18 paź 2026
Konkurs nr 15 - haiku
6 paź 2026
Nastał październik
30 wrz 2026
haiku na koniec września
aromat kawy
codzienne świętowanie
narodzin słońca
malarska jesień
zielone, żółte, brązowe
na przemian
jesienny alchemik
grzechocą kasztany
w kieszeni
koniec sezonu
ostatni kurs taczką
z chwastami
koniec lata
wydeptane ścieżki znowu
porasta trawa
ostatni trzask
drwal odkłada siekierę
na pniaku
23 wrz 2026
W "Papierowym Żurawiu"
19 wrz 2026
Aforyzmy 30
12 wrz 2026
Jej noce coraz krótsze - cz. 3
Najdłuższe
i najkrótsze noce są bardzo podobne. Podczas jednych i drugich nie mierzy się
czasu, a świt tak samo zaskakuje. Która z nocy była najdłuższa? Może ta, kiedy
czuwała przy łóżku uważnie nasłuchując czy coraz cichszy oddech nie urwie się
nagle i nie pozostawi jej w całkowitej ciszy? Noc w noc klęcząc przy łóżku nie dawała sobie
pozwolenia na zmrużenie oka. A kiedy zmęczenie brało górę i mimowolnie powieki
się zamykały i głowa opadała na brzeg materaca, wyjmowała różaniec i bezgłośnie
poruszając wargami odmawiała dziesiątek po dziesiątku. Jedna noc, druga,
trzecia… Jeden tydzień, drugi, trzeci… Miesiąc, drugi, trzeci… Całe trzy
miesiące, kiedy zapomniała, że doba składa się z dni i nocy, z czasu aktywności
i czasu odpoczynku, ze zmierzchów i świtów. Wszystko zlało się w jeden czas czuwania, nasłuchiwania oddechu, wpatrywania się w niespokojnie śpiącą
twarz na poduszce. Na każde zawołanie gotowa własnym ciałem klęcząc
posłużyć za podparcie w bolesnej próbie wstawania, szukania wygodnej pozycji,
kiedy ból nie ustawał nigdy, ale choć trochę stawał się mniej wyczerpujący. Jej
własny ból był nieistotny, bo wiedziała, że minie. Zdrętwiałe nogi i ramiona
wystarczyło rozruszać codziennymi obowiązkami, których dzisiaj już nawet nie
pamięta, aby znowu móc klęczeć przez nocne godziny. Patrzenie na inny ból, którego
nie dawało się niczym uśmierzyć, był o wiele bardziej przerażający.
Ostatnie trzy doby nie spała ani minuty.
Czas zlał się w jeden strumień jak wieczność, która nie ma końca. Trzeciego dnia rankiem,
kiedy zapadła cisza, otworzyła kalendarz i czarną obwódką otoczyła datę. Nie
wyobrażała sobie powrotu do zwykłej naprzemienności nocy i dni. Noce stały się
jej czasem walki z nicością. Stąd ta jej zachłanność. Każda godzina wydawała się
czasem straconym, jeśli trzeba było ją poświęcić na bezproduktywne utrzymanie
świata w ryzach konwenansu. Szła do pracy, bo ludzie się umówili, że taka jest
kolej rzeczy. Praca nadaje życiu sens.
Praca ćwiczy charakter. Praca zmienia świat. Praca stanowi o wolnej woli
człowieka. Puste hasła dla uprawomocnienia systemu, w którym wartością jest
zmęczenie. Przelewanie z pustego w próżne. Kopanie dołów i ich zasypywanie ma
sens tylko wtedy, gdy się jest grabarzem. A ona nie chciała już kopać nikomu niepotrzebnych
dołów, lecz zaspokoić swoją zachłanność na noce wypełnione sensem.
Kiedy dni zostały zaprzęgnięte w powszechny
system pracy zawodowej, tylko noce mogły stać się jej własną walutą. Płaciła
nią za sprzeciw wobec snu, który uczy
umierania. Zachłanność na poznawanie tego, co niepoznane, doznawanie tego,
co ulotne, przeżywanie tego, co nigdy się nie powtórzy wypędzała ją z nocnego
łóżka i prowadziła na dworce, stacje i lotniska. Wszędzie tam, skąd mogła wyruszyć
na spotkanie ze sztuką. Po powrocie z pracy brała już spakowany rano plecak i
wyruszała zatrzymać bieg życia. Ars
longa, vita brevis.
Co to jest opera? To jest takie coś, co zaczyna się o siódmej, a kiedy po trzech godzinach patrzysz na zegarek, jest siódma dwadzieścia. Stary dowcip, często powtarzany zwłaszcza przez tych, którzy na operze nigdy nie byli. W rzeczywistości jest całkiem odwrotnie. Kiedy Marc Minkowski ze swoimi Muzykami z Luwru i doborową obsadą przywiózł Alcynę Händla, od pierwszego taktu Uwertury po ostatnie chóralne Dopo tante amare pene czas płynął zupełnie inaczej. Händel sprawiedliwie obdzielił postacie popisowymi ariami, które lecą jedna za drugą, nie dając słuchaczom czasu na wytchnienie, a Minkowski nie pozwalał na dłuższe przerwy niż wymuszały oklaski zachwyconej publiczności. A publiczność biła brawo po niemal każdej arii i to wcale nie z nudów. Po prostu nie można było pozostać obojętnym, kiedy Alcyna-Inga Kalna żali się, że Ruggiero już nie patrzy na nią z zachwytem, jak dawniej (Si, non quella, non piu bella), albo kiedy Morgana-Veronica Cangemi od pierwszego wejrzenia ulega urokowi Ricciarda (Tornami a vagheggiar). Dwie instrumentalne solówki: skrzypcowa i wiolonczelowa (towarzyszące ariom), wyciskało niektórym łzy z oczu. Na widowni spotkała podobnych sobie zachłannych wielbicieli opery z Paryża, Krakowa, Warszawy, Monachium i Wiednia. Bo co to jest opera? Jest to takie coś, co zaczyna się o dwudziestej, a kiedy po dwudziestu minutach patrzysz na zegarek, jest już po północy.
Podobnie jak wtedy, gdy trzy dni długiego
weekendu przeznaczyła na to, aby pierwszy raz posłuchać jak śpiewa Andreas
Scholl. Nie dopisała wtedy pogoda, która w noc poprzedzającą uraczyła sążnistą
ulewą, a i podczas całego dnia co i rusz nadciągały chmury na przemian z
krótkotrwałymi przebłyskami słońca. Zrobiło się zimno i wietrznie, a wiatr targał
zadaszeniem plenerowej estrady i dosłownie hulał po otwartej przestrzeni, gdzie
siedziała widownia. Kiedy zabrzmiały pierwsze takty i słowa Stabat Mater Vivaldiego, wszystko
ucichło poza głosem śpiewaka i brzmieniem orkiestry. Jej zachłanność została
częściowo zaspokojona aż do następnego występu Scholla, na który pojechała mimo
ryzyka, że następnego dnia nie zdąży do pracy. Ale od czego są nocne pociągi i
samoloty?
Żadna podróż nie
jest zbyt długa, aby posłuchać Ars Antiqua de Paris. Kiedy Joseph Sage daje popis swoich trzech oktaw w Sire, Conte, j`ai viele Colina Museta,
nie myśli się ani o trudach podróży, ani o upływającym czasie. Po koncercie w
zakupionej płycie znalazła zasuszoną czterolistną koniczynkę. Prezent od artysty
dla wielbicielki muzyki. A wielbicielka gotowa zapłacić majątek za kawę. Kawy!
kawy! Królestwo za kawę! Nie brzmi to tak ładnie jak koń, a królestwa też nie
miała, ale jeśli kiedyś zbankrutuje, to przez nią. Bo mieszkać to mogłaby nawet
w szałasie, ale bez kawy?... A myśli krążą, krążą, wyprzedzając czas. Siedząc nad
otwartym kalendarzem rezerwuje terminy, zaznacza dni i godziny, wyjazdy,
odjazdy, przesiadki i miejsca docelowe, gdzie znowu czas przestanie płynąć.
1 wrz 2026
skończona aria
skończona aria
na
odwrocie operowego biletu nie zmieści się nawet wiersz
a
co mówić o życiu przy małym stoliku pijąc jaśminową herbatę
przez
oszkloną witrynę cukierni zagląda żebrak
sztuczne
światła budzą ze snu cienie wieczornego miasta
drzwi
otwierają się i zamykają z syczącym chłodem
rozmowa
zeszła na poważne tory
w powietrzu wibruje
krzyk rozjechanej po raz kolejny nadziei
herbata z czajniczka paruje między słowami
mieszają
się głosy po ślepych zaułkach błądzą spojrzenia
jedyne
wyjście przez oszklone drzwi kierunek noc
jaskrawa od pulsujących reklam i elektronicznego wyświetlacza
temperatury
uczuć
27 sie 2026
Jej noce coraz krótsze - cz. 2
Co to były za noce…o, bogowie, boginie, co za noce!... Nocne wystawy, nocne muzea, nocne koncerty, nocne czytanie. Każda taka noc była za krótka na sen. Nocy bowiem nie mierzy się od zmierzchu do świtu, tylko długością snu. A sen był czasem zmarnowanym. Taka była zachłanna. Słowa, kolory, światła, muzyka, taniec... Noce na szlakach kultury. Zadzierała głowę na zatrzymane w locie balony, niosące w koszach kukiełki, lalki, których główki spoglądały z góry na przechodniów na pewno z poczuciem wyższości. Balonów jest kilkanaście, pod każdym co rusz zatrzymuje się grupka robiących zdjęcia. Niemożebny korek pieszych zatrzymuje falującą masę turystów. Impreza dopiero się rozkręca.
Tańce.
Obok nuty ludowej, egzotyczne rytmy afrykańskie, brazylijskie, kubańskie. Groove Onkels grają muzykę z odzysku. Instrumentami są śmietniki,
butelki, doniczki, puszki. Chóralne śpiewy u Dominikanów z ambitnym programem: Stabat Mater Pergolesiego, Lacrimosa Mozarta, Alleluja Haydna, pieśni a cappella Gorczyckiego. Gospel ściąga tłumy do kościoła
jezuitów. Na szerokim deptaku wypoczynkowy salon prasowy. Fotele,
kanapa, stoliki obklejone gazetami. Natłok informacji ze współczesnych mediów.
Nie da się wszystkiego przeczytać, obejrzeć, przetrawić, wchłonąć. Setki
wydarzeń w ciągu jednej nocy. Dokąd iść? Co zobaczyć? W jakiej kolejności? Cała
noc na to, by się w tym odnaleźć. Decyduje przypadek. Lub niemożność rezygnacji.
Bo nie można sobie darować zobaczenia ikon Nowosielskiego.
Przez
całą noc wszystkie drogi prowadzą do… Rzymu? Nie, do muzyki. Najpierw koncert
kameralny kwintetu instrumentów dętych blaszanych, czyli dwie trąbki, róg,
puzon i tuba, a w porywach na zmianę jeszcze waltornie. Cokolwiek oryginalnie
brzmi Chopin na trąbkach. Krótka przerwa i następny w kolejce koncert
symfoniczny. Symfonia g-moll
Mozarta, V Symfonia Beethovena, Tańce
połowieckie Borodina, I Symfonia
D-dur Mahlera, IX Symfonia Dwořaka, Ognisty
ptak Strawińskiego. Program marzeń. Piątej
Beethovena nie trzeba zapowiadać, wszyscy znają, nawet jeśli o tym nie wiedzą.
Niesamowita atmosfera I Symfonii
Mahlera, zwłaszcza części III z wyrazistym rytmem, z jakimś takim ugrzęzłym,
upiornym, ale i podniosłym marszem żałobnym sprawia, że czas - jak to możliwe
tylko w muzyce – staje w miejscu. Wtedy noc kurczy się do jednego taktu symfonii. Myślała o samym Mahlerze i jego niespełnionych nadziejach; myślała o
poetach mordowanych przez zjadaczy chleba, o tym, że sprzeczne
ciała zbija się aż ćwiekiem i łzach
potęgi drugiej. Tak, to musiało być sześć kontrabasów, sześć wiolonczel i
cała smyczkowa plejada, żeby wyrazić tytanicznego ducha sprzeciwu.
Nie można stanąć. Trzeba iść. W greckich, ormiańskich, kaukaskich pieśniach cerkiewnych, modlitwach, dziękczynieniu zespołu Kairos słychać kroki plemienia szukającego nowego miejsca na swoje namioty, tupot stada owiec pędzonego na wypas, szeroki oddech wytchnienia pod nocnym niebem gwiazd. Fantastyczne zgranie męskich głosów, rewelacyjna gra na oryginalnych, egzotycznych instrumentach, charyzmatyczny dyrygent. Śpiew prowadzi przez góry Kaukazu i azjatyckie stepy. Takich pieśni nie stworzy lud osiadły, zasiedziały, nieruchawy. To pieśni nomadów, wędrowców, pieśni pielgrzymów. Jest coś majestatycznego w śpiewie mężczyzny, który w obliczu Boga rezygnuje ze stereotypowego wizerunku macho i dziękuje za to, co nie jest od niego zależne. Mężczyzna, który tak potrafi śpiewać, to mężczyzna idealny.


