12 wrz 2026

Jej noce coraz krótsze - cz. 3

        Najdłuższe i najkrótsze noce są bardzo podobne. Podczas jednych i drugich nie mierzy się czasu, a świt tak samo zaskakuje. Która z nocy była najdłuższa? Ta, kiedy czuwała przy łóżku uważnie nasłuchując czy coraz cichszy oddech nie urwie się nagle i nie pozostawi jej w całkowitej ciszy? Noc  w noc klęcząc przy łóżku nie dawała sobie pozwolenia na zmrużenie oka. A kiedy zmęczenie brało górę i mimowolnie powieki się zamykały i głowa opadała na brzeg materaca, wyjmowała różaniec i bezgłośnie poruszając wargami odmawiała dziesiątek po dziesiątku. Jedna noc, druga, trzecia… Jeden tydzień, drugi, trzeci… Miesiąc, drugi, trzeci… Całe trzy miesiące, kiedy zapomniała, że doba składa się z dni i nocy, z czasu aktywności i czasu odpoczynku, ze zmierzchów i świtów. Wszystko zlało się w jeden mroczny czas czuwania, nasłuchiwania oddechu, wpatrywania się w niespokojnie śpiącą twarz na poduszce. Była na każde zawołanie gotowa własnym ciałem klęcząc posłużyć za podparcie w bolesnej próbie wstawania, szukania wygodnej pozycji, kiedy ból nie ustawał nigdy, ale choć trochę stawał się mniej wyczerpujący. Jej własny ból był nieistotny, bo wiedziała, że minie. Zdrętwiałe nogi i ramiona wystarczyło rozruszać codziennymi obowiązkami, których dzisiaj już nawet nie pamięta, aby znowu móc klęczeć przez nocne godziny. Patrzenie na inny ból, którego nie dawało się niczym uśmierzyć, był o wiele bardziej przerażający.

       Ostatnie trzy doby nie spała ani minuty. Czas zlał się w jeden strumień jak wieczność, która nie ma końca. Dopiero rankiem, kiedy zapadła cisza, otworzyła kalendarz i czarną obwódką otoczyła datę. Nie wyobrażała sobie powrotu do zwykłej naprzemienności nocy i dni. Noce stały się jej czasem walki z nicością. Stąd ta jej zachłanność. Każda godzina wydawała się czasem straconym, jeśli trzeba było ją poświęcić na bezproduktywne utrzymanie świata w ryzach konwenansu. Szła do pracy, bo ludzie się umówili, że taka jest kolej rzeczy. Praca nadaje życiu sens. Praca ćwiczy charakter. Praca zmienia świat. Praca stanowi o wolnej woli człowieka. Puste hasła dla uprawomocnienia systemu, w którym wartością jest zmęczenie. Przelewanie z pustego w próżne. Kopanie dołów i ich zasypywanie ma sens tylko wtedy, gdy się jest grabarzem. A ona nie chciała już kopać nikomu niepotrzebnych dołów, lecz zaspokoić swoją zachłanność na noce wypełnione sensem.

       Kiedy dni zostały zaprzęgnięte w powszechny system pracy zawodowej, tylko noce mogły stać się jej własna walutą. Płaciła nią za sprzeciw wobec snu, który uczy umierania. Zachłanność na poznawanie tego, co niepoznane, doznawanie tego, co ulotne, przeżywanie tego, co nigdy się nie powtórzy wypędzała ją z nocnego łóżka i prowadziła na dworce, stacje i lotniska. Wszędzie tam, skąd mogła wyruszyć na spotkanie ze sztuką. Po powrocie z pracy brała już spakowany rano plecak i wyruszała zatrzymać bieg życia. Ars longa, vita brevis.

      Co to jest opera? To jest takie coś, co zaczyna się o siódmej, a kiedy po trzech godzinach patrzysz na zegarek, jest siódma dwadzieścia. Stary dowcip, często powtarzany zwłaszcza przez  tych, którzy na operze nigdy nie byli. W rzeczywistości jest całkiem odwrotnie. Kiedy Marc Minkowski ze swoimi Muzykami z Luwru i doborową obsadą przywiózł Alcynę Händla,  od pierwszego taktu Uwertury po ostatnie chóralne Dopo tante amare pene czas płynął zupełnie inaczej. Händel sprawiedliwie obdzielił postacie popisowymi ariami, które lecą jedna za drugą, nie dając słuchaczom czasu na wytchnienie, a Minkowski nie pozwalał na dłuższe przerwy niż wymuszały oklaski zachwyconej publiczności. A publiczność biła brawo po niemal każdej arii i to wcale nie z nudów. Po prostu nie można było pozostać obojętnym, kiedy Alcyna-Inga Kalna żali się, że Ruggiero już nie patrzy na nią z zachwytem, jak dawniej (Si, non quella, non piu bella), albo kiedy Morgana-Veronica Cangemi od pierwszego wejrzenia ulega urokowi Ricciarda (Tornami a vagheggiar). Dwie instrumentalne solówki: skrzypcowa i wiolonczelowa (towarzyszące ariom), wyciskało niektórym łzy z oczu. Na widowni spotkała podobnych sobie zachłannych wielbicieli opery z Paryża, Krakowa, Warszawy, Monachium i Wiednia. Bo co to jest opera? Jest to takie coś, co zaczyna się o dwudziestej, a kiedy po dwudziestu minutach patrzysz na zegarek, jest już po północy.

      Podobnie jak wtedy, gdy trzy dni długiego weekendu przeznaczyła na to, aby pierwszy raz posłuchać jak śpiewa Andreas Scholl. Nie dopisała wtedy pogoda, która w noc poprzedzającą uraczyła sążnistą ulewą, a i podczas całego dnia co i rusz nadciągały chmury na przemian z krótkotrwałymi przebłyskami słońca. Zrobiło się zimno i wietrznie, a wiatr targał zadaszeniem plenerowej estrady i dosłownie hulał po otwartej przestrzeni, gdzie siedziała widownia. Kiedy zabrzmiały pierwsze takty i słowa Stabat Mater Vivaldiego, wszystko ucichło poza głosem śpiewaka i brzmieniem orkiestry. Jej zachłanność została częściowo zaspokojona aż do następnego występu Scholla, na który pojechała mimo ryzyka, że następnego dnia nie zdąży do pracy. Ale od czego są nocne pociągi i samoloty?

      Żadna podróż nie jest zbyt długa, aby posłuchać Ars Antiqua de Paris. Kiedy  Joseph Sage daje popis swoich trzech oktaw w Sire, Conte, j`ai viele Colina Museta, nie myśli się ani o trudach podróży, ani o upływającym czasie. Po koncercie w zakupionej płycie znalazła zasuszoną czterolistną koniczynkę. Prezent od artysty dla wielbicielki muzyki. A wielbicielka gotowa zapłacić majątek za kawę. Kawy! kawy! Królestwo za kawę! Nie brzmi to tak ładnie jak koń, a królestwa też nie miała, ale jeśli kiedyś zbankrutuje, to przez nią. Bo mieszkać to mogłaby nawet w szałasie, ale bez kawy?... A myśli krążą, krążą, wyprzedzając czas. Siedząc nad otwartym kalendarzem rezerwuje terminy, zaznacza dni i godziny, wyjazdy, odjazdy, przesiadki i miejsca docelowe, gdzie znowu czas przestanie płynąć. 

2 komentarze:

czerwona filiżanka pisze...

Piękny, niezwykle poruszający fragment — pełen bólu, czuwania i tęsknoty za życiem przeżywanym naprawdę. Szczególnie mocno wybrzmiewa tu motyw nocy: najpierw jako czasu lęku i poświęcenia, a później jako przestrzeni wolności, sztuki i zachwytu. Opis „Alcyny” sprawił, że aż chciałoby się znaleźć na widowni i doświadczyć tej niezwykłej magii muzyki.

emberiza pisze...

Takie życie: od bólu, cierpienia, trudu, do zachwytu i radości. Każdy doświadcza wszystkiego po trochu. Dziękuję!