południe
milczą drzewa wykute z kamienia ciemny kształt bociana jak błysk
przeciął podwórze i znikł
kura złotym okiem spogląda w niebo
nic
nie mąci błękitu
żar powietrza broni dostępu
do chłodnych zaułków cienia
cisza
narasta z daleka pochłania
wyschnięte wodopoje
przepaść dalekiej drogi rozpala
podeszwy stóp
ten dzień spłonął
drzazgą
w popiele wieczoru