południe
milczą drzewa wykute z kamienia ciemny kształt bociana jak błysk
przeciął podwórze i znikł
kura złotym okiem spogląda w niebo
nic
nie mąci błękitu
żar powietrza broni dostępu
do chłodnych zaułków cienia
cisza
narasta z daleka pochłania
wyschnięte wodopoje
przepaść dalekiej drogi rozpala
podeszwy stóp
ten dzień spłonął
drzazgą
w popiele wieczoru
4 komentarze:
Ten wiersz ma w sobie coś z letniego zatrzymania czasu — niby nic wielkiego się nie dzieje, a jednak każdy szczegół mocno zostaje w głowie. Najbardziej podoba mi się to, jak cisza tutaj nie jest spokojem, tylko czymś ciężkim, prawie namacalnym, jakby sama upał i pustka miały swój własny głos. Przypomniały mi się te dawne wakacyjne popołudnia na wsi, kiedy człowiek tylko patrzył przed siebie i czekał, aż słońce trochę odpuści.
Tak jest i teraz, mam tutaj w tej chwili 41 stopni w cieniu
Ogromnie podoba mi się zarówno treść, jak i cała konstrukcja Twojego wiersza! Czytanie go było prawdziwą przyjemnością :))
To ja z przyjemnością czytam Twoje komentarze :-) Dostrzegasz to, co istotne. Mało kto zwraca uwagę na konstrukcję wiersza, a ona niesie tak samo treść jak i słowa.
Prześlij komentarz