1 wrz 2026

skończona aria

skończona aria

 

na odwrocie operowego biletu nie zmieści się nawet wiersz

a co mówić o życiu przy małym stoliku pijąc jaśminową herbatę

przez oszkloną witrynę cukierni zagląda żebrak

sztuczne światła budzą ze snu cienie wieczornego miasta

drzwi otwierają się i zamykają z syczącym chłodem

rozmowa zeszła na poważne tory

w powietrzu wibruje krzyk rozjechanej po raz kolejny nadziei

herbata z czajniczka paruje między słowami

mieszają się głosy po ślepych zaułkach błądzą spojrzenia

jedyne wyjście przez oszklone drzwi kierunek noc 

jaskrawa od pulsujących reklam i elektronicznego wyświetlacza

temperatury uczuć

 

27 sie 2026

Jej noce coraz krótsze - cz. 2

        Co to były za noce…o, bogowie, boginie, co za noce!... Nocne wystawy, nocne muzea, nocne koncerty, nocne czytanie. Każda taka noc była za krótka na sen. Nocy bowiem nie mierzy się od zmierzchu do świtu, tylko długością snu. A sen był czasem zmarnowanym. Taka była zachłanna. Słowa, kolory, światła, muzyka, taniec... Noce na szlakach kultury. Zadzierała głowę na zatrzymane w locie balony, niosące w koszach kukiełki, lalki, których główki spoglądały z góry na przechodniów na pewno z poczuciem wyższości. Balonów jest kilkanaście, pod każdym co rusz zatrzymuje się grupka robiących zdjęcia. Niemożebny korek pieszych zatrzymuje falującą masę turystów. Impreza dopiero się rozkręca.

              Tańce. Obok nuty ludowej, egzotyczne rytmy afrykańskie, brazylijskie, kubańskie. Groove Onkels grają muzykę z odzysku. Instrumentami są śmietniki, butelki, doniczki, puszki. Chóralne śpiewy u Dominikanów z ambitnym programem: Stabat Mater Pergolesiego, Lacrimosa Mozarta, Alleluja Haydna, pieśni a cappella Gorczyckiego. Gospel ściąga tłumy do kościoła jezuitów. Na szerokim deptaku wypoczynkowy salon prasowy. Fotele, kanapa, stoliki obklejone gazetami. Natłok informacji ze współczesnych mediów. Nie da się wszystkiego przeczytać, obejrzeć, przetrawić, wchłonąć. Setki wydarzeń w ciągu jednej nocy. Dokąd iść? Co zobaczyć? W jakiej kolejności? Cała noc na to, by się w tym odnaleźć. Decyduje przypadek. Lub niemożność rezygnacji. Bo nie można sobie darować zobaczenia ikon Nowosielskiego.

              Przez całą noc wszystkie drogi prowadzą do… Rzymu? Nie, do muzyki. Najpierw koncert kameralny kwintetu instrumentów dętych blaszanych, czyli dwie trąbki, róg, puzon i tuba, a w porywach na zmianę jeszcze waltornie. Cokolwiek oryginalnie brzmi Chopin na trąbkach. Krótka przerwa i następny w kolejce koncert symfoniczny. Symfonia g-moll Mozarta,  V Symfonia Beethovena, Tańce połowieckie Borodina,  I Symfonia D-dur Mahlera, IX Symfonia Dwořaka, Ognisty ptak Strawińskiego. Program marzeń. Piątej Beethovena nie trzeba zapowiadać, wszyscy znają, nawet jeśli o tym nie wiedzą. Niesamowita atmosfera I Symfonii Mahlera, zwłaszcza części III z wyrazistym rytmem, z jakimś takim ugrzęzłym, upiornym, ale i podniosłym marszem żałobnym sprawia, że czas - jak to możliwe tylko w muzyce – staje w miejscu. Wtedy noc kurczy się do jednego taktu symfonii. Myślała o samym Mahlerze i jego niespełnionych nadziejach; myślała o poetach mordowanych przez zjadaczy chleba,  o tym, że sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem i łzach potęgi drugiej. Tak, to musiało być sześć kontrabasów, sześć wiolonczel i cała smyczkowa plejada, żeby wyrazić tytanicznego ducha sprzeciwu.

              Nie można stanąć. Trzeba iść. W greckich, ormiańskich,  kaukaskich pieśniach cerkiewnych, modlitwach, dziękczynieniu zespołu Kairos słychać kroki plemienia szukającego nowego miejsca na swoje namioty, tupot stada owiec pędzonego na wypas, szeroki oddech wytchnienia pod nocnym niebem gwiazd. Fantastyczne zgranie męskich głosów, rewelacyjna gra na oryginalnych, egzotycznych instrumentach, charyzmatyczny dyrygent. Śpiew prowadzi przez góry Kaukazu i azjatyckie stepy. Takich pieśni nie stworzy lud osiadły, zasiedziały, nieruchawy. To pieśni nomadów, wędrowców, pieśni pielgrzymów. Jest coś majestatycznego w śpiewie mężczyzny, który w obliczu Boga rezygnuje ze stereotypowego wizerunku macho i dziękuje za to, co nie jest od niego zależne. Mężczyzna, który tak potrafi śpiewać, to mężczyzna idealny.

23 sie 2026

bez końca

pod chmurną flotyllą
stada wron przeczesują ścierniska
w sierpniowych deszczach
dogasają pożary słoneczników
brzuchate dynie żarzą się na polach
i pomidorów miękki koral
do stołu zaprasza smakiem lata
święty Bartłomiej łąki obchodzi
liczy bociany przed odlotem
krowom żującym powoli
śnią się mleczne pastwiska urodzaju
płaska przestrzeń otwiera widoki
na niezmierzoną głębię horyzontu
gdzie wyżłobione polne drogi
nie mają końca

16 sie 2026

Aforyzmy 29

Samotność nie polega na tym, że nikogo nie ma obok, tylko że w trudnej chwili na nikogo nie można liczyć. 

Czyim życiem zawładnęła całkowicie praca, ten nie włada samym sobą.

Kto patrzy zbyt wysoko, może się potknąć o mały kamyczek.

Dziecko nie pyta czy może, jeśli czegoś chce; człowiek dojrzały wiele może, ale najpierw zapyta czy tego chce.

W polskiej biurokracji nawet najprostsze sprawy wymagają skomplikowanej dokumentacji. 

W wyścigu życia wszyscy biegniemy do tej samej mety. 

Wielcy odkrywcy to ci, którzy nie zauważyli, że istnieje granica rozsądku, dlatego uważa się ich za szaleńców.

Niektórzy tak gonią za szczęściem, że nie zauważyli, kiedy je wyprzedzili. 

Człowiek grzeczny na twoją pomyłkę machnie ręką i powie, że nic się nie stało; człowiek taktowny nawet jej nie zauważy. 

Jeśli chcesz sprawdzić moc przyjaźni, nie proś o pomoc w potrzebie, lecz opowiedz o swoim szczęściu i obserwuj, kto zechce ci go trochę uszczknąć, a kto jeszcze je pomnożyć. 

12 sie 2026

Jej noce coraz krótsze - cz. 1

           Chodzi. Chodzi po ścianach. Chodzi przez całe noce. Nogi chodzą, ona stara się na łóżku zasnąć. Trudne do wykonania. Albo się chodzi, albo śpi. Jak chodzić i spać jednocześnie? Częściej chodzi, więc nie śpi całą noc. Aż do rana. Wtedy nogi na chwilę się uspokajają i może zasnąć. Ale co to za spanie, gdy lipcowe słońce praży nawet przez żaluzje. Wtedy wstaje i chodzi już normalnie - po podłodze, nogami na dół.

            Chodzenie po ścianach odbywa się inaczej. Leży się tułowiem i głową na łóżku, nogi oparte o ścianę. Zaczyna się gimnastyka. Najpierw nogi na boki, w rozkroku jak przy pajacyku. Na zewnątrz i do wewnątrz. Na zewnątrz i do wewnątrz. Cały czas stopami po ścianie. Potem obie razem złączone i raz w lewo, raz w prawo. Następnie może być szuranie w dół i w górę na zmianę: raz lewa, raz prawa. W dół lewa i wyprost, w dół prawa i wyprost. Stopami po ścianie. Nie za długo, boli lewe kolano. Wtedy próbuje innego układu: stopy oparte o ścianę, kolana zgięte i kolebie nimi w lewo i w prawo, w lewo i w prawo. Tu już idzie lepiej, ale też nie za długo, bo odzywa się biodro. Co jemu jest - nie wiadomo, ale boli. Najlepiej, gdy nogi są wyprostowane, ale jakie figury są jeszcze możliwe? Kółeczka. A więc na zmianę kółeczko prawą nogą, kółeczko lewą nogą. Najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Tym razem to nie jest raczej chodzenie po ścianach. Ale jednak w ramach tej samej podróży. Podróży przez noc.

            Najgorzej koło pierwszej. Głowa zamierza spać, mózg się wyłącza, oczy zamykają, oddech uspokaja, a nogi ciągle chodzą. Chodzą, kręcą kółeczka, kolebią się, szurają po ścianie. Czasami idzie na ustępstwo i wstaje pochodzić normalnie, po podłodze. Okrąża fotel, idzie przez dwa pokoje: od ściany jednego do ściany drugiego i z powrotem. I tak przez jakiś czas. Mózg na chwilę łapie równowagę, pilnuje kierunku, odległości. Powieki opadają, ale nie całkiem i jeszcze w półmroku dostrzega kontury mebli, żeby omijać. Z czasem krótkie odcinki pokonuje po omacku: z łóżka do łazienki, od stołu do fotela. Po kolejnych nocach trasa z łóżka w jednym pokoju do kuchni opanowana perfekcyjnie. Może iść z zamkniętymi oczami i w ciemności nocy. Nie zahacza o żaden mebel ani ścianę. Tam i z powrotem. Sukces. Chwilowy.        

          Zmęczenie kolejnych nieprzespanych nocy kumuluje się i mózg przestaje działać, a właściwe jego orientacja przestrzenna. Kilka razy przytomnieje w nieoczekiwanym miejscu. Raz uderzyła w ścianę obok drzwi łazienki. Innym razem wlazła w kredens. Głową uderzyła o kant, nabijając sobie guza. To było w lipcu. Cały lipiec na nogach. Wszystkie noce. W dzień próbowała odsypiać. Bez powodzenia. Koło szóstej nad ranem była już całkowicie trzeźwa, mimo nocnych wędrówek. Zdarzały się chwile zamroczenia, gdy leciała w bety, nie mogąc powstrzymać opadających powiek - ale zaledwie na kwadrans, pół godziny. Co to jest pół godziny snu zamiast nieprzespanych przez cały miesiąc nocy?

Powinna mierzyć odległość. Może doszła do czegoś ważnego, do jakiegoś celu w przestrzeni. Do Kopca Kościuszki ani na Wysoki Zamek raczej jeszcze nie, ale kto wie, może chociaż do najbliższego miasteczka. Tymczasem nie wie, dokąd droga prowadzi. Dotąd nie ustaliła celu, a chodzenie odbywa się regularnie co noc. Piechurem była zawsze dobrym. Od dzieciństwa lubiła chodzić. Pierwszą daleką wyprawę odbyła z ojcem, gdy miała niecałe cztery lata. Wybierał się do lasu na łąkę, a ona uparła się iść razem z nim. Jej mama mówiła: Nie bierz jej, nie dojdzie. Będziesz musiał ją nieść. Nie miała racji. Nie doceniła uporu czteroletnich nóżek. Przeszła tam i z powrotem na własnych nogach. Patrzyła na drzewa. Pamięta kapliczkę z Matką Boską na sośnie. Pamięta łąkę z wysokimi trawami, przez które nie mogła nic zobaczyć. W drodze powrotnej szła za tatą, który niósł worek. Powiedział: Idź za mną i patrz, czy z worka nic nie wypada. I szła zajęta pilnowaniem, żeby nic nie wypadło. Worek wisiał na plecach taty i szła za nim jak za drogowskazem. I tak aż do samego domu. Jej debiut piechura.

Ciąg dalszy wędrówek to już lata szkolne na wsi gdzieś pod Zamościem. Majowe chrabąszcze spadające na ścieżkę, sad z orzechami włoskimi, jabłoniami i białą morwą, której smak owoców do dziś pielęgnuje na języku. Tajemniczy park z pałacem w typie entre cour et jardin, który ostatni jego właściciel hrabia Aleksander Szeptycki przekazał siostrom Misjonarkom Maryi. Siostry prowadziły lekcje religii, na które chodziło się polną ścieżką. Powroty do domu zwykle się przeciągały. Jak tego dnia, gdy jeden z chłopców, w za dużych butach, został wessany przez błoto i nie mógł ruszyć nogami. Małe głowy radziły, jak mu pomóc. Małe ramiona z wyciągniętymi rękami utworzyły łańcuch, na którego początku najsilniejszy z chłopców złapał za dłoń topielca. Łańcuch naprężył się, sapiąc i stękając, milimetr po milimetrze wyciągnął nieszczęśnika z błota. Wyciągnął bez butów. Zostały w błocie. Chłopiec szczęśliwie, choć boso wrócił do domu. Dziś nie potrafi policzyć, ile razy tamtędy przechodziła, ale pamięta dzieci z sierocińca, prowadzonego przez zakonnice. Podczas ładnej pogody stawały przy siatce i patrzyły. Dzieci stawały, nie zakonnice. 

Wszystkie polne drogi prowadzą do lasu. To już inna wieś i inne okolice, ale drogi wychodzone osobiście przez dzieciarnię wciąż tkwią w mapie pamięci. Kilometry spędzone w lesie dzieliły się na dwie pory roku: zimową i resztę. Zimą chodziło się trudniej. Zaspy, zasypane ścieżki. Pola gładkie jak białe prześcieradła. W zimie noc nastaje szybko i często podróż dzienna zamieniała się w nocną. I znowu zapamiętana jedna wyprawa z ojcem. Nocna. Siedzi z nim pod lasem na złamanej sośnie, w świetle księżyca patrzy na własne ślady w śniegu. Nagle jakiś kształt zbliża się, podążając wydeptanym tropem. Krok w krok po śladach. Kształt robi się podłużny, skręca omijając jakąś zaspę. Lis. Bądź cicho – szepnął ojciec. I nagle zaczął się śmiać: To pies, nasz Puszek. Rzeczywiście. Wydostał się przez ogrodzenie i poszedł szukać. Puszek był kundlem o znakomitym węchu. Odszukał swoje domowe stado szczęśliwy, że mu się nie zgubiło.

Później zimowe długie noce skracało się grą w brydża. Ona grała raczej zachowawczo i rzadko ryzykowała, ale jak się udało wylicytować cztery piki, albo szlemika w bez atu, to sen jeszcze długo nie nadchodził. Potem następował rober. Jeden, drugi. Jedna strona wygrała, druga się odgrywała i tak na przemian do samego rana. Brydżowy dziadek robił kanapki i herbatę. Kawę nauczyła się pić dopiero na studiach. Była potrzebna, żeby w nocy czytać książki. Ile było tych nieprzespanych, spędzonych nad książkami? Nie pamięta. Ale pamięta pierwszą. Zaczęła czytać wieczorem, potem jeszcze jeden rozdział, jeszcze jeden, kolejny… i tak, aż do rana, a na ósmą trzeba było iść na uczelnię. Ale doczytała do końca, do ostatniej strony. Był to Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że popełnił samobójstwo. Tego nie da się przerwać w żadnym momencie. Szkatułkowa narracja wciąga do samego końca. Gdyby więc zapragnęła stworzyć swój osobisty ranking - choć nienawidzi rankingów - książek, dla których warto zarwać noc, na pierwszym miejscu byłby Rękopis. Później już z górki. Kolejne noce i kolejne książki. Czytanie Śmierci Wergilego to dwie noce. Siedem tomów Prousta przerwała, żeby nie okazało się to jednak czasem straconym. Na drugim ex aequo Umberto Eco Imię róży i Bułhakowa Mistrz i Małgorzata. Dalej Brocha Śmierć Wergilego. Wszystkie pozostałe miejsca w rankingu to Teodor Parnicki. Począwszy od Sam wyjdę bezbronny... oraz kolejne. Parnicki  w nieskończoność. 

8 sie 2026

Aforyzmy 28

Ludzie są równi wobec prawa, ale nie wobec dobrobytu.

Ziemia jest kulista, więc kto goni wciąż do przodu, dochodzi do punktu wyjścia. 

Wymarłe języki są jak zamki w drzwiach, do których nikt nie ma klucza. 

Głupota jest największą sierotą: nikt nie chce się przyznać do rodzicielstwa ani przygarnąć w pieczy zastępczej.

Kto za wszelką cenę dąży do realizowania swoich  pragnień, jest więźniem swoich zachcianek. 

Prawdziwą wolność wewnętrzną osiągnął ten, kto zamienił "muszę" na "chcę". 

Wielu potrafi za niewielkie pieniądze przeżyć cały miesiąc, gdy innym wystarczy miesiąc, żeby stracić fortunę.

Mądrego można poznać po tym, kiedy i o czym milczy. 

Pamięć jest jak worek w odkurzaczu: trzeba go regularnie wymieniać. 

Niektórym pełnia szczęścia myli się z pełnym sejfem. 

6 sie 2026

sierpień

południe
milczą drzewa wykute z kamienia 
ciemny kształt bociana jak błysk
przeciął podwórze i znikł
kura złotym okiem spogląda w niebo
nic
nie mąci błękitu
żar powietrza broni dostępu
do chłodnych zaułków cienia
cisza
narasta z daleka pochłania
wyschnięte wodopoje 
przepaść dalekiej drogi rozpala
podeszwy stóp 
ten dzień spłonął
drzazgą 
w popiele wieczoru

28 lip 2026

Słuchać i rozumieć

        Zanim spróbujemy wyrażać siebie, chcąc zaprezentować swoje poglądy, ujawnić emocje, ocenić rzeczywistość, warto najpierw nauczyć się słuchać innych i rozumieć, co chcą nam zakomunikować poprzez słowa i zachowania. W życiu codziennym umiejętność słuchania/rozumienia oraz wypowiadania się najczęściej odbywa się równolegle i naprzemiennie, np. w trakcie rozmowy nasza rola jako słuchającego (odbiorcy) i komunikującego (nadawcy) wielokrotnie się zmienia. Ale i w sytuacji, gdy naszym zadaniem jest choćby wygłoszenie dłuższej mowy, warto uświadomić sobie, z jakim audytorium będziemy mieli do czynienia, na jaki odbiór możemy liczyć. Prelegent, mając na uwadze skuteczność wypowiedzi, musi być także uważnym obserwatorem rozumiejącym znaczenie niewerbalnego zachowania słuchaczy, którzy sygnalizują np. znudzenie (dyskretne ziewanie), zniecierpliwienie (spoglądanie na zegarek), zainteresowanie (skupione spojrzenia, namysł, notowanie).

       Po pierwsze więc, nauczyć się słuchać, co mówią inni, i rozumieć, co chcą nam powiedzieć nie tylko poprzez słowa, ale też gestami, mimiką, nawet poprzez ubiór czy inne zachowania. Od tego zależy udany kontakt z odbiorcą (czy odbiorcami). Słuchać to znaczy słyszeć, co naprawdę ktoś mówi, a nie ulegać złudzeniu, że nam się wydaje, co do nas jest mówione. Typowy przykład niesłuchania polega na przerywaniu rozmówcy w przekonaniu, że my już dobrze wiemy, co rozmówca chce nam powiedzieć. Ponadto dla upewnienia się, czy dobrze rozumiemy, warto stosować parafrazy wypowiedzi nadawcy. Parafrazy dokonujemy głośno, pytając rozmówcę, czy o to właśnie mu chodziło. Upewniamy się też w ten sposób co do intencji mówiącego. 

      Po drugie, istotną sprawą są towarzyszące wypowiedzi emocje, które nie muszą być i najczęściej nie są zwerbalizowane wprost, ale ujawniają się poprzez dobór słownictwa, gesty, ton głosu. Anna, szefowa zespołu wydaje polecenie Dorocie: „Napisz raport z ostatniego zadania”. Dorota wzrusza ramionami i odpowiada: „Znowu ja? Daj komuś innemu to zadanie, niech się też wykaże”.  Anna może zignorować  zachowanie i powtórzyć polecenie, ale może też próbować właściwie zrozumieć usłyszany komunikat. Czy Dorota odmawia wykonania zadania? Najlepiej wprost zapytać: „Czy to oznacza, że nie zrobisz tego raportu?” I tu może się okazać, że wcale nie o to chodziło Dorocie, gdyż wyjaśnia: „Napiszę, jestem w stanie to zrobić, ale nie od razu. Jestem w trakcie pisania innego projektu, który muszę skończyć we właściwym terminie”. Okazuje się, że Dorota jest rozdrażniona nałożeniem się terminów obu zadań i dlatego tak zareagowała.  Anna, rozumiejąc sytuację znajdzie lepsze rozwiązanie: może zlecić zadanie komuś innemu,  może też ustalić dłuższy termin na wykonanie zadania albo dać Dorocie kogoś do pomocy.

        Każda wypowiedź bowiem jednocześnie może pełnić kilka funkcji. Jeśli nadawca informuje nas o otaczającej nas rzeczywistości posługując się językiem obiektywnym, nienacechowanym emocjonalnie, mamy do czynienia z funkcją informacyjną (informatywną) czy inaczej poznawczą. Jeśli informacja wyposażona jest dodatkowo w aspekt emocjonalny, mówiący o stanie ducha nadawcy, mamy do czynienia z funkcją ekspresywną (emotywną).  Z kolei gdy nadawca stara się wpłynąć na odbiorcę, wywołując określoną reakcję, mówimy o funkcji impresywnej (konatywnej).

       W powyższym przykładzie wypowiedzi Doroty wystąpiły te trzy funkcje jednocześnie. Dorota poinformowała bowiem, że nie jest w stanie teraz wykonać zadania (funkcja informacyjna), ujawniła swoje emocje, rozdrażnienie (funkcja ekspresywna), zasugerowała inne rozwiązanie, aby zlecić zadanie komuś innemu (funkcja impresywna). Anna mogła odczytać tylko funkcję pierwszą, interpretując ją jako odmowę wykonania polecenia i wówczas Dorotę czekałyby konsekwencje służbowe. Jednak prawdziwe rozumienie polega na umiejętności uważnego słuchania, pozwalające komunikować się skutecznie, a nie tylko powierzchownie.

23 lip 2026

Skuteczność komunikacji

       W podstawowym rozróżnieniu podaje się dwie odmiany komunikacji międzyludzkiej: werbalną i niewerbalną. 

a) werbalna

- mowa

- pismo

b) niewerbalna

- mowa ciała (mimowolna)

- język symboli (np. kolor kwiatów itp.)

- gesty intencyjne (zachowania, np. ukłon)

W odniesieniu do codziennego bezpośredniego kontaktów interpersonalnych  Elliot Aronson mówi  o komunikowaniu się efektywnym, którego warunkami są:

·       bezpośrednie sprzężenie zwrotne, czyli otwartość wyrażania się w sytuacji, która tego wymaga, zwłaszcza w odniesieniu do naszych uczuć;

·       nastawienie na ekspresywność, czyli ujawnianie własnych uczuć zamiast oceniania drugiego człowieka;

·       budowanie relacji opartych na zaufaniu, w których szczerość nie będzie wykorzystywana przeciwko drugiej osobie.

I właśnie w odniesieniu do komunikacji werbalnej za podstawowy jej warunek uznaje się skuteczność. Warunkami skutecznej komunikacji są:  wiarygodność, kompetencja, atrakcyjność formy.


komunikacja międzyludzka

wiarygodność + kompetencja + atrakcyjność         = skuteczność


            Jak osiągnąć trzy wymienione warunki skutecznej komunikacji? Najpierw trzeba sobie uświadomić, co one oznaczają i jakiego wymagają od nas zaangażowania.

Wiarygodność jest wypadkową posiadanej przez nas wiedzy, czyli orientacji w zakresie przekazywanej w akcie komunikacji informacji. Oczywiście źródła owej wiedzy mogą być różne: profesjonalne studia, życiowe doświadczenie bądź oparcie się na wiedzy innych w postaci poznanych źródeł naukowych, badań itp.

Kompetencja może być  mylona z wiedzą, ale oznacza coś innego. Jest ona związana z umiejętnością nadawcy do przekazywania posiadanej wiedzy. Ważną rolę odgrywają tutaj kompetencje językowe, czyli zdolność precyzyjnego i jasnego formułowania myśli, przy czym w zależności od formy komunikatu (pismo lub mowa) owe umiejętności mogą być wykorzystywane kompleksowo lub tylko niektóre. Oczywistą jest rzeczą, że w przypadku wygłaszania mowy przed audytorium (czy nawet w zwykłej rozmowie) w ramach kompetencji językowych pojawi się także umiejętność stosowania mowy ciała, gestów, spojrzenia, a nawet odpowiedniego stroju.

Atrakcyjność formy przekazu, czyli kształtu komunikatu to szereg czynników dostosowanych do rodzaju informacji, założonego celu wypowiedzi, adresata oraz okoliczności. W przypadku dłuższej wypowiedzi ważną rolę odgrywają środki retoryczne, językowe środki perswazyjne, uatrakcyjnienie przekazu różnego rodzaju nowoczesnymi środkami wizualizacyjnymi, np. prezentacja multimedialna, pokaz.   

      Skuteczność nie jest prostą sumą powyższych trzech elementów, lecz ich harmonijnym współistnieniem zależnym od wielu czynników. Zaburzenie owej harmonii może zniweczyć każdą wypowiedź sprawiając, że stanie się nieskuteczna, a nawet bezużyteczna. Nadmierna koncentracja na retorycznych zabiegach językowych, naszpikowanie tekstu retorycznymi konstrukcjami zasłoni właściwy temat, rozmydli go niwecząc tym samym cel wypowiedzi. Z kolei przesadne uatrakcyjnienie formami graficznymi, wizualizacjami lub - w przypadku wystąpienia ustnego - środkami multimedialnymi - rozproszy uwagę odbiorców. Zachowanie właściwych proporcji tworzących harmonijną całość na każdym poziomie komunikacji dodałabym jako czwarty warunek jej skuteczności:


skuteczność komunikacji to:

                    wiarygodność i kompetencja nadawcy

                    atrakcyjność przekazu

                    harmonijna proporcja użytych środków

15 lip 2026

piernaty, ornaty i inne

jakoś - jakość
      
         Czasem jedna litera robi wielką różnicę. Jedną z dewiz przypisywaną nam, Polakom, jest hasło "jakoś to będzie". Jakoś, czyli i tak wyjdziemy na swoje, nie ma co robić dramatu, liczymy, że sprawa rozejdzie się po kościach. Może też być, że jakoś tam wybrniemy, jakoś sklecimy ten biznes, aby dalej szło. O ileż inaczej by to brzmiało, gdy dodać jedną literkę. Zamiast "jakoś" postawmy na "jakość".  Ot, choćby w Internecie nawet na blogach. Niektórzy jakoś tam piszą, czasem byle jak, czasem bez sensu, aby były zasięgi. Wyszukują tematy sensacyjne, wrzucają hasło i czekają na odzew. Inni, raczej nieliczni, dbają o jakość wpisów, o jakość języka. Piszą rzadziej, ale teksty są przemyślane, dopracowane językowo i kompozycyjnie. Bo pisać dużo nie znaczy pisać dobrze. 

szlak - szlag

         Spotkałam się już wiele razy, gdy ktoś pisał, że z jakiegoś powodu trafił go szlak. Ciekawe jaki? I gdzie ten szlak? Szlag w związku frazeologicznym "niech to szlag trafi" oznacza cios, uderzenie. Słowo pochodzi z języka niemieckiego: Schlag. W pomyłkowym użyciu "szlak" zamiast "szlag" kłania się niewiedza na temat zaniku dźwięczności w wygłosie. Dźwięczne "g" traci w wymowie dźwięczność i staje się bezdźwięcznym "k", o czym wiedzą, a przynajmniej widzieć powinny dzieci w podstawówce. Dobrze by było czasami też staranniej wymawiać nawet takie wygłosowe dźwięczności, które może są słabsze, ale można je podkreślić lekkim udźwięcznieniem, żeby nie było wątpliwości, o co nam chodzi.

adaptować - adoptować

        Naprawdę ta jedna literka robi wielką różnicę. Adoptować można dziecko. Dziecko może zostać oddane do adopcji. Kandydaci na rodziców przechodzą adopcyjne procedury. Adaptować można natomiast choćby strych, poddasze na pokój mieszkalny, na sypialnię. No i oczywiście na potrzeby filmowe adaptuje się dzieło literackie. Ale żaden reżyser raczej takiego dzieła nie adoptuje jako swoje dziecko, choć może mówić metaforycznie, że jest ojcem danego filmu. "Ojciec" oznacza tutaj relację emocjonalną, a nie prawne skutki adopcji jako takiej w stosunku do filmu czy innego wytworu kultury.  Rozumiem pośpiech dzisiejszego życia, ale doprawdy tak trudno zauważyć, że te dwa wyrazy różnią się jedną samogłoską? Ta jedna samogłoska sprawia, że z poziomu międzyludzkiego (adopcja) przechodzimy na poziom przedmiotów (strych zaadaptowany na sypialnię, pracownię, szopa zaadaptowana na garaż). A rozróżnienie jest takie proste, wystarczy od tych czasowników utworzyć rzeczowniki, a one zdecydowanie się różnią: adoptować - adopcja; adaptować - adaptacja. No ale trzeba wiedzieć, co to są rzeczowniki odczasownikowe. Również szkoła podstawowa się kłania. 

dziatki - dziadki

      Najlepiej byłoby nie używać formy potocznej, gdy się nie bardzo wie, jak. "Dziadki" w znaczeniu "dziadkowie" to forma zdecydowanie potoczna, można powiedzieć, kolokwialna. Jednakże znajomość prawidłowego wyrazu "dziadkowie" powinna dać do myślenia tym, którzy chcą użyć potocznej, bo przecież jest tam "d", które musi pojawić się także w tej krótszej "dziadki". Ale jak ktoś nie myśli, nie porównuje, nie dostrzega, to pisze, że "dziatki siedzą na wsi i nie znają współczesnej technologii".  Rzeczywistość zaś dowodzi, że nawet dzisiejsze dziatki, czyli dzieci świetnie się znają na współczesnej technologii. Bo dziatki - pisane przez "t" - to dzieci. Można co najwyżej z początkiem wakacji zawieźć dziatki na wieś i zostawić dziadkom pod opieką. Kto jak kto, ale rodzice nie powinni tych dwóch wyrazów mylić. 

piątka - piętka; piątka - piąstka

        Ogromne pole do popisu dla elokwentnych. Można gonić w piętkę z powodu braku piątej klepki. Przybić piątkę to nie to samo jednak, co dostać piątkę  w szkole. Z kolei goniąc w piętkę można jednocześnie lubić piętki chleba i trzymać nawet jedną w pięści, czyli w garści. Jednak gdy nie chcemy z kimś rozmawiać, wystarczy obrócić się na pięcie i odejść zaciskając pięści. Mała piąstka dziecka idzie w parze z małą jego piętką, bo całe nóżki ma wciąż małe. Z tego wynika, że piętka piętce nierówna: jedną można zjeść, a drugą wymachiwać pod nosem rodziców. Szybka piątka pytań na rozgrzewką natomiast z piąstką ma tyle wspólnego, że pytań jest pięć i palców w piąstce też pięć. 

          Czas na tytułowe piernaty. Jak nazwa wskazuje, piernaty mają pierze - dawniejszy materac wypełniony pierzem. Tak samo jak pierzyna. Pierzyna służy do przykrycia się, a na piernatach się leżało. Z czasem piernaty się rozmnożyły i określano nimi w ogóle to, co służyło do spania, na czym się spało i pod czym się spało. Wszystko, co znalazło się na łóżku awansowało na piernaty. Oczywiście z ornatami nie miało nic wspólnego poza podobieństwem brzmieniowym tworzącym rym. 

         
          

      

9 lip 2026

zapomnij

zapomnij o deszczu o mokrym ubraniu
zostaw parasolkę kalosze zbędne
zapomnij o płaszczu nie ochroni cię wcale 
gdy w strugach utoną zielone liście
deszczowi bracia drzewa skąpane
rozwieszą w powietrzu wodne woale
zapomnij o zwiędłych kwiatów agonii
w deszczowy dzień rozwiną się nowe
z pąków uśpionych na czas przetrwania
pokorne trawy w pas przygięte
pod biczem strumieni spod chmur granatu
powstaną z klęczek na nowe modlitwy
przez ścieżki polne rozwiane oddechy 
zapomnij tak wiele z dawnej niepewności
z mrocznych przeczuć utkane trwogi
po każdym deszczu błyszczą ukojeniem
krople diamentów w pajęczynach

1 lip 2026

bezimienny

czy będzie wspaniały
ten dzień nienazwany jeszcze 
żadnym imieniem

nie, nie, wspaniały nie będzie
będzie zwyczajny
nastaw w czajniku wodę na herbatę
ciastem poczęstuj wróble
i popatrz jak żar słoneczny
pochyla zwiędnięte łodygi żółtlicy

niech będzie wspaniały
ten dzień nienazwany jeszcze
żadnym imieniem

tymianek rozsiewa aromat
fioletowym się kładzie kobiercem
obok mięta dumna rozkwita
wprasza się do dzbanka 
piołunem się wzbija ogród do nieba
modlitwą pszczół 
w pachnącej katedrze oregano

jakże wspaniały ten dzień
w lipcowym upale
nienazwany jeszcze 
żadnym imieniem

czy ktoś nazwie go później
tego lata rocznikiem 
lub chmur ciemniejących granitem
gdy zza horyzontu powieje
wiatr ojciec deszczu i burzy

i będzie wspaniały
na zawsze
bezimienny

26 cze 2026

haiku na lato

jasny poranek
skąd przybywasz żabko
prosto do drzwi?

południe
kolorowe płatki
w pełnym rozkwicie

drżą liście
w głośnym świergocie
coś się dzieje

płyną chmury
w skwarne południe
szukam cienia

odpoczynek
między grzędami
piórko bażanta

powrót z ogrodu
przez zielone łany
przemyka sarna

po ulewie
ścieżka za domem biała
od płatków jaśminu

owocowe lato
czerwone soki w słojach
na parapecie






17 cze 2026

Aforyzmy 27

I na prostej drodze można utknąć bez celu.

Im dłużej żyjemy, tym większy mamy deficyt czasu.

Najszybszym sprinterem świata jest czas: jeszcze nikt go nie dogonił.

Kto szuka, znajduje; kto znajduje, ten wie; kto wie, chce wiedzieć więcej.

Niektórzy mówią zawsze na ten sam temat: o sobie. 

Ludzie, którzy nie mają nic do powiedzenia, najczęściej chowają się za głośna elokwencją. Prawdziwa mądrość potrzebuje milczenia, żeby dojrzeć i ciszy, żeby wybrzmieć. 

W zwiędłych kwiatach kryje się zarodek przyszłych owoców.

Najpierw człowiek przez lata uczy się, żeby pracować i zarabiać, a potem przez lata zarabia, żeby przestać pracować. 

Ludzi można podzielić na motyle i spawaczy: motyle nigdzie nie zagrzeją długo miejsca, a spawacze jak przyspawają się do stołka, to ani ich oderwać. 

Niektórych trzyma przy życiu siła przyzwyczajenia. 

10 cze 2026

Pasamonik i inni

      Technologia zmienia nie tylko warunki życia, rzeczywistość, która nas otacza, ale i język. To, co kiedyś istniało, przestaje istnieć w dawnej formie, więc słowa także zanikają. Przechodzą w czas przeszły, zapomniane jak zaginione cywilizacje. Rzecz dotyczy zawodów, niegdyś powszechnie obecnych, a dziś, za sprawą rozwoju technologii produkcji, nieistniejących lub wykonywanych mechanicznie. Niektóre z nich nie występują nawet jako relikt dawnych umiejętności w skansenach czy przy okazji historycznych rekonstrukcji. 
      O ile pasjonatów kowalstwa wciąż można spotkać, a kowalstwo artystyczne zdobywa uznanie i podziw, tak inne już z samej nazwy są kompletnie nieznane. Czasami ktoś natknie się na niektóre czytając dzieła naszej literatury. Mamy treserów, behawiorystów i groomerów, a przeciętny czytelnik nie rozumie, kim byli szczwacze w "Panu Tadeuszu". Szczwacz pełnił ważną rolę w obyczajowości myśliwskiej, układając psy do polowań. Krótko mówiąc, szczwacze tresowali ogary i charty, aby wystawiały zwierzynę myśliwym. 
       Wiele zajęć i ich nazw wywodzi się właśnie z kultury dworskiej, stąd też ich zanik w czasach współczesnych. Nie jeździmy karocami, więc nie ma forysiów. Foryś - to jeździec, konny pachołek, który poprzedzał karetę. Czasami jechał w przedniej parze konnej, gdy zaprzęg był cztero- lub sześciokonny. Z końmi związany był także fornal, który w majątku dworskim zajmował się konnym zaprzęgiem służącym do pracy na roli. Opiekował się końmi, dbał o wóz, przygotowywał je do prac rolniczych. Odpowiadał za dobrą kondycję koni, łączył w swoich zajęciach funkcję stajennego i woźnicy, zarządzał też organizacją prac polowych. 
       Wśród zaginionych słów szczególne miejsce zajmują nazwy zawodów usługowych, czyli rzemieślników. Całkowicie zapomnianym zawodem był tytułowy pasamonik, czyli producent ozdobnych elementów pasmanteryjnych: frędzli, pomponów, tasiemek, wstążek, galonów. Frędzle wszelkiego rodzaju możemy dzisiaj kupić na metry w każdym sklepie pasmanteryjnym, a kiedyś wyrabiano je ręcznie. Ozdobne guzy, naszycia, taśmy - to był efekt zręczności pasamonika. 
       W zasadzie nie spotkamy też dzisiaj rymarza, czyli rzemieślnika wytwarzającego skórzane końskie uprzęże i siodła. Rymarz szył uździenice, szory, zajmował się też ich naprawą. Szycie uprzęży nie było łatwe, gdyż rymarz robił  to ręcznie, co wymagało specjalistycznych narzędzi i zręczności. Wyrobami ze skór zajmował się też kuśnierz, z tym, że szył ubrania dla ludzi: futra, buty, czapy, rękawice. W zasadzie kuśnierz pracował nad ubiorem od samej podstawy, czyli sam też skóry najpierw wyprawiał. Była to więc kompleksowa działalność, począwszy od przygotowania materiału, wykrojenia go i szycia. 
       I na koniec jeszcze przypomnijmy folusznika. Bez niego nie byłoby wielu ubrań, zwłaszcza takich, jak kapelusze i palta. Folusznik zajmował się zagęszczaniem materiału. Jednym z efektów pracy folusznika był między innymi filc. Dzisiaj filcowanie stało się działalnością pasjonatów rękodzieła, którzy bawią się w wytwarzanie artystycznych ubrań z elementami filcu. Zakres prac typowego folusznika był jednak znacznie szerszy i o wiele bardziej wymagający. 

6 cze 2026

ostatnie drzewo

na wulkanicznej wyspie
samotne drzewo uczepione klifu
ostatnie ze swojego gatunku

minęły stulecia obfitości
radosne dni szelestu w konarach

opłakuje 
złamane kikuty
poszarpane skały 
wyspę

ostatnie drzewo 
ostani raz
rozsiewa nasiona

31 maj 2026

Aforyzmy 26


Dać się poruszać losowi lekko jak liść na wietrze to najdoskonalsza sztuka życia. 

Człowiek nauczył się jeździć i latać, a w chwili rozpaczy i tak pada na kolana. 

Dla niektórych największym wyzwaniem  jest zająć się samym sobą. 

Niektórzy podróżując po całym świecie wszędzie widzą tylko siebie.

Nawet mieszkając w jednym miejscu można mieć szerokie horyzonty.

Codzienna poranna kawa bywa jedynym stabilnym punktem w niestabilnej rzeczywistości. 

Życie jest podróżą na gapę: bez biletu i bez mapy.

Nieustanne rozpamiętywanie przeszłości zamyka widoki na przyszłość.

Niektórym się wydaje, że są wolni, a ich życiowe wybory to tylko wypadkowa konieczności i możliwości.

Znajomość czterech stron świata to za mało, żeby poznać siebie. 

25 maj 2026

odgłosy wieczoru

ciemnieje wieczór w podwórzu starej kamienicy
na dachu gołębie jak znieruchomiałe posągi
szybują w snach między gwiazdami
kolejno zapalają się światła mieszkań
zza drzwi wypływa gwar 
domowe sprzęty zaczynają rozmowę
szuranie krzeseł gaworzenie telewizora
głucho dudni bęben pralki
pod oknami czyjeś zmęczone człapanie 
z workiem na śmieci do kontenera i z powrotem
trzask frontowej bramy zamyka dzień



18 maj 2026

18 maja 1944 roku...

... żołnierze II Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Andersa po wielodniowych krwawych walkach (od 11 maja) weszli na teren zdobytego klasztoru Monte Cassino, otwierając drogę na Rzym.  Opis zmagań i wielkiego heroizmu dzień po dniu, godzina po godzinie zawiera reportaż Melchiora Wańkowicza Bitwa o Monte Cassino pisana przez autora w latach 1945 - 1946 i opublikowana w Rzymie i Mediolanie.
       Szczegółowe dane topograficzne, nazwy, elementy krajobrazu, szczegóły trudnego górzystego terenu, taktyczne decyzje ataku na kolejne stanowiska wroga zawarte w książce Wańkowicza znajdują potwierdzenie na mapach i rysunkach z pola bitwy. Wśród wielu barwnych i dramatycznych zarazem scen z pola walki przewijają się zwykli żołnierze, ich dowódcy oraz późniejsze znane postacie jak Gustaw Herling-Grudziński, który po zwolnieniu z sowieckiego łagru z Armią Andersa przeszedł szlak bojowy od Bliskiego Wschodu po kampanię włoską.  
      A dzisiaj?... Dzisiaj nadal rosną tam majowe maki, jak dawniej i jak głosi tytuł piosenki Feliksa Konarskiego (również żołnierza II Korpusu) Czerwone maki na Monte Cassino. Pieśń wraz z melodią skomponowaną przez Alfreda Schütza powstała w ciągu jednej nocy. Utwór emocjonalnie doskonale dopełnia reportaż Wańkowicza i bitewne dokumenty. 


Teren walk II Korpusu - mapa z 1944 roku 


Stanowisko Domek Doktora - wielokrotnie wspominany w książce Wańkowicza; mapa z 1944 roku


Stanowisko Głowa Węża - mapa z 1944 roku


Fragment terenu walk;
zaznaczyłam kolorami: w czerwonej obwódce Domek Doktora, żółto podkreślona Głowa Węża i na zielono Droga Polskich Saperów
Mapka opublikowana w 1946 roku w Wielkiej Brytanii

13 maj 2026

czekając - haiku

odwiedziny
skąd przybywają
te chmury?


oczekiwanie
grządki jedna przy drugiej
pełne nasion


majowa podróż
wiatr rozwiewa dmuchawce
w dal 





5 maj 2026

Zdawałam u niej egzamin

     Zmarła 24 kwietnia, dzisiaj był pogrzeb. Prof. Zofia Józefa Zdybicka, siostra urszulanka, profesor filozofii i religioznawstwa, wykładowczyni Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, współtwórczyni Lubelskiej Szkoły Filozoficznej. Prowadziła wykłady z filozofii Boga i filozofii religii oraz z antropologii, metafizyki i etyki. Pojawiała się na korytarzach w swoim szarym habicie urszulanki cicho, niespodziewanie i zawsze z uwagą, z półuśmiechem. Miałam szczęście i zaszczyt ją poznać, zdawać u niej egzamin, który bardziej przypominał przyjacielską rozmowę. Przyjazna, ciepła, zarazem rzeczowa i konkretna. Bez żadnej sztuczności.  Zmarła w wieku 97 lat, została pochowana na cmentarzu przy ul. Lipowej w Lublinie.  
     W ogóle miałam szczęście do wykładowców filozofii. Udało mi się jeszcze bywać na wykładach o. prof. Krąpca, słuchać jak fascynująco opowiada o niuansach myślenia filozoficznego. Miał energię dwudziestolatka, co objawiało się w szerokiej i obrazowej gestykulacji, od której czasami coś spadało z katedry. Jego przeciwieństwo - ks. prof. Józef Herbut (urodzony na Podolu w 1933 r.!): skupiony, zamyślony, pozornie wycofany, niepatrzący na salę i studentów - wykłady z logiki i metodologii głosił chodząc od ściany do ściany, niemal beznamiętnym tonem, ale niechby ktoś się tego nie nauczył! 
      Wiele mam do tej pory książek ówczesnej silnej lubelskiej grupy filozoficznej. Od "Ja, człowiek" ojca prof. Mieczysława Krąpca poczynając, przez podstawy filozofii prof. Antoniego Stępnia, podręczniki do retoryki prof. Piotra Jaroszyńskiego, etyczne rozważania ks. prof. Andrzeja Szostka i oczywiście książki siostry profesor Zofii Zdybickiej. Kawał dobrej wymagającej lektury! 

29 kwi 2026

21. antologia słupska

      Wiosną 2026 roku ukazał się dwudziesty pierwszy zbiór wierszy wydany przez Centrum Kultury Powiatu Słupskiego. Dwutomowa publikacja składa się z części pierwszej Szepty wśród pól i części drugiej pod tytułem Słońce złotem sypnie, w których mam skromny udział. Jak zawsze starannie wydane, dopracowane edytorsko i ułożone w odrębne rozdziały utwory dają obszerny przegląd współczesnej twórczości poetyckiej autorów niemal z całej Polski a także z Litwy, Ukrainy, USA, Kandy.  Na podkreślenie zasługuje fakt, że poza tekstami wierszy autorzy przedstawieni zostali także na fotografiach oraz w zebranych na końcu każdego tomu biogramach twórczych, dzięki czemu czytelnicy mogą powiązać treści i wymowę poetycką niektórych utworów z losami ich twórców. 

       W tomie pierwszym publikacji znajdują się moje najnowsze wiersze napisane w ciągu ubiegłego roku: są miejsca, pamięć rzeki, nic pomiędzy oraz ogrody moje


W tomie drugim pod tytułem Słońce złotem sypnie mój udział poległ na napisaniu do niego wstępu, w którym omawiam wybrane aspekty form gatunkowych i motywów zamieszczonych w nim utworów. W sumie w obu częściach antologii została zaprezentowana twórczość ponad siedemdziesięciorga poetów z Polski i zagranicy. 





Fragmenty wstępu do części II - Słońce złotem sypnie

25 kwi 2026

Dobry humor nie jest zły

Wyszukane w przedwojennej prasie. Humor nie tylko obrazkowy. 
















19 kwi 2026

Tytuły

     Przeglądając dawne gazety i czasopisma dochodzę do wniosku, że ówcześni wydawcy mieli większą fantazję. Najczęściej oczywiście tytuł wskazuje na tematykę, ale ciekawe są te, w których od razu ujawnia się czy miejsce wydania, czy zasięg, co miało znaczenie na przykład w czasach zaborów. Bogactwo oryginalnych tytułów potrafi nawet czasami rozbawić. Ciekawe, że w II połowie XIX wieku i na początku wieku XX wychodziło sporo czasopism satyrycznych, których dzisiaj na rynku próżno szukać. Próżno dzisiaj natrafić na coś oryginalniejszego, zabawniejszego niż piętnaście gazetek z programem telewizyjnym. Może magnaci prasowi - bo wydawcy tworzą dzisiaj potężne kartele -  powinni zerknąć na historię czasopiśmiennictwa i popisać się większą pomysłowością. 

"Złodziej Polityczny" z 1831 roku, Wydawany w Warszawie


"Wielkopolanin" z 1893 roku, wydawany w Poznaniu


"Kurier Teatralny Lwowski" z 1871 roku


"Dzwon" z 1928 r., wydawany w Warszawie


"Chata" z 1892 roku, dwutygodnik wydawany we Lwowie


"Wędrowiec" z 1888 roku, tygodnik turystyczny wydawany w Warszawie


"Biesiada Literacka", tygodnik wydawany w Warszawie w latach 1876 - 1917


"Dzień Dobry!" z 1931 roku, Warszawa


"Kolce" tygodnik satyryczny wydawany w Warszawie w latach 1871 - 1914


"Bicz" z 1885 roku, dwutygodnik satyryczno-humorystyczny wydawany w Krakowie


"Najnowsza Plotka" z 1912 roku, czasopismo satyryczne wychodzące nieregularnie w Wilnie


"Zagłoba" z 1919 roku, nieregularne czasopismo satyryczne wydawane w Warszawie

I z regionu lubelskiego:




I absolutna perełka: "Trubadur Polski" - tygodnik satyryczno-literacki, w którym publikowane były humorystyczne wersje arii operowych i operetkowych, wiersze na melodie operowe, kuplety i monologi operetkowe, anegdoty ze świata artystów.


"Trubadur Polski" z 1907 roku, wydawany w Warszawie


11 kwi 2026

tu gdzie stoję

w tej przestrzeni w tej godzinie
kogut zapiał w szarość mgielną
ktoś wyrusza ktoś powraca
cyprys zastygł w rzeźbę wiatru
w tamtym domu ktoś zamieszkał
dym z komina wolno się unosi
ludzie jadą w strony swoich marzeń
w sieć schwytane rozkrzyczane słowa
milkną echa dalekiego świata
pies zaszczeka ptak zaśpiewa
czas przemija w brzmieniu sekundnika
w tej przestrzeni w tej godzinie
tu gdzie stoję już zapada cisza

7 kwi 2026

kwiecień

Pocztówka z 1914 roku - dom w Paryżu, w którym 3 kwietnia 1849 roku zmarł Juliusz Słowacki 


Drzeworyt Władysława Żurawskiego z 1930 roku. Podpis może dziwić, że św. Franciszek w powiązaniu z kwietniem, choć główne wspomnienie przypada 4 października. Jednak w kalendarzu święty Franciszek występuje kilkakrotnie, między innymi 2 kwietnia, stąd skojarzenie z przylotem pliszki.


Piotr Stachiewicz: Kwiecień (święta Agnieszka z Montepulciano, wspomnienie 20 kwietnia)



Józef Rapacki, Rok w krajobrazie. Kwiecień, pocztówka przedwojenna 

31 mar 2026

jeśli umierać

jeśli umierać
to tylko po urodzinach
biografowie łatwo ustalą lata życia
epokę nazwą tytułem 
najbardziej poczytnej powieści
jeśli odchodzić
to tylko stąd gdzie rośnie drzewo
znające wszystkich 
którzy pod nim przechodzili
wystarczy posiedzieć
powspominać 
jeśli opowiadać
to tylko przy okazji
innego pożytecznego zajęcia
na przykład przy łuskaniu fasoli 
jeśli pisać
to tylko wtedy gdy ma się
coś do powiedzenia
prawdę nieprzemijającą
jak życie - fakt niby ulotny
a ciągle żywy 
mimo śmierci 

jeśli umierać
to tylko wtedy gdy przez igielne ucho
objęło się spojrzeniem
cały widnokrąg istnienia 




29 marca zmarł Wiesław Myśliwski, autor "Drzewa", "Widnokręgu", "Traktatu o łuskaniu fasoli", "Ucha igielnego"... 

29 mar 2026

Niedziela Palmowa



Grafika z "Przewodnika Katolickiego" nr 15 z 1938 r.

24 mar 2026

Opolskie czytanie wierszy

      Olga Tokarczuk powiedziała kiedyś, że odczuwa konsternację na pytanie o to, czy napisany przez nią utwór to prawda czy fikcja. Nie da się odpowiedzieć. Podobnie jak na często zadawane poetom pytanie o to, jak się pisze wiersz lub co stanowi inspirację. Gdyby dało się krótko i jednoznacznie odpowiedzieć, pisanie wierszy byłoby zbędne. Takie pytania są koszmarem autorów i powinny być zakazane. Na szczęście wrażliwi n słowo czytelnicy i słuchacze doskonale o tym wiedzą i potrafią dostrzec utworze literackim coś więcej niż proste odniesienia do realiów bytu.
       Na marginesie rozważań o koszmarach pisarzy i poetów zastanowiłam się, co jeszcze może być trudnym wyzwaniem dla autora czy to prozy, czy poezji. Dla mnie jest to czytanie własnych wierszy. Czytanie przed publicznością. Oczywiście z punktu widzenia czytelnika i słuchacza również lubię, gdy autor czy autorka czyta swoje utwory. Sugestywnie czytał swoje wiersze Czesław Miłosz, lubiłam słuchać, gdy czytała Szymborska, przejmująco czytała Urszula Kozioł, w której wierszach dostrzegałam wówczas dodatkowe podteksty, umykające w osobistej, może zbyt powierzchownej lekturze. Jednak ze swojej własnej perspektywy czytanie swoich utworów odczuwam jako ograniczanie czytelnikowi czy słuchaczowi możliwości interpretacji. Każde wykonanie wiersza na głos - poprzez czytanie czy recytację - jest jednocześnie jakąś interpretacją. Jedną z wielu możliwych. Toteż i odczytanie utworu przez samego autora jest tylko jedną z wielu możliwych wersji. Ale ponieważ czyta sam autor, może to zostać odebrane jako wersja jedynie słuszna ograniczająca inwencję odbiorcy. 
       Lubię słuchać jak inni czytają moje utwory. czasami są to bardzo ciekawe propozycje, dzięki którym uświadamiam sobie, jakie skojarzenia, refleksje, odczucia wywołuje mój wiersz w odbiorze. Odczytania bywają czasami zaskakujące. I odkrywcze dla mnie samej. Dlatego na pytanie o największy mój - jako autorki - koszmar, poza wspomnianymi wyżej pytaniami, powiedziałabym, że jest nim czytanie własnych utworów przed publicznością. 
      Podczas Opolskich Spotkań z Poezją autorzy czytają osobiście. 21 marca tego roku zaprezentowały trzy poetki oraz utwory czwartej autorki z powodu jej nieobecności zostały przeczytane przez prowadzącą spotkanie Dorotę Chołody. Swoje zaś wiersze czytały panie reprezentujące trzy poetyckie środowiska literackie: Kamila Szysiak z Lublina, Teresa Syta z Suśca oraz Iwona Danuta Startek, czyli ja, z Biłgorajskiej Plejady Literackiej

Od lewej: Dorota Chołody - organizatorka spotkania oraz zaproszone poetki: Kamila Szysiak, Teresa Syta oraz autorka tego blogu Iwona Danuta Startek; fot. Wioleta Bucior

        Opolskie Spotkania z Poezją, organizowane już po raz siódmy, powstały z inicjatywy Doroty Chołody, która - jak przyznała - zainspirowała się Nałęczowskimi Spotkaniami z Poezją zainicjowanymi przed kilkunastu laty przez Bogusława Gałęzowskiego i Towarzystwo Przyjaciół Nałęczowa. Miałam przyjemność uczestniczyć w Nałęczowskich Spotkaniach w 2017 roku, a teraz przyszedł czas na Opole Lubelskie, w którym dotąd nie byłam. Oba wydarzenia - poza oczywiście miłością do mowy wiązanej - łączy także prezentowanie poezji w oprawie muzycznej. Nie jest to więc suche odczytywanie wierszy, ale jest czas na osobistą zadumę na wysłuchanym słowem i zanurzenie się w muzyczne inspiracje. Także dla samych czytających poetów przerwy na słuchanie muzyki bywają wskazane, w tym czasie mogą niejako nastroić się odpowiednio do prezentowania kolejnych utworów o innym charakterze, innej wymowie, innej poetyce. Czasami chwila muzyki może wpłynąć na autora w taki sposób, że zmieni wybrane wcześniej wiersze na inne. Tak właśnie było ze mną, gdyż z przygotowanych przed przyjazdem wierszy, w tych chwilach kontaktu z muzyką, kilka zamieniłam na inne, które wydały mi się bardziej pasujące do emocji i nastrojów panujących wśród widowni.

Zasłuchana i zaangażowana publiczność na Opolskich Spotkaniach z Poezją, fot. Wioleta Bucior

     Rozmowy po zakończeniu naszych wystąpień potwierdziły, że zamiana była słuszna a zaprezentowane utwory dostarczyły słuchaczom ciekawych wrażeń i emocji. Tak więc, chociaż czytanie publiczne własnych wierszy uważam za koszmar, samo spotkanie z wielbicielami poezji było przyjemne i inspirujące. Zdecydowałam się na przeczytanie kilku wierszy opublikowanych w tomikach, dołączając do nich utwory najnowsze, jeszcze nigdzie niepublikowane. 

Wiersze z tomików:
I nie wiadomo...
    - rytm
    - pochylam głowę
 Zakola leniwych rzek
    - pokaż mi Paryż
    - śmiech Demokryta
    - bogowie odeszli
    - pora drozda
    - zwykły dzień
    - *** (z kart pocieszenia...)

Utworów najnowszych nie podaję. Nie wiadomo jeszcze, w jakiej formie zostaną opublikowane.