9 lut 2015

przez zamieć

przez zamieć
dźwięk dzwonów od zachodu
w samo południe

21 sty 2015

znowu śnieg

znowu śnieg
czas na kompot
z suszonych owoców

11 sty 2015

zmiana pogody

zmiana pogody
w kałuży po bałwanie
księżyc

7 sty 2015

Spojrzenie na współczesność przez pryzmat starożytności

      Zacznijmy od cytatu: Otóż musimy sobie zdawać sprawę, że przez większą część tego czasu, kiedy ludzkość istnieje na ziemi, faktycznemu rozwojowi kultury towarzyszyło zupełnie inne przeświadczenie o wartościach. Banalne, prawda? A jednak wciąż nagminne jest ahistoryczne podejście współczesnych wobec przodków, co szczególnie widoczne bywa przy okazji dyskusji o tekstach pisanych, czy to literackich, czy innych. Czytając o niewolniczym systemie społecznym w starożytności mamy naturalną tendencję zżymania się, oburzania, no bo jak to?! Co za barbarzyńcy! Zapominamy przy tym, że ustrój niewolniczy był wówczas inaczej rozumiany, inaczej wartościowany i na pewno nie był tym, co dzisiaj pod tym pojęciem potocznie się rozumie. Czyli całkowite nieporozumienie. 
      Obserwuję, choćby w publicystyce, coraz szersze kręgi kompletnego braku nawet cienia chęci zrozumienia odmienności sposobu myślenia, co przejawia się najbardziej właśnie w języku. Współczesny punkt wyjścia, że my wiemy lepiej, trąci pychą i ignorancją. 
       Zacznijmy od tego, że to, co dzisiaj powszechnie jest wartościowane pozytywnie, a więc nowość, nowoczesność, innowacje, POSTĘP, przez całe tysiąclecia (!) nie miało aż takiego znaczenia, po prostu  tego nie ceniono, gdyż obowiązywał inny paradygmat: trwałości, solidności, niezmienności, stabilności i tradycji. Chyba dopiero od XVIII wieku można by mówić o powolnym przewartościowywaniu tego stanu rzeczy, a dopiero wiek XIX poprzez industrialny i urbanistyczny rozwój coraz większy nacisk kładł na pozytywne aspekty tak zwanej postępowości. Tak więc nasz system wartości jest w gruncie rzeczy bardzo młody. Dwieście, trzysta lat w porównaniu do tysięcy poprzednich. Jaką daje to gwarancję, że to MY mamy rację?...
       Przez całe wieki kultury i cywilizacje całej ludzkości zwrócone były w przeszłość, ich trwanie i rozwój gwarantowały solidne podstawy osiągnięć przodków.  Przodków należało naśladować, chcąc im dorównać, dlatego Rzymianie naśladowali choćby Greków, a ustna forma przekazu występująca we wszystkich kulturach pierwotnych utrwalała dawne wzorce i wartości. Ten sposób utrwalania (i trwania) kultury wykształcił  tradycyjny, znany nam model edukacji: uczymy się tego, co jest zdobyczą minionych pokoleń. Paradoksalnie, wyniesienie na piedestał postępowości stoi w sprzeczności z wartościowaniem uczenia się, gdyż uczyć się - to znaczy godzić się, że ktoś wie lepiej. Tymczasem lepsze jest tylko to, co nowe, a nie zastane. Człowiek nowoczesny nie uczy się ani nie poddaje procesowi wychowana, gdyż nowatorstwo i postępowość wykluczają dostosowywanie się do jakichkolwiek reguł. Idea postępu prowadzi do prowizorki i tymczasowości, gdyż niczego nie utrwala, cokolwiek powstanie nowego już w momencie powstania staje się anachroniczne i trzeba to zburzyć, wprowadzić nowe. I tak bez końca. 
         Smutne te w gruncie rzeczy konstatacje pojawiają się na marginesie eseju Jacka Bocheńskiego Rzeczy stare i nowe, będącym próbą odpowiedzi na pytanie, jak badacz starożytności radzi sobie z trudnościami odczytywania i przekładania historycznego sposobu myślenia i wartościowania na język zrozumiały dla współczesnego odbiorcy. Przykładem może być próba wyjaśnienia znaczenia wożenia kurnika przez armie rzymskie i wróżenia przed bitwą z zachowania kur dziobiących ziarno. Człowiek współczesny wychowany w pogardzie dla zabobonów (pozornie, zresztą, ale to temat na osobne, całkiem niemałe rozważania), automatycznie z pozycji wyższości wzrusza ramionami i prycha z dezaprobatą na ciemnotę i nieracjonalność takiego zachowania. Bocheński jednak znajduje wyjaśnienie inne, przywołując choćby współczesne obrzędy mszy polowej. W obu przypadkach: rzymskiego kurnika i współczesnego obrzędu wcale nie chodzi o zapewnienie sobie pomyślnego wyniku bitwy, tylko o podniesienie ducha żołnierzy przed walką, o  wzmocnienie hartu, budowanie pewności siebie i poczucia zjednoczenia. Jeśli Rzymianie byli nieracjonalni, to my też jesteśmy, tylko współczesne formy myślenia magicznego oraz - dzisiejszym językiem mówiąc - techniki socjologiczne nie są dla nas aż tak rażące.
          Tak więc choć autor znajduje ów sposób tłumaczenia dawnego na nasze w zastosowaniu analogii, przekładaniu historycznego zachowania na współczesne struktury myślowe wyobrażone  w języku, mam wrażenie, że jest to działanie z biegiem czasu coraz bardziej skazane na niepowodzenie. Powszechna niechęć do poznawania dorobku tradycji, w jakiejkolwiek dziedzinie, a już szczególnie nauk humanistycznych, święci tryumfy w oficjalnym nastawieniu instytucji odpowiedzialnych za kształcenie młodych pokoleń oraz bombarduje nas codziennie z łamów publicystyki. Z wielkim trudem daje się wytłumaczyć, że opis Wiedźm w Makbecie, które są niby kobiety,/ choć brody każą wątpić w to - nie jest Szekspirowskim rozważaniem o niejednoznaczności płciowej ani zapowiedzią współczesnego gender, tylko prostą obserwacją sceniczną elżbietańskiego teatru, w którym postacie młodych kobiet grali młodzi chłopcy, a role starych jędzowatych wiedźm powierzano dorosłym brodatym mężczyznom.
       Podobnie jakakolwiek rozmowa o filozoficznych podstawach myślenia starożytnych mija się z sensem, gdy współczesny nafaszerowany ekologicznymi hasłami człowiek ma trudności w zrozumieniu, że kiedy Seneka pisze: najwyższe dobro to życie zgodne z naturą, to nie chodzi mu wcale o uprawianie ekologicznego gospodarstwa, przywiązywanie się łańcuchem do drzewa, protestowanie przeciw zabijaniu wielorybów i bieganie boso po trawie. Albowiem należy zawsze pamiętać o tym, czym jest natura świata, a czym moja. (...) Z trzech części się składasz: z ciała, tchu i rozumu. Z tych dwie pierwsze są twymi tak długo, jak długo się o nie starać musisz, a jedynie trzecia jest twoją bezwzględnie - wtóruje Senece Marek Aureliusz. I dalej Senekanatura stworzyła nas do tego oto: do kontemplacji i do działania. (...) Gdyż natura obdarzyła nas umysłem chciwym wiedzy. 
       W świetle  jednak powyższych rozważań może należałoby definicję człowieka zweryfikować? Nie jest on chciwy wiedzy, lecz pożąda nowości, zmienności, nowoczesności, chce burzyć (nawet, a może przede wszystkim to, czego nie zna i nie rozumie?), łamać, rozbijać w proch i pył. Nie jest już Homo sapiens, lecz Homo novans, jak pisze Jacek Bocheński. Bo przecież uczyć się oznacza uznać czyjąś nad sobą wyższość, a tego współczesny człowiek nie zniesie.
        Mimo to nadal dziwnie aktualnie brzmią słowa filozofa: wielu ludzi osiągnęłoby mądrość, gdyby nie sądzili, że już ją osiągnęli.(Seneka)

3 sty 2015

zimowa haiga


Albo inaczej:

styczniowe słońce
coraz dłuższe 
spacery

1 sty 2015

głuchy telefon

głuchy telefon
nocny huk petard
wciąż w uszach

28 gru 2014

Mickiewicz naszych czasów

      Żałobny koniec roku w polskiej poezji: 26 grudnia zmarł Stanisław Barańczak. I chociaż Miłosza czy Szmborską czytało się częściej, to Barańczaka można nazwać Mickiewiczem naszych czasów. Z wielu względów: nowatorstwa poetyki, roli, jaką odegrał w przeobrażeniu charakteru polskiej poezji, łączenia twórczości z zaangażowaniem politycznym, wielogatunkowości twórczych dokonań. 
       Trzeba będzie jeszcze wiele razy do niego wracać, trzeba wiele wysiłku, aby tę rolę zrozumieć i docenić. Tymczasem jednak smutno, ogromnie smutno. 
       Jeden z pierwszych wierszy. bardzo klasyczny w budowie, bo sonet z pełną regularnością. To, co nowatorskie ukryte w języku i obrazowaniu. tak pisali romantycy: klasycznie a przecież  nowatorsko burząc dotychczasowe poetyckie obrazowanie. 

Zbudzony w jeszcze głębszy sen

Zbudzony w jeszcze głębszy sen, bo jawę
udzielną wszystkim i rozrzutną
na wszystkich, kruszę jeszcze w palcach próchno
przyśnione, kruszę światło niebieskawe,

co prześwietlało moje kości. Jutro,
ten promień widnokręgu, krótki i jaskrawy,
wrysuje w okrąg pulsującą krawędź
każdego cienia. Tak się więc tka płótno

dnia, przepalając jedną nitkę drugą.
W ogniu pytań krzyżowych, w tym piekącym siewie
ziarn piasku pod powieki, budzić będę długo

mój sen do jawy głębszej; a nasienie
nocy, w głąb oczu wbite ziemną grudą,
wzrośnie światłem; z nim w siebie wejść i wyjść ze siebie.

25 gru 2014

na Pasterkę

na Pasterkę
parasolka i kalosze
zamiast kożucha

30 lis 2014

Miłość lat późnych. O spektaklu na deskach BCK

Czy można być za starym na miłość? Czy po osiemdziesiątce można zacząć życie od nowa? 
       Spektakl Ostatnia miłość, w reżyserii Adolfa Szapiro na podstawie opowiadania Isaaka Bashevisa Singera, przypomniany w BCK 12 listopada b.r., mimo optymistycznej wymowy wcale nie daje jednoznacznej odpowiedzi na postawione powyżej pytanie. Nie znam oryginału, nie wiem więc, na ile tekst sceniczny jest wierny literackiemu pierwowzorowi. Na scenie oglądamy jak jedno spotkanie,  dwie rozmowy i kilka wspomnień z dzieciństwa budzi do miłości dwoje ludzi w podeszłym wieku, mających za sobą udane i nieudane związki, tragiczne przejścia wojenne i wielkie konta w banku. 
       Rzecz dzieje się w Miami, gdzie przypadkowo sąsiadami zostają Harry Bendiner i Etel Brokeles. Starszy pan po osiemdziesiątce, niezmiernie bogaty, ale zgorzkniały, bo na skutek rodzinnych nieporozumień i nieszczęść nawet nie ma na kogo swoich pieniędzy wydawać. Może je tylko pomnażać, w czym pomaga mu safandułowaty pantoflarz, ale i na swój sposób wyrachowany sekretarz Mark TerciwerEtel Brokeles, kobieta pod sześćdziesiątkę, czego nie ukrywa wcale,  po śmierci męża nie może odnaleźć się w rzeczywistości, wciąż żyje pamięcią o mężu. Dochodzi do pierwszego spotkania obojga, gdy nowa sąsiadka postanawia odwiedzić Harry`ego, żeby się z nim zapoznać. Rozmowa na różne tematy ostatecznie doprowadza ich do wspomnień z dzieciństwa, w których znajdują  wspólne korzenie. Oboje pochodzą z Polski, Harry mieszkał w Biłgoraju, Etel w Szczebrzeszynie. Wspomnienia te jeszcze bardziej zbliżają ich do siebie,  rodzi się więź nie tylko na zasadzie wzajemnej damsko-męskiej fascynacji. Zwierzają się sobie z radosnych i smutnych przeżyć, wspominają  podobne  zabawy z dzieciństwa,  Harry ujawnia tragiczną historię swojej rodziny, która zginęła w czasie Holokaustu,  Etel  opowiada o podróżach z mężem i swojej depresji po jego śmierci.
       Ciąg dalszy znajomości przy obiedzie następnego dnia  pogłębia wzajemną fascynację.  Harrym już od bardzo dawna z taką czułością nie opiekowała się żadna kobieta, odkąd, jak mówi, jego trzecia żona "umarła dwa razy". Raz, kiedy od niego odeszła, a drugi raz, gdy umarła fizycznie. Etel czuje się szczęśliwa, że znowu ma dla kogo gotować i wspólnie z kimś jeść obiad, nie odczuwając tak dotkliwie samotności. Pada to decydujące pytanie i obietnica: postanawiają się pobrać i razem wieść szczęśliwe życie w okresie swojej jesieni. 
       W dowcipnych dialogach roztacza się przed widzem iskrzący humorem świat przeżyć bohaterów, wzajemnych relacji budowanych nie na zaślepionym odurzeniu, jak to bywa w okresie młodzieńczym, ale na głębokiej znajomości ludzkiej natury. Harry zdaje sobie sprawę, że Etel jest gadułą, ale mu to nie przeszkadza; Etel z kolei doskonale wie, kiedy Harry zmyśla, a kiedy trochę omija fakty, bo zdążyła wcześniej zdobyć informacje na temat swojego sąsiada. Oboje z wdziękiem przyznają się do swoich słabostek. W chwili największego napięcia, kiedy Etel decyduje się wyjść za Harry`ego, ten jeszcze zadaje jej ostatnie ważne pytanie: Czy mógłby zjeść jeszcze trochę tych pierogów, które ona przygotowała na obiad. Widownia wybucha śmiechem razem z Etel. 
       Całości obrazu dopełnia wspomniany sekretarz Mark,  makler giełdowy i  sekretarz Harry`ego, przedstawiony z typowymi przypisywanymi Żydom wadami, jak wyrachowanie, skąpstwo, dorabianie się majątku na wszystkim, na czym się tylko da.  Kiedy zmarła żona Harry`ego, Mark na sugestię żony zajął się wybudowaniem na jej grobie macewy. Nadchodzi chwila, że Harry dojrzewa do  decyzji odwiedzenia tego grobu, pogodzenia sie z przeszłością, wybaczenia żonie, że kiedyś go opuściła, bo sam się do tego przyczynił, zdradzając ją.  A wtedy Mark podsuwa Harry`emu "przypadkiem" noszone przy sobie wszystkie rachunki za wybudowanie macewy i utrzymanie grobu. Harry jest gotowy zwrócić wszystkie koszty. Ale kiedy patrzy na rzekome rachunki, otwiera oczy ze zdumienia, dlaczego są takie olbrzymie, bo za to można by wybudować pałac a nie tylko jedną macewę. Mark bez żenady przyznaje, że do pierwotnych kosztów jego żona doliczyła procent za wszystkie minione lata no i kwota urosła. Harry oczywiście płaci wszystko. 
      Ktoś powie, że znowu mamy epatowanie prymitywnym stereotypem, ale trzeba pamiętać, że napisał to żydowski pisarz, wystawił żydowski teatr w 2005 roku w Izraelu, a w polskiej premierze w sierpniu 2014 roku w Teatrze Żydowskim na Placu Grzybowskim w Warszawie w roli głównej wystąpił Samuel Atzmon Wircer, izraelski aktor pochodzący z... Biłgoraja :-) Pochodzenie Wircera daje olbrzymi atut grania w Polsce tej sztuki po polsku. Aktor, który wyjechał do Izraela w 1948 roku, gra w języku znanym z dzieciństwa. Nie musi udawać, po żydowsku zaciągać, łamać akcentu. W warstwie językowej może być po prostu sobą. Jako Harry Bendiner także jest przekonujący. Jego  przeobrażenie się  z safandułowatego staruszka w odmłodzonego miłością amanta zostało nagrodzone brawami. 
       Etel Brokeles z subtelnością i dużą dozą sympatycznego humoru zagrała Alicja Jachiewicz. Jako sekretarz Mark wystąpił Stefan Szmidt, w scenie ostatniej, pożegnania z Harrym nadając swojemu bohaterowi prawdziwe ciepłe rysy i przyjacielską wrażliwość, wcześniej jakby mniej widoczną. 
        Całkowicie komiczną postacią jest jeszcze sąsiadka z góry, Chawa, do której skrzynki pocztowej trafiają listy do Harry`ego. W tej roli Ewa Kozłowska, absolutną vis comica w  grubych okularach krótkowidza i z rozmazanym makijażem w stroju o krzykliwych kolorach za każdym razem wzbudza niekłamany podziw i szczere rozbawienie. 
        Sztuka jest tragikomedią i wcale nie kończy się banalnym "żyli długo i szczęśliwie".  Następnego dnia rano po sławetnych oświadczynach podczas konsumpcji pierogów Harry otrzymuje pożegnalny list od Etel, która popełniła samobójstwo wyskakując przez okno.  Co będzie dalej z Harrym?  Wybiera się w podróż, chce zobaczyć Paryż, bo Etel obiecywała, że go tam zabierze.  Zamierza odwiedzić kraj i miasta swojego dzieciństwa.  Czuje się odpowiedzialny za nową córkę - jest nią córka zmarłej Etel, bo jego własna córka niestety nie żyje. Zamierza odnowić kontakty z jedynym krewnym, którym jest wnuk mieszkający w Kanadzie. Czy mu się to wszystko uda?