Chodzi. Chodzi po ścianach. Chodzi przez
całe noce. Nogi chodzą, ona stara się na łóżku zasnąć. Trudne do wykonania.
Albo się chodzi, albo śpi. Jak chodzić i spać jednocześnie? Częściej chodzi, więc
nie śpi całą noc. Aż do rana. Wtedy nogi na chwilę się uspokajają i może
zasnąć. Ale co to za spanie, gdy lipcowe słońce praży nawet przez żaluzje. Wtedy
wstaje i chodzi już normalnie - po podłodze,
nogami na dół.
Chodzenie
po ścianach odbywa się inaczej. Leży się tułowiem i głową na łóżku, nogi oparte
o ścianę. Zaczyna się gimnastyka. Najpierw nogi na boki, w rozkroku jak przy
pajacyku. Na zewnątrz i do wewnątrz. Na zewnątrz i do wewnątrz. Cały czas
stopami po ścianie. Potem obie razem złączone i raz w lewo, raz w prawo.
Następnie może być szuranie w dół i w górę na zmianę:
raz lewa, raz prawa. W dół lewa i wyprost, w dół prawa i wyprost. Stopami po
ścianie. Nie za długo, bo boli lewe kolano. Wtedy próbuje innego układu: stopy
oparte o ścianę, kolana zgięte i kolebie nimi w lewo i w prawo, w lewo i w
prawo. Tu już idzie lepiej, ale też nie za długo, bo odzywa się biodro. Co jemu
jest - nie wiadomo, ale boli. Najlepiej, gdy
nogi są wyprostowane, ale jakie figury są jeszcze możliwe? Kółeczka. A więc na
zmianę kółeczko prawą nogą, kółeczko lewą nogą. Najpierw w jedną stronę, potem
w drugą. Tym razem to nie jest raczej chodzenie po ścianach. Ale jednak w
ramach tej samej podróży. Podróży przez noc.
Najgorzej koło pierwszej. Głowa zamierza spać, mózg się wyłącza, oczy zamykają, oddech uspokaja, a nogi ciągle chodzą. Chodzą, kręcą kółeczka, kolebią się, szurają po ścianie. Czasami idzie na ustępstwo i wstaje pochodzić normalnie, po podłodze. Okrąża fotel, idzie przez dwa pokoje: od ściany jednego do ściany drugiego i z powrotem. I tak przez jakiś czas. Mózg na chwilę łapie równowagę, pilnuje kierunku, odległości. Powieki opadają, ale nie całkiem i jeszcze w półmroku dostrzega kontury mebli, żeby omijać. Z czasem krótkie odcinki pokonuje po omacku: z łóżka do łazienki, od stołu do fotela. Po kolejnych nocach trasa z łóżka w jednym pokoju do kuchni opanowana perfekcyjnie. Może iść z zamkniętymi oczami i w ciemności nocy. Nie zahacza o żaden mebel ani ścianę. Tam i z powrotem. Sukces. Chwilowy.
Zmęczenie
kolejnych nieprzespanych nocy kumuluje się i mózg przestaje działać, a właściwe
jego orientacja przestrzenna. Kilka razy przytomnieje w nieoczekiwanym miejscu.
Raz uderzyła w ścianę obok drzwi łazienki. Innym razem wlazła w kredens. Głową
uderzyła o kant, nabijając sobie guza. To było w lipcu. Cały lipiec na nogach.
Wszystkie noce. W dzień próbowała odespać. Bez rezultatu. Koło szóstej nad
ranem była już całkowicie trzeźwa, mimo nocnych wędrówek. Zdarzały się chwile
zamroczenia, gdy leciała w bety, nie mogąc powstrzymać opadających powiek - ale zaledwie na kwadrans, pół godziny. Co to
jest pół godziny snu zamiast nieprzespanych przez cały miesiąc nocy?
Powinna mierzyć
odległość. Może doszła do czegoś ważnego, do jakiegoś celu w przestrzeni. Do
Kopca Kościuszki ani na Wysoki Zamek raczej jeszcze nie, ale kto wie, może
chociaż do najbliższego miasteczka. Tymczasem nie wie, dokąd droga prowadzi. Dotąd
nie ustaliła celu, a chodzenie odbywa się regularnie co noc. Piechurem była
zawsze dobrym. Od dzieciństwa lubiła chodzić. Pierwszą daleką wyprawę odbyła z
ojcem, gdy miała niecałe cztery lata. Wybierał się do lasu na łąkę, a ona
uparła się iść razem z nim. Jej mama mówiła:
Nie bierz jej, nie dojdzie. Będziesz
musiał ją nieść. Nie miała racji. Nie doceniła uporu czteroletnich nóżek. Przeszła
tam i z powrotem na własnych nogach. Patrzyła na drzewa. Pamięta kapliczkę z
Matką Boską na sośnie. Pamięta łąkę z wysokimi trawami, przez które nie mogła nic
zobaczyć. W drodze powrotnej szła za tatą, który niósł worek. Powiedział: Idź za mną i patrz, czy z worka nic nie
wypada. I szła zajęta pilnowaniem, żeby nic nie wypadło. Worek wisiał na
plecach taty i szła za nim jak za drogowskazem. I tak aż do samego domu. Jej
debiut piechura.
Ciąg dalszy wędrówek to już lata szkolne na wsi gdzieś pod Zamościem. Majowe chrabąszcze spadające na ścieżkę, sad z orzechami włoskimi, jabłoniami i białą morwą, której smak owoców do dziś pielęgnuje na języku. Tajemniczy park z pałacem w typie entre cour et jardin, który ostatni jego właściciel hrabia Aleksander Szeptycki przekazał siostrom Misjonarkom Maryi. Siostry prowadziły lekcje religii, na które chodziło się polną ścieżką. Powroty do domu zwykle się przeciągały. Jak tego dnia, gdy jeden z chłopców, w za dużych butach, został wessany przez błoto i nie mógł ruszyć nogami. Małe głowy radziły, jak mu pomóc. Małe ramiona z wyciągniętymi rękami utworzyły łańcuch, na którego początku najsilniejszy z chłopców złapał za dłoń topielca. Łańcuch naprężył się, sapiąc i stękając, milimetr po milimetrze wyciągnął nieszczęśnika z błota. Wyciągnął bez butów. Zostały w błocie. Chłopiec szczęśliwie, choć boso wrócił do domu. Dziś nie potrafi policzyć, ile razy tamtędy przechodziła, ale pamięta dzieci z sierocińca, prowadzonego przez zakonnice. Podczas ładnej pogody stawały przy siatce i patrzyły. Dzieci stawały, nie zakonnice.
Wszystkie polne drogi
prowadzą do lasu. To już inna wieś i inne okolice, ale drogi wychodzone
osobiście przez dzieciarnię wciąż tkwią w mapie pamięci. Kilometry spędzone w
lesie dzieliły się na dwie pory roku: zimową i resztę. Zimą chodziło się
trudniej. Zaspy, zasypane ścieżki. Pola gładkie jak białe prześcieradła. W
zimie noc nastaje szybko i często podróż dzienna zamieniała się w nocną. I znowu
zapamiętana jedna wyprawa z ojcem. Nocna. Siedzi z nim pod lasem na złamanej
sośnie, w świetle księżyca patrzy na własne ślady w śniegu. Nagle jakiś kształt
zbliża się, podążając wydeptanym tropem. Krok w krok po śladach. Kształt robi się
podłużny, skręca omijając jakąś zaspę. Lis.
Bądź cicho – szepnął ojciec. I nagle
zaczął się śmiać: To pies, nasz Puszek.
Rzeczywiście. Wydostał się przez ogrodzenie i poszedł szukać. Puszek był kundlem o znakomitym węchu. Odszukał swoje domowe stado szczęśliwy, że mu się nie zgubiło.
Później zimowe długie
noce skracało się najczęściej grą w brydża. Ona grała raczej zachowawczo i
rzadko ryzykowała, ale jak się udało wylicytować cztery piki, albo szlemika w
bez atu, to sen jeszcze długo nie nadchodził. Potem następował rober. Jeden,
drugi. Jedna strona wygrała, druga się odgrywała i tak na przemian do samego
rana. Brydżowy dziadek robił kanapki
i herbatę. Kawę nauczyła się pić dopiero na studiach. Była potrzebna, żeby w
nocy czytać książki. Ile było tych nieprzespanych, spędzonych nad książkami?
Nie pamięta. Ale pamięta pierwszą. Zaczęła czytać wieczorem, potem jeszcze
jeden rozdział, jeszcze jeden, kolejny… i tak, aż do rana, a na ósmą trzeba
było iść na uczelnię. Ale doczytała do końca, do ostatniej strony. Był to Rękopis znaleziony w Saragossie Jana
Potockiego. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że popełnił samobójstwo. Tego nie da się przerwać w żadnym momencie. Szkatułkowa narracja
wciąga do samego końca. Gdyby
więc zapragnęła stworzyć
swój osobisty ranking - choć
nienawidzi rankingów - książek,
dla których warto zarwać noc, na pierwszym miejscu byłby Rękopis. Później już z górki. Kolejne
noce i kolejne książki. Czytanie Śmierci
Wergilego to dwie noce. Siedem tomów Prousta przerwała, żeby nie okazało się to jednak czasem straconym.
Na drugim ex aequo Umberto Eco
Imię róży i Bułhakowa Mistrz
i Małgorzata. Dalej Brocha Śmierć
Wergilego. Wszystkie pozostałe miejsca w rankingu to Teodor Parnicki. Począwszy
od Sam wyjdę bezbronny... oraz
kolejne. Parnicki w nieskończoność.

