Co to były za noce…o, bogowie, boginie, co za noce!... Nocne wystawy, nocne muzea, nocne koncerty, nocne czytanie. Każda taka noc była za krótka na sen. Nocy bowiem nie mierzy się od zmierzchu do świtu, tylko długością snu. A sen był czasem zmarnowanym. Taka była zachłanna. Słowa, kolory, światła, muzyka, taniec... Noce na szlakach kultury. Zadzierała głowę na zatrzymane w locie balony, niosące w koszach kukiełki, lalki, których główki spoglądały z góry na przechodniów na pewno z poczuciem wyższości. Balonów jest kilkanaście, pod każdym co rusz zatrzymuje się grupka robiących zdjęcia. Niemożebny korek pieszych zatrzymuje falującą masę turystów. Impreza dopiero się rozkręca.
Tańce.
Obok nuty ludowej, egzotyczne rytmy afrykańskie, brazylijskie, kubańskie. Groove Onkels grają muzykę z odzysku. Instrumentami są śmietniki,
butelki, doniczki, puszki. Chóralne śpiewy u Dominikanów z ambitnym programem: Stabat Mater Pergolesiego, Lacrimosa Mozarta, Alleluja Haydna, pieśni a cappella Gorczyckiego. Do kościoła
jezuitów gospel ściąga tłumy. Na deptaku wypoczynkowy salon prasowy. Fotele,
kanapa, stoliki obklejone gazetami. Natłok informacji ze współczesnych mediów.
Nie da się wszystkiego przeczytać, obejrzeć, przetrawić, wchłonąć. Setki
wydarzeń w ciągu jednej nocy. Dokąd iść? Co zobaczyć? W jakiej kolejności? Cała
noc na to, by się w tym odnaleźć. Decyduje przypadek. Lub niemożność rezygnacji.
Bo nie można sobie darować zobaczenia ikon Nowosielskiego.
Przez
całą noc wszystkie drogi prowadzą do… Rzymu? Nie, do muzyki. Najpierw koncert
kameralny kwintetu instrumentów dętych blaszanych, czyli dwie trąbki, róg,
puzon i tuba, a w porywach na zmianę jeszcze waltornie. Cokolwiek oryginalne
brzmi Chopin na trąbkach. Krótka przerwa i następny w kolejce koncert
symfoniczny. Symfonia g-moll
Mozarta, V Symfonia Beethovena, Tańce
połowieckie Borodina, I Symfonia
D-dur Mahlera, IX Symfonia Dwořaka, Ognisty
ptak Strawińskiego. Program marzeń. Piątej
Beethovena nie trzeba zapowiadać, wszyscy znają, nawet jeśli o tym nie wiedzą.
Niesamowita atmosfera I Symfonii
Mahlera, zwłaszcza części III z wyrazistym rytmem, z jakimś takim ugrzęzłym,
upiornym, ale i podniosłym marszem żałobnym sprawia, że czas - jest to możliwe
tylko w muzyce – staje w miejscu. Wtedy noc kurczy się do jednego taktu tej
symfonii. Myślała o samym Mahlerze i jego niespełnionych nadziejach; myślała o
poetach mordowanych przez zjadaczy chleba, o tym, że sprzeczne
ciała zbija się aż ćwiekiem i łzach
potęgi drugiej. Tak, to musiało być sześć kontrabasów, sześć wiolonczel i
cała smyczkowa plejada, żeby wyrazić tytanicznego ducha sprzeciwu.
Nie można stanąć. Trzeba iść. W greckich, ormiańskich, kaukaskich pieśniach cerkiewnych, modlitwach, dziękczynieniu zespołu Kairos słychać kroki plemienia szukającego nowego miejsca na swoje namioty, tupot stada owiec pędzonego na wypas, szeroki oddech wytchnienia pod nocnym niebem gwiazd. Fantastyczne zgranie męskich głosów, rewelacyjna gra na oryginalnych, egzotycznych instrumentach, charyzmatyczny dyrygent. Śpiew prowadzi przez góry Kaukazu i azjatyckie stepy. Takich pieśni nie stworzy lud osiadły, zasiedziały, nieruchawy. To pieśni nomadów, wędrowców, pieśni pielgrzymów. Jest coś majestatycznego w śpiewie mężczyzny, który w obliczu Boga rezygnuje ze stereotypowego wizerunku macho i dziękuje za to, co nie jest od niego zależne. Mężczyzna, który tak potrafi śpiewać, to mężczyzna idealny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz