
czasem straconym, jeśli trzeba było ją poświęcić na bezproduktywne utrzymanie
świata w ryzach konwenansu. Szła do pracy, bo ludzie się umówili, że taka jest
kolej rzeczy. Praca nadaje życiu sens.
Praca ćwiczy charakter. Praca zmienia świat. Praca stanowi o wolnej woli
człowieka. Puste hasła dla uprawomocnienia systemu, w którym wartością jest
zmęczenie. Przelewanie z pustego w próżne. Kopanie dołów i ich zasypywanie ma
sens tylko wtedy, gdy się jest grabarzem. A ona nie chciała już kopać nikomu niepotrzebnych
dołów, lecz zaspokoić swoją zachłanność na noce wypełnione sensem.
Kiedy dni zostały zaprzęgnięte w powszechny
system pracy zawodowej, tylko noce mogły stać się jej własną walutą. Płaciła
nią za sprzeciw wobec snu, który uczy
umierania. Zachłanność na poznawanie tego, co niepoznane, doznawanie tego,
co ulotne, przeżywanie tego, co nigdy się nie powtórzy wypędzała ją z nocnego
łóżka i prowadziła na dworce, stacje i lotniska. Wszędzie tam, skąd mogła wyruszyć
na spotkanie ze sztuką. Po powrocie z pracy brała już spakowany rano plecak i
wyruszała zatrzymać bieg życia. Ars
longa, vita brevis.
Co to jest opera? To jest takie coś, co zaczyna się o siódmej, a kiedy po trzech godzinach patrzysz na zegarek, jest siódma dwadzieścia. Stary dowcip, często powtarzany zwłaszcza przez tych, którzy na operze nigdy nie byli. W rzeczywistości jest całkiem odwrotnie. Kiedy Marc Minkowski ze swoimi Muzykami z Luwru i doborową obsadą przywiózł Alcynę Händla, od pierwszego taktu Uwertury po ostatnie chóralne Dopo tante amare pene czas płynął zupełnie inaczej. Händel sprawiedliwie obdzielił postacie popisowymi ariami, które lecą jedna za drugą, nie dając słuchaczom czasu na wytchnienie, a Minkowski nie pozwalał na dłuższe przerwy niż wymuszały oklaski zachwyconej publiczności. A publiczność biła brawo po niemal każdej arii i to wcale nie z nudów. Po prostu nie można było pozostać obojętnym, kiedy Alcyna-Inga Kalna żali się, że Ruggiero już nie patrzy na nią z zachwytem, jak dawniej (Si, non quella, non piu bella), albo kiedy Morgana-Veronica Cangemi od pierwszego wejrzenia ulega urokowi Ricciarda (Tornami a vagheggiar). Dwie instrumentalne solówki: skrzypcowa i wiolonczelowa (towarzyszące ariom), wyciskało niektórym łzy z oczu. Na widowni spotkała podobnych sobie zachłannych wielbicieli opery z Paryża, Krakowa, Warszawy, Monachium i Wiednia. Bo co to jest opera? Jest to takie coś, co zaczyna się o dwudziestej, a kiedy po dwudziestu minutach patrzysz na zegarek, jest już po północy.
Podobnie jak wtedy, gdy trzy dni długiego
weekendu przeznaczyła na to, aby pierwszy raz posłuchać jak śpiewa Andreas
Scholl. Nie dopisała wtedy pogoda, która w noc poprzedzającą uraczyła sążnistą
ulewą, a i podczas całego dnia co i rusz nadciągały chmury na przemian z
krótkotrwałymi przebłyskami słońca. Zrobiło się zimno i wietrznie, a wiatr targał
zadaszeniem plenerowej estrady i dosłownie hulał po otwartej przestrzeni, gdzie
siedziała widownia. Kiedy zabrzmiały pierwsze takty i słowa Stabat Mater Vivaldiego, wszystko
ucichło poza głosem śpiewaka i brzmieniem orkiestry. Jej zachłanność została
częściowo zaspokojona aż do następnego występu Scholla, na który pojechała mimo
ryzyka, że następnego dnia nie zdąży do pracy. Ale od czego są nocne pociągi i
samoloty?
Żadna podróż nie
jest zbyt długa, aby posłuchać Ars Antiqua de Paris. Kiedy Joseph Sage daje popis swoich trzech oktaw w Sire, Conte, j`ai viele Colina Museta,
nie myśli się ani o trudach podróży, ani o upływającym czasie. Po koncercie w
zakupionej płycie znalazła zasuszoną czterolistną koniczynkę. Prezent od artysty
dla wielbicielki muzyki. A wielbicielka gotowa zapłacić majątek za kawę. Kawy!
kawy! Królestwo za kawę! Nie brzmi to tak ładnie jak koń, a królestwa też nie
miała, ale jeśli kiedyś zbankrutuje, to przez nią. Bo mieszkać to mogłaby nawet
w szałasie, ale bez kawy?... A myśli krążą, krążą, wyprzedzając czas. Siedząc nad
otwartym kalendarzem rezerwuje terminy, zaznacza dni i godziny, wyjazdy,
odjazdy, przesiadki i miejsca docelowe, gdzie znowu czas przestanie płynąć.
1 wrz 2026
skończona aria
skończona aria
na
odwrocie operowego biletu nie zmieści się nawet wiersz
a
co mówić o życiu przy małym stoliku pijąc jaśminową herbatę
przez
oszkloną witrynę cukierni zagląda żebrak
sztuczne
światła budzą ze snu cienie wieczornego miasta
drzwi
otwierają się i zamykają z syczącym chłodem
rozmowa
zeszła na poważne tory
w powietrzu wibruje
krzyk rozjechanej po raz kolejny nadziei
herbata z czajniczka paruje między słowami
mieszają
się głosy po ślepych zaułkach błądzą spojrzenia
jedyne
wyjście przez oszklone drzwi kierunek noc
jaskrawa od pulsujących reklam i elektronicznego wyświetlacza
temperatury
uczuć
27 sie 2026
Jej noce coraz krótsze - cz. 2
Co to były za noce…o, bogowie, boginie, co za noce!... Nocne wystawy, nocne muzea, nocne koncerty, nocne czytanie. Każda taka noc była za krótka na sen. Nocy bowiem nie mierzy się od zmierzchu do świtu, tylko długością snu. A sen był czasem zmarnowanym. Taka była zachłanna. Słowa, kolory, światła, muzyka, taniec... Noce na szlakach kultury. Zadzierała głowę na zatrzymane w locie balony, niosące w koszach kukiełki, lalki, których główki spoglądały z góry na przechodniów na pewno z poczuciem wyższości. Balonów jest kilkanaście, pod każdym co rusz zatrzymuje się grupka robiących zdjęcia. Niemożebny korek pieszych zatrzymuje falującą masę turystów. Impreza dopiero się rozkręca.
Tańce.
Obok nuty ludowej, egzotyczne rytmy afrykańskie, brazylijskie, kubańskie. Groove Onkels grają muzykę z odzysku. Instrumentami są śmietniki,
butelki, doniczki, puszki. Chóralne śpiewy u Dominikanów z ambitnym programem: Stabat Mater Pergolesiego, Lacrimosa Mozarta, Alleluja Haydna, pieśni a cappella Gorczyckiego. Gospel ściąga tłumy do kościoła
jezuitów. Na szerokim deptaku wypoczynkowy salon prasowy. Fotele,
kanapa, stoliki obklejone gazetami. Natłok informacji ze współczesnych mediów.
Nie da się wszystkiego przeczytać, obejrzeć, przetrawić, wchłonąć. Setki
wydarzeń w ciągu jednej nocy. Dokąd iść? Co zobaczyć? W jakiej kolejności? Cała
noc na to, by się w tym odnaleźć. Decyduje przypadek. Lub niemożność rezygnacji.
Bo nie można sobie darować zobaczenia ikon Nowosielskiego.
Przez
całą noc wszystkie drogi prowadzą do… Rzymu? Nie, do muzyki. Najpierw koncert
kameralny kwintetu instrumentów dętych blaszanych, czyli dwie trąbki, róg,
puzon i tuba, a w porywach na zmianę jeszcze waltornie. Cokolwiek oryginalnie
brzmi Chopin na trąbkach. Krótka przerwa i następny w kolejce koncert
symfoniczny. Symfonia g-moll
Mozarta, V Symfonia Beethovena, Tańce
połowieckie Borodina, I Symfonia
D-dur Mahlera, IX Symfonia Dwořaka, Ognisty
ptak Strawińskiego. Program marzeń. Piątej
Beethovena nie trzeba zapowiadać, wszyscy znają, nawet jeśli o tym nie wiedzą.
Niesamowita atmosfera I Symfonii
Mahlera, zwłaszcza części III z wyrazistym rytmem, z jakimś takim ugrzęzłym,
upiornym, ale i podniosłym marszem żałobnym sprawia, że czas - jak to możliwe
tylko w muzyce – staje w miejscu. Wtedy noc kurczy się do jednego taktu symfonii. Myślała o samym Mahlerze i jego niespełnionych nadziejach; myślała o
poetach mordowanych przez zjadaczy chleba, o tym, że sprzeczne
ciała zbija się aż ćwiekiem i łzach
potęgi drugiej. Tak, to musiało być sześć kontrabasów, sześć wiolonczel i
cała smyczkowa plejada, żeby wyrazić tytanicznego ducha sprzeciwu.
Nie można stanąć. Trzeba iść. W greckich, ormiańskich, kaukaskich pieśniach cerkiewnych, modlitwach, dziękczynieniu zespołu Kairos słychać kroki plemienia szukającego nowego miejsca na swoje namioty, tupot stada owiec pędzonego na wypas, szeroki oddech wytchnienia pod nocnym niebem gwiazd. Fantastyczne zgranie męskich głosów, rewelacyjna gra na oryginalnych, egzotycznych instrumentach, charyzmatyczny dyrygent. Śpiew prowadzi przez góry Kaukazu i azjatyckie stepy. Takich pieśni nie stworzy lud osiadły, zasiedziały, nieruchawy. To pieśni nomadów, wędrowców, pieśni pielgrzymów. Jest coś majestatycznego w śpiewie mężczyzny, który w obliczu Boga rezygnuje ze stereotypowego wizerunku macho i dziękuje za to, co nie jest od niego zależne. Mężczyzna, który tak potrafi śpiewać, to mężczyzna idealny.
23 sie 2026
bez końca
16 sie 2026
Aforyzmy 29
12 sie 2026
Jej noce coraz krótsze - cz. 1
Chodzi. Chodzi po ścianach. Chodzi przez
całe noce. Nogi chodzą, ona stara się na łóżku zasnąć. Trudne do wykonania.
Albo się chodzi, albo śpi. Jak chodzić i spać jednocześnie? Częściej chodzi, więc
nie śpi całą noc. Aż do rana. Wtedy nogi na chwilę się uspokajają i może
zasnąć. Ale co to za spanie, gdy lipcowe słońce praży nawet przez żaluzje. Wtedy
wstaje i chodzi już normalnie - po podłodze,
nogami na dół.
Chodzenie
po ścianach odbywa się inaczej. Leży się tułowiem i głową na łóżku, nogi oparte
o ścianę. Zaczyna się gimnastyka. Najpierw nogi na boki, w rozkroku jak przy
pajacyku. Na zewnątrz i do wewnątrz. Na zewnątrz i do wewnątrz. Cały czas
stopami po ścianie. Potem obie razem złączone i raz w lewo, raz w prawo.
Następnie może być szuranie w dół i w górę na zmianę:
raz lewa, raz prawa. W dół lewa i wyprost, w dół prawa i wyprost. Stopami po
ścianie. Nie za długo, boli lewe kolano. Wtedy próbuje innego układu: stopy
oparte o ścianę, kolana zgięte i kolebie nimi w lewo i w prawo, w lewo i w
prawo. Tu już idzie lepiej, ale też nie za długo, bo odzywa się biodro. Co jemu
jest - nie wiadomo, ale boli. Najlepiej, gdy
nogi są wyprostowane, ale jakie figury są jeszcze możliwe? Kółeczka. A więc na
zmianę kółeczko prawą nogą, kółeczko lewą nogą. Najpierw w jedną stronę, potem
w drugą. Tym razem to nie jest raczej chodzenie po ścianach. Ale jednak w
ramach tej samej podróży. Podróży przez noc.
Najgorzej koło pierwszej. Głowa zamierza spać, mózg się wyłącza, oczy zamykają, oddech uspokaja, a nogi ciągle chodzą. Chodzą, kręcą kółeczka, kolebią się, szurają po ścianie. Czasami idzie na ustępstwo i wstaje pochodzić normalnie, po podłodze. Okrąża fotel, idzie przez dwa pokoje: od ściany jednego do ściany drugiego i z powrotem. I tak przez jakiś czas. Mózg na chwilę łapie równowagę, pilnuje kierunku, odległości. Powieki opadają, ale nie całkiem i jeszcze w półmroku dostrzega kontury mebli, żeby omijać. Z czasem krótkie odcinki pokonuje po omacku: z łóżka do łazienki, od stołu do fotela. Po kolejnych nocach trasa z łóżka w jednym pokoju do kuchni opanowana perfekcyjnie. Może iść z zamkniętymi oczami i w ciemności nocy. Nie zahacza o żaden mebel ani ścianę. Tam i z powrotem. Sukces. Chwilowy.
Zmęczenie
kolejnych nieprzespanych nocy kumuluje się i mózg przestaje działać, a właściwe
jego orientacja przestrzenna. Kilka razy przytomnieje w nieoczekiwanym miejscu.
Raz uderzyła w ścianę obok drzwi łazienki. Innym razem wlazła w kredens. Głową
uderzyła o kant, nabijając sobie guza. To było w lipcu. Cały lipiec na nogach.
Wszystkie noce. W dzień próbowała odsypiać. Bez powodzenia. Koło szóstej nad
ranem była już całkowicie trzeźwa, mimo nocnych wędrówek. Zdarzały się chwile
zamroczenia, gdy leciała w bety, nie mogąc powstrzymać opadających powiek - ale zaledwie na kwadrans, pół godziny. Co to
jest pół godziny snu zamiast nieprzespanych przez cały miesiąc nocy?
Powinna mierzyć
odległość. Może doszła do czegoś ważnego, do jakiegoś celu w przestrzeni. Do
Kopca Kościuszki ani na Wysoki Zamek raczej jeszcze nie, ale kto wie, może
chociaż do najbliższego miasteczka. Tymczasem nie wie, dokąd droga prowadzi. Dotąd
nie ustaliła celu, a chodzenie odbywa się regularnie co noc. Piechurem była
zawsze dobrym. Od dzieciństwa lubiła chodzić. Pierwszą daleką wyprawę odbyła z
ojcem, gdy miała niecałe cztery lata. Wybierał się do lasu na łąkę, a ona
uparła się iść razem z nim. Jej mama mówiła:
Nie bierz jej, nie dojdzie. Będziesz
musiał ją nieść. Nie miała racji. Nie doceniła uporu czteroletnich nóżek. Przeszła
tam i z powrotem na własnych nogach. Patrzyła na drzewa. Pamięta kapliczkę z
Matką Boską na sośnie. Pamięta łąkę z wysokimi trawami, przez które nie mogła nic
zobaczyć. W drodze powrotnej szła za tatą, który niósł worek. Powiedział: Idź za mną i patrz, czy z worka nic nie
wypada. I szła zajęta pilnowaniem, żeby nic nie wypadło. Worek wisiał na
plecach taty i szła za nim jak za drogowskazem. I tak aż do samego domu. Jej
debiut piechura.
Ciąg dalszy wędrówek to już lata szkolne na wsi gdzieś pod Zamościem. Majowe chrabąszcze spadające na ścieżkę, sad z orzechami włoskimi, jabłoniami i białą morwą, której smak owoców do dziś pielęgnuje na języku. Tajemniczy park z pałacem w typie entre cour et jardin, który ostatni jego właściciel hrabia Aleksander Szeptycki przekazał siostrom Misjonarkom Maryi. Siostry prowadziły lekcje religii, na które chodziło się polną ścieżką. Powroty do domu zwykle się przeciągały. Jak tego dnia, gdy jeden z chłopców, w za dużych butach, został wessany przez błoto i nie mógł ruszyć nogami. Małe głowy radziły, jak mu pomóc. Małe ramiona z wyciągniętymi rękami utworzyły łańcuch, na którego początku najsilniejszy z chłopców złapał za dłoń topielca. Łańcuch naprężył się, sapiąc i stękając, milimetr po milimetrze wyciągnął nieszczęśnika z błota. Wyciągnął bez butów. Zostały w błocie. Chłopiec szczęśliwie, choć boso wrócił do domu. Dziś nie potrafi policzyć, ile razy tamtędy przechodziła, ale pamięta dzieci z sierocińca, prowadzonego przez zakonnice. Podczas ładnej pogody stawały przy siatce i patrzyły. Dzieci stawały, nie zakonnice.
Wszystkie polne drogi
prowadzą do lasu. To już inna wieś i inne okolice, ale drogi wychodzone
osobiście przez dzieciarnię wciąż tkwią w mapie pamięci. Kilometry spędzone w
lesie dzieliły się na dwie pory roku: zimową i resztę. Zimą chodziło się
trudniej. Zaspy, zasypane ścieżki. Pola gładkie jak białe prześcieradła. W
zimie noc nastaje szybko i często podróż dzienna zamieniała się w nocną. I znowu
zapamiętana jedna wyprawa z ojcem. Nocna. Siedzi z nim pod lasem na złamanej
sośnie, w świetle księżyca patrzy na własne ślady w śniegu. Nagle jakiś kształt
zbliża się, podążając wydeptanym tropem. Krok w krok po śladach. Kształt robi się
podłużny, skręca omijając jakąś zaspę. Lis.
Bądź cicho – szepnął ojciec. I nagle
zaczął się śmiać: To pies, nasz Puszek.
Rzeczywiście. Wydostał się przez ogrodzenie i poszedł szukać. Puszek był kundlem o znakomitym węchu. Odszukał swoje domowe stado szczęśliwy, że mu się nie zgubiło.
Później zimowe długie
noce skracało się grą w brydża. Ona grała raczej zachowawczo i
rzadko ryzykowała, ale jak się udało wylicytować cztery piki, albo szlemika w
bez atu, to sen jeszcze długo nie nadchodził. Potem następował rober. Jeden,
drugi. Jedna strona wygrała, druga się odgrywała i tak na przemian do samego
rana. Brydżowy dziadek robił kanapki
i herbatę. Kawę nauczyła się pić dopiero na studiach. Była potrzebna, żeby w
nocy czytać książki. Ile było tych nieprzespanych, spędzonych nad książkami?
Nie pamięta. Ale pamięta pierwszą. Zaczęła czytać wieczorem, potem jeszcze
jeden rozdział, jeszcze jeden, kolejny… i tak, aż do rana, a na ósmą trzeba
było iść na uczelnię. Ale doczytała do końca, do ostatniej strony. Był to Rękopis znaleziony w Saragossie Jana
Potockiego. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że popełnił samobójstwo. Tego nie da się przerwać w żadnym momencie. Szkatułkowa narracja
wciąga do samego końca. Gdyby
więc zapragnęła stworzyć
swój osobisty ranking - choć
nienawidzi rankingów - książek,
dla których warto zarwać noc, na pierwszym miejscu byłby Rękopis. Później już z górki. Kolejne
noce i kolejne książki. Czytanie Śmierci
Wergilego to dwie noce. Siedem tomów Prousta przerwała, żeby nie okazało się to jednak czasem straconym.
Na drugim ex aequo Umberto Eco
Imię róży i Bułhakowa Mistrz
i Małgorzata. Dalej Brocha Śmierć
Wergilego. Wszystkie pozostałe miejsca w rankingu to Teodor Parnicki. Począwszy
od Sam wyjdę bezbronny... oraz
kolejne. Parnicki w nieskończoność.

