23 sie 2026

bez końca

pod chmurną flotyllą
stada wron przeczesują ścierniska
pożary słoneczników dogasają
w sierpniowych deszczach
brzuchate dynie żarzą się na polach
i pomidorów miękki koral
do stołu zaprasza smakiem lata
święty Bartłomiej łąki obchodzi
liczy bociany przed odlotem
krowom żującym powoli
śnią się mleczne pastwiska urodzaju
płaska przestrzeń otwiera widoki
na niezmierzoną głębię horyzontu
gdzie wyżłobione polne drogi
nie mają końca

16 sie 2026

Aforyzmy 29

Samotność nie polega na tym, że nikogo nie ma obok, tylko że w trudnej chwili na nikogo nie można liczyć. 

Czyim życiem zawładnęła całkowicie praca, ten nie włada samym sobą.

Kto patrzy zbyt wysoko, może się potknąć o mały kamyczek.

Dziecko nie pyta czy może, jeśli czegoś chce; człowiek dojrzały wiele może, ale najpierw zapyta czy tego chce.

W polskiej biurokracji nawet najprostsze sprawy wymagają skomplikowanej dokumentacji. 

W wyścigu życia wszyscy biegniemy do tej samej mety. 

Wielcy odkrywcy to ci, którzy nie zauważyli, że istnieje granica rozsądku, dlatego uważa się ich za szaleńców.

Niektórzy tak gonią za szczęściem, że nie zauważyli, kiedy je wyprzedzili. 

Człowiek grzeczny na twoją pomyłkę machnie ręką i powie, że nic się nie stało; człowiek taktowny nawet jej nie zauważy. 

Jeśli chcesz sprawdzić moc przyjaźni, nie proś o pomoc w potrzebie, lecz opowiedz o swoim szczęściu i obserwuj, kto zechce ci go trochę uszczknąć, a kto jeszcze je pomnożyć. 

12 sie 2026

Jej noce coraz krótsze - cz. 1

           Chodzi. Chodzi po ścianach. Chodzi przez całe noce. Nogi chodzą, ona stara się na łóżku zasnąć. Trudne do wykonania. Albo się chodzi, albo śpi. Jak chodzić i spać jednocześnie? Częściej chodzi, więc nie śpi całą noc. Aż do rana. Wtedy nogi na chwilę się uspokajają i może zasnąć. Ale co to za spanie, gdy lipcowe słońce praży nawet przez żaluzje. Wtedy wstaje i chodzi już normalnie - po podłodze, nogami na dół.

            Chodzenie po ścianach odbywa się inaczej. Leży się tułowiem i głową na łóżku, nogi oparte o ścianę. Zaczyna się gimnastyka. Najpierw nogi na boki, w rozkroku jak przy pajacyku. Na zewnątrz i do wewnątrz. Na zewnątrz i do wewnątrz. Cały czas stopami po ścianie. Potem obie razem złączone i raz w lewo, raz w prawo. Następnie może być szuranie w dół i w górę na zmianę: raz lewa, raz prawa. W dół lewa i wyprost, w dół prawa i wyprost. Stopami po ścianie. Nie za długo, boli lewe kolano. Wtedy próbuje innego układu: stopy oparte o ścianę, kolana zgięte i kolebie nimi w lewo i w prawo, w lewo i w prawo. Tu już idzie lepiej, ale też nie za długo, bo odzywa się biodro. Co jemu jest - nie wiadomo, ale boli. Najlepiej, gdy nogi są wyprostowane, ale jakie figury są jeszcze możliwe? Kółeczka. A więc na zmianę kółeczko prawą nogą, kółeczko lewą nogą. Najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Tym razem to nie jest raczej chodzenie po ścianach. Ale jednak w ramach tej samej podróży. Podróży przez noc.

            Najgorzej koło pierwszej. Głowa zamierza spać, mózg się wyłącza, oczy zamykają, oddech uspokaja, a nogi ciągle chodzą. Chodzą, kręcą kółeczka, kolebią się, szurają po ścianie. Czasami idzie na ustępstwo i wstaje pochodzić normalnie, po podłodze. Okrąża fotel, idzie przez dwa pokoje: od ściany jednego do ściany drugiego i z powrotem. I tak przez jakiś czas. Mózg na chwilę łapie równowagę, pilnuje kierunku, odległości. Powieki opadają, ale nie całkiem i jeszcze w półmroku dostrzega kontury mebli, żeby omijać. Z czasem krótkie odcinki pokonuje po omacku: z łóżka do łazienki, od stołu do fotela. Po kolejnych nocach trasa z łóżka w jednym pokoju do kuchni opanowana perfekcyjnie. Może iść z zamkniętymi oczami i w ciemności nocy. Nie zahacza o żaden mebel ani ścianę. Tam i z powrotem. Sukces. Chwilowy.        

          Zmęczenie kolejnych nieprzespanych nocy kumuluje się i mózg przestaje działać, a właściwe jego orientacja przestrzenna. Kilka razy przytomnieje w nieoczekiwanym miejscu. Raz uderzyła w ścianę obok drzwi łazienki. Innym razem wlazła w kredens. Głową uderzyła o kant, nabijając sobie guza. To było w lipcu. Cały lipiec na nogach. Wszystkie noce. W dzień próbowała odsypiać. Bez powodzenia. Koło szóstej nad ranem była już całkowicie trzeźwa, mimo nocnych wędrówek. Zdarzały się chwile zamroczenia, gdy leciała w bety, nie mogąc powstrzymać opadających powiek - ale zaledwie na kwadrans, pół godziny. Co to jest pół godziny snu zamiast nieprzespanych przez cały miesiąc nocy?

Powinna mierzyć odległość. Może doszła do czegoś ważnego, do jakiegoś celu w przestrzeni. Do Kopca Kościuszki ani na Wysoki Zamek raczej jeszcze nie, ale kto wie, może chociaż do najbliższego miasteczka. Tymczasem nie wie, dokąd droga prowadzi. Dotąd nie ustaliła celu, a chodzenie odbywa się regularnie co noc. Piechurem była zawsze dobrym. Od dzieciństwa lubiła chodzić. Pierwszą daleką wyprawę odbyła z ojcem, gdy miała niecałe cztery lata. Wybierał się do lasu na łąkę, a ona uparła się iść razem z nim. Jej mama mówiła: Nie bierz jej, nie dojdzie. Będziesz musiał ją nieść. Nie miała racji. Nie doceniła uporu czteroletnich nóżek. Przeszła tam i z powrotem na własnych nogach. Patrzyła na drzewa. Pamięta kapliczkę z Matką Boską na sośnie. Pamięta łąkę z wysokimi trawami, przez które nie mogła nic zobaczyć. W drodze powrotnej szła za tatą, który niósł worek. Powiedział: Idź za mną i patrz, czy z worka nic nie wypada. I szła zajęta pilnowaniem, żeby nic nie wypadło. Worek wisiał na plecach taty i szła za nim jak za drogowskazem. I tak aż do samego domu. Jej debiut piechura.

Ciąg dalszy wędrówek to już lata szkolne na wsi gdzieś pod Zamościem. Majowe chrabąszcze spadające na ścieżkę, sad z orzechami włoskimi, jabłoniami i białą morwą, której smak owoców do dziś pielęgnuje na języku. Tajemniczy park z pałacem w typie entre cour et jardin, który ostatni jego właściciel hrabia Aleksander Szeptycki przekazał siostrom Misjonarkom Maryi. Siostry prowadziły lekcje religii, na które chodziło się polną ścieżką. Powroty do domu zwykle się przeciągały. Jak tego dnia, gdy jeden z chłopców, w za dużych butach, został wessany przez błoto i nie mógł ruszyć nogami. Małe głowy radziły, jak mu pomóc. Małe ramiona z wyciągniętymi rękami utworzyły łańcuch, na którego początku najsilniejszy z chłopców złapał za dłoń topielca. Łańcuch naprężył się, sapiąc i stękając, milimetr po milimetrze wyciągnął nieszczęśnika z błota. Wyciągnął bez butów. Zostały w błocie. Chłopiec szczęśliwie, choć boso wrócił do domu. Dziś nie potrafi policzyć, ile razy tamtędy przechodziła, ale pamięta dzieci z sierocińca, prowadzonego przez zakonnice. Podczas ładnej pogody stawały przy siatce i patrzyły. Dzieci stawały, nie zakonnice. 

Wszystkie polne drogi prowadzą do lasu. To już inna wieś i inne okolice, ale drogi wychodzone osobiście przez dzieciarnię wciąż tkwią w mapie pamięci. Kilometry spędzone w lesie dzieliły się na dwie pory roku: zimową i resztę. Zimą chodziło się trudniej. Zaspy, zasypane ścieżki. Pola gładkie jak białe prześcieradła. W zimie noc nastaje szybko i często podróż dzienna zamieniała się w nocną. I znowu zapamiętana jedna wyprawa z ojcem. Nocna. Siedzi z nim pod lasem na złamanej sośnie, w świetle księżyca patrzy na własne ślady w śniegu. Nagle jakiś kształt zbliża się, podążając wydeptanym tropem. Krok w krok po śladach. Kształt robi się podłużny, skręca omijając jakąś zaspę. Lis. Bądź cicho – szepnął ojciec. I nagle zaczął się śmiać: To pies, nasz Puszek. Rzeczywiście. Wydostał się przez ogrodzenie i poszedł szukać. Puszek był kundlem o znakomitym węchu. Odszukał swoje domowe stado szczęśliwy, że mu się nie zgubiło.

Później zimowe długie noce skracało się grą w brydża. Ona grała raczej zachowawczo i rzadko ryzykowała, ale jak się udało wylicytować cztery piki, albo szlemika w bez atu, to sen jeszcze długo nie nadchodził. Potem następował rober. Jeden, drugi. Jedna strona wygrała, druga się odgrywała i tak na przemian do samego rana. Brydżowy dziadek robił kanapki i herbatę. Kawę nauczyła się pić dopiero na studiach. Była potrzebna, żeby w nocy czytać książki. Ile było tych nieprzespanych, spędzonych nad książkami? Nie pamięta. Ale pamięta pierwszą. Zaczęła czytać wieczorem, potem jeszcze jeden rozdział, jeszcze jeden, kolejny… i tak, aż do rana, a na ósmą trzeba było iść na uczelnię. Ale doczytała do końca, do ostatniej strony. Był to Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że popełnił samobójstwo. Tego nie da się przerwać w żadnym momencie. Szkatułkowa narracja wciąga do samego końca. Gdyby więc zapragnęła stworzyć swój osobisty ranking - choć nienawidzi rankingów - książek, dla których warto zarwać noc, na pierwszym miejscu byłby Rękopis. Później już z górki. Kolejne noce i kolejne książki. Czytanie Śmierci Wergilego to dwie noce. Siedem tomów Prousta przerwała, żeby nie okazało się to jednak czasem straconym. Na drugim ex aequo Umberto Eco Imię róży i Bułhakowa Mistrz i Małgorzata. Dalej Brocha Śmierć Wergilego. Wszystkie pozostałe miejsca w rankingu to Teodor Parnicki. Począwszy od Sam wyjdę bezbronny... oraz kolejne. Parnicki  w nieskończoność. 

8 sie 2026

Aforyzmy 28

Ludzie są równi wobec prawa, ale nie wobec dobrobytu.

Ziemia jest kulista, więc kto goni wciąż do przodu, dochodzi do punktu wyjścia. 

Wymarłe języki są jak zamki w drzwiach, do których nikt nie ma klucza. 

Głupota jest największą sierotą: nikt nie chce się przyznać do rodzicielstwa ani przygarnąć w pieczy zastępczej.

Kto za wszelką cenę dąży do realizowania swoich  pragnień, jest więźniem swoich zachcianek. 

Prawdziwą wolność wewnętrzną osiągnął ten, kto zamienił "muszę" na "chcę". 

Wielu potrafi za niewielkie pieniądze przeżyć cały miesiąc, gdy innym wystarczy miesiąc, żeby stracić fortunę.

Mądrego można poznać po tym, kiedy i o czym milczy. 

Pamięć jest jak worek w odkurzaczu: trzeba go regularnie wymieniać. 

Niektórym pełnia szczęścia myli się z pełnym sejfem. 

6 sie 2026

sierpień

południe
milczą drzewa wykute z kamienia 
ciemny kształt bociana jak błysk
przeciął podwórze i znikł
kura złotym okiem spogląda w niebo
nic
nie mąci błękitu
żar powietrza broni dostępu
do chłodnych zaułków cienia
cisza
narasta z daleka pochłania
wyschnięte wodopoje 
przepaść dalekiej drogi rozpala
podeszwy stóp 
ten dzień spłonął
drzazgą 
w popiele wieczoru