27 mar 2022

Stepowy klasycyzm Łobodowskiego

   Nie tylko w poezji Małaniuka, jak zostało napisane w poprzednim poście, znajdujemy nawiązania do antycznego zasobu klasycznych toposów i archetypów. Odmienne rozumienie i wykorzystanie antycznej tradycji występuje  w twórczości Józefa Łobodowskiego, dla którego każdy poeta jest kontynuatorem i następcą Homera. 

"Tobie śpiewam, o, Ukraino, ciebie pochwalam
W pieśniach, co szumią urocznie, morskim podobne falom"

       Poezja rozumiana jako pieśń, wywodzi się z antycznej meliki, toteż i wędrowni śpiewacy, lirnicy są spadkobiercami Homerowej tradycji. Ukraina w poezji Łobodowskiego jest przestrzenią muzyczną:

"jeszcze dziewka spóźniona przebiegnie, stepowa Gracja:
czym wtedy jesteś? - Melodią".

 Wędrówka po niezmierzonych obszarach stepu przypomina błąkanie się Orfeusza w drodze do piekła: 

"Tak ja dziś wracam pieśnią ku siwym porohom,
w sęki trumien zbutwiałych strwożony uderzam".

     Katastroficzne pejzaże nasycone apokaliptycznym obrazowaniem w naturalny i logiczny sposób łączą się z epicką pieśnią bohaterską, mając za wzór "bolesny lament,/ ten niespokojny i rytmem krwi wykołysany heksametr".  Wiersze wydane w tomiku z 1932 r. "W przeddzień" jakże profetycznie zapowiadają nadciągającą wojenną katastrofę, a dzisiaj, po dziewięćdziesięciu latach znowu okazują się prorocze, a niektóre wręcz można by czytać jak napisane w ciągu ostatniego miesiąca. W antycypacyjnej strofie poeta przewiduje przyszły los swoich wierszy:

"Ale tym Ukraino, me serdeczne karty,
co chciały być odezwą i uniwersałem, 
a ulatują z wiatrem, jak gołębie białe,
jeszcze kiedyś w szczęśliwszych dniach przyszłości twojej
odczytasz, jak się czyta modlitwę przed bojem".







6 mar 2022

Stepowa Hellada

     Na ogół pierwsze skojarzenia z Ukrainą to step, kurhany, kozaczyzna i hajdamaczyzna. Step, zwłaszcza romantyczny, utrwalony w twórczości Malczewskiego, Goszczyńskiego, Zaleskiego, Słowackiego i innych, to kraina na poły mityczna, troch z przeszłości, a trochę ze snu i wizji. Wołając: "Ej! Ty na szybkim koniu gdzie pędzisz, kozacze", raczej nie przyszłoby nam do głowy, że pędzi on do Hellady. 
      Jeden z najwybitniejszych dwudziestowiecznych poetów ukraińskich, Jewhen Małaniuk (1897 - 1968), pochodził z Chersońszczyzny nad Dnieprem, u ujścia rzeki do Morza Czarnego. Skomplikowane losy życia sprawiły, że czas II wojny światowej spędził w Polsce, walczył w obronie Warszawy, a po wojnie w 1949 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie spędził resztę życia. "Hellada Stepowa" to zbiór wierszy Małaniuka wydany w  Polsce w1936 r. w tłumaczeniu Jastrzębca-Kozłowskiego. Tytułową Helladą jest dla poety Ukraina, której obszar jest rzeczywistym miejscem ścierania się wpływów kultury Wschodu i Zachodu. Hellenizm Ukrainy widział Małaniuk jako najbardziej pierwotny jej charakter, czego potwierdzeniem była jego chersońska ojczyzna pełna greckich pozostałości, potwierdzonych przez wykopaliska  archeologiczne. Przeciwieństwem klasycznej helleńskiej kultury, określanej przez ideę harmonii, był chaos dzikiego stepu i barbarzyńcy ze wschodu: "Step pogrąża się cały w przedwiecznym chaosie".
      Z drugiej strony stepowa Ukraina stanowi dla poety jedność tradycji helleńskiej, stepowej przestrzeni i sadu nasyconego wielowymiarową symboliką:

Powieje z Pontu wiatr. A wtedy westchnie głośniej
Budząc się Scytów step i burzan znów na wietrze
Zielonym morzem krzów ogromny step porośnie
I potoczą się fale zielone

      Wiersze Jewhena Małaniuka drukowane były w Polsce od początku lat trzydziestych XX wieku. Kontakty zawiązane w Warszawie ze środowiskiem literackim zaowocowały przekładami i wzajemnymi inspiracjami. Tłumaczyli go Józef Czechowicz, Andrzej Jaworski, Julian Tuwim, wspomniany wyżej Jastrzębiec-Kozłowski i inni. Małaniuka zresztą z Tuwimem łączyła bliższa przyjaźń, wysoko cenił jego twórczość i artyzm, poświęcił mu wiersz "Ars poetica".  Z kolei Tuwim zamieścił na łamach Wiadomości Literackich tłumaczenie wiersza Małaniuka "Warszawa":

(fragm.)
Wpatrujesz się chmurnie, spiżowo,
Ponad piętra i ludzi, i twarze, 
Grzmi pod tobą, dygocąc miarowo, 
Stolica w burzliwym rozgwarze. 

W dali mewy wiślane krzyczą, 
Fala brzegi piaszczyste liże, 
Czarne miasto twoje, Mickiewiczu, 
Eurazyjskim jest dla mnie Paryżem. 

Szumią głuche preludia jesieni, 
Dyryguje Chopin Listopadem, 
Ludzie tutaj - tacy spóźnieni, 
Władza tutaj z legendarnym czadem. 

W mgłach wyspiańskich Belweder, owiany 
 Petersburskim tumanem mrocznym. 
W sennych oknach - czy to płomień, czy plamy? 
Szare widmo - uroczyste czy uroczne? 
(.................)

        Związki z Polską, z polską literaturą okazały się trwalsze, ponieważ po wyjeździe na stałe na emigrację, pierwszym i jedynym miejscem, gdzie Jewhen Malaniuk mógł publikować, była paryska Kultura pod redakcją Giedroycia. Już w numerze 8. (1948)  ukazał się wiersz „To nie w Judei... To nad Ukrainą...” w przekładzie Józefa Łobodowskiego

To nie w Judei... To nad Ukrainą 
 proroka głos w struchlałej 
 grzmiał przestrzeni 
 i rudy dym nad stepem snuł się sinym 
 i dzwon alarmu strachem serca mamił,

a rok później, w numerze 15. esej "Naród w wędrówce", napisany zresztą przez autora po polsku. 

22 lut 2022

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego


Subiektywny spis polskich dziwolągów

A - albożby (zasady 3 w 1 wcale ni wymyślono w reklamie, jest w tym słowie: albo+ż+by)
Ą - Ącki; Ędward Ącki (jedna z kabaretowych ról Szymona Majewskiego)
B - bez liku - czegoś bardzo dużo, wielka liczba, wielka ilość (tymczasem lik znaczyło liczbę, ilość; jeśli bez liczby, to powinno znaczyć zero, nic, a nie wielką ilość)
C - czcić, czczę, czcisz, czczą (można czkawki dostać)
Ć - ćmieczka (genialne wykorzystanie słowotwórczej giętkości polszczyzny, autorem słowa jest Jacek Dukaj w powieści "Lód"; skoro świeczka świeci światłem, to ćmieczka ćmieci ciemnością)
D - dojutrek (u Doroszewskiego człowiek odkładający zrobieni czegoś na jutro, na później, czyli nasz polski odpowiednik prokrastynatora)
E - ekrytuar (u Doroszewskiego zbiór rzeczy potrzebnych do pisania: atrament, bibuła do osuszania, pióro... Ha, ha! Dzisiaj wystarczy klawiatura, albo sam ekran dotykowy)
Ę - Ędward patrz wyżej: Ą - Ącki
F - fest (zastępuje mnóstwo określeń: silny, dziarski, mocny, porządny, solidny, udany... oraz te same w rodzaju żeńskim)
G - gwoli ( przyczyna działania lub w celu: Obecnie jestem w Krakowie gwoli ukulturalnienia się po okresie pandemicznej posuchy;-)
H - hajduczek (znaczy Baśka Wołodyjowska, promo voto Jeziorkowska)
I -   (doskonałe słowo do upchnięcia, gdy mało miejsca podczas gry w scrabble) 
J - jawa (skoro zjawa oznacza widmo, czemu jawa to akurat twarda rzeczywistość?)
K -  kaduk (prawem kaduka, czyli bezprawnie)
L - lagun (słynny lagun z Krakowa, czyli rogalik na drzewie)
Ł - łeż (nawet ci, którzy notorycznie łżą, nie wiedzą, że kłamstwo dawniej to była łeż) 
M - milczeć (można milczeć znacząco, a nawet milczeć głośno)
N - nizać (jest w tym ukryta cierpliwość i niskie pochylenie się nad czynnością nizania czego na nitkę) 
O - otawa (piękne słowo na odrastającą trawę skoszeniu) 
P - pic (pic na wodę, czyli blaga, albo zrobić coś dla picu - dla żartu)
Q - qfer, qlas, qmpel, qfel... (nie mamy rodzimych słów na "q", ale od czego inwencja internautów)
R - rok (a w liczbie mnogiej lata, rzeczownik dwutematowy, rzadkość)
S - siak (tak czy siak, czyli jakoś inaczej niż tak, ale jakoś tam będzie)
Ś - śryż (jeszcze jedna tortura dla obcokrajowców)
T - tameczny (czyli nietutejszy, nie stąd, ale stamtąd) 
U - uhm (potakujemy rozmówcy, ale na wszelki wypadek nic nie powiemy)
V - via (nie ma polskich wyrazów na "v",  ale skoro powstaje Via Karpatia, a raczej Via Carpatia, to niech będzie)
W - wdech, wydech (od tego zależy życie)
Z - zdrożony (skoro z drogi wraca, to zdrożony, jasne przecież)
Ź - źdźbło (cudowne słowo!)
Ż - żywot (bardziej doskwiera niż samo życie)

20 lut 2022

takie sobie pozbierane

***

jesienne zbiory

w grządce z marchewką

korytarze nornic

 

***

nawłoć na miedzach

ostatni letni bukiet

w wazonie

 

***

muzyka Chopina

październikowy konkurs

fortepianowy

 

***

pomnik przeszłości

na postumencie zatarte

nazwiska

 

***

ktoś tu mieszka?

obok furtki na warcie

buty

 

***

zmierzch

rudy kot wraca zagonem

z polowania

7 lut 2022

Logik i skromność

    Jak mawiał pewien logik: "Nie mogę się zgodzić z tymi, którzy skromność uważają za cnotę. Logik powinien patrzeć realistycznie. I niedocenianie, i przecenianie kogoś jest odstępstwem od prawdy".  Rzecz w tym, że skromność nie jest - przynamniej nie powinna być - żadnym odstępstwem. Polega na dostrzeżeniu właściwej relacji między sobą, swoimi, powiedzmy, zasługami, a kimś innym i zasługami kogo innego, komu oddajemy to, co mu się należy, czyli na co rzeczywiście zasługuje. Dostrzegając obecność i udział innych, musimy, siłą rzeczy, zauważyć, że nasza rola w świecie nie jest ani samowystarczalna, ani samodzielna. Przynajmniej nie na tyle, na ile wielu egotykom i samochwałom się wydaje. 
    Zarówno przecenianie siebie, jak i niedocenianie nie ma nic wspólnego ze skromnością. Ciągłe podkreślanie, że jest się nikim znaczącym jest tak samo irytujące, jak obnoszenie się rzekomą nieomylnością i przesadnie przypisywanymi sobie sukcesami. Jedno i drugie, to znaczy przypisywanie sobie niewielkiej lub ogromnej roli w jakimkolwiek przedsięwzięciu jest o tyle sensowne, o ile wynika z relacji wobec udziału innych osób. Absurdem zaś jest obnoszenie się ze swoją wielkością zupełnie bez kontekstu, bez odniesienia do konkretnych wydarzeń. 
      Ktoś może być ważny, wielki, może by mistrzem w konkretnej umiejętności. Ktoś mógł odegrać istotną rolę w konkretnym zdarzeniu. Właściwa, realna ocena nie jest w tym wypadku niczym niewłaściwym. Byłoby natomiast irytujące słuchać pseudoskromnego pomniejszania przez kogoś swojej roli. Tak samo, gdy ktoś stale podkreśla, jaką to nieznaczącą i bez osiągnięć osobą jest w życiu. To ważne! W całym życiu. To już nie jest skromność, to raczej pycha w podkreślaniu swojej skromności. Innymi słowy, skromność na pokaz: podziwiajcie mnie za skromność i pokorę. Ogromna pycha przemawia w tym wołaniu. 
       Oczywiście, równie irytujące jest wysłuchiwanie nadętych przechwałek, tym bardziej, jeśli stoi za nimi tylko własne przekonanie. Są ludzie, którzy zawsze mają rację. We własnym mniemaniu. Każdą zaś najmniejszą sprawę potrafią tak przedstawić, jakby ich udział w niej był znaczący, nieodzowny i wręcz decydujący dla losów świata. Nie da się z nimi rozmawiać. Można tylko potakiwać. A najlepiej nie wszczynać dyskusji. 
       Przywykło się sądzić, że artyści, a zwłaszcza poeci to egocentrycy, których mottem jest Mickiewiczowskie "Depcę was wszyscy poeci". Inni niż ja. Bo ja "nieśmiertelność czuję, nieśmiertelność tworzę". Jednakże Mickiewicz miał niejakie prawa do owej uzurpacji i nie odbieramy jego słów jako odstępstwa od prawdy.  Gdy jednak współcześni adepci mowy wiązanej ogłaszają się nowymi niekwestionowanymi autorytetami i wieszczami, brzmi to cokolwiek śmiesznie. Oczywiście, starannie unikają niewłaściwych słów, nie pojawia się w ich ustach wieszcz ani deptanie. Wystarczy, że mimochodem obruszą się na kolegę (koleżankę) po piórze, że śmiał(a) zdobyć się na zdziwienie wobec jakiegoś tekstu, wyrazić wątpliwość co do warsztatu i kunsztu samozwańczego/-ej mistrza (mistrzyni).
      Tak, to bywa irytujące. Niemniej także drugi kierunek, czyli wycofywanie się w skromność również budzi wątpliwości. Jeśli ktoś pada plackiem przed każdym domorosłym wierszokletą uważając, że to wielka poezja, można podejrzewać, że zamiast oddania chwały, zwyczajnie szydzi.  Jeśli ktoś z udawanym wstydem wyciąga stare wiersze z szuflady, rozpowiadając, jakie to młodzieńcze  bazgroły, a jednocześnie publikuje gdzie się tylko da, podejrzewam, że zatracił zdolność samooceny lub przyzwoitość.
       W  żadnym jednak wypadku zachowania te skromne nie są. Nie są też zgodne z prawdą. Toteż skromność jak najbardziej jest cnotą. O ile wynika z realistycznej oceny siebie i rzeczywistości. 
 

23 sty 2022

wiosenne nastroje?

kwitnie magnolia
w każdym kielichu
trzmiel


wiosenny obchód
gospodarz nasłuchuje
pszczół na jabłoni


gimnastyka
joga z motyką
nad grządkami

31 gru 2021

nieznany język

mów do mnie jasno
zwyczajnie
bez tych tajemniczych znaków
nie ukrywaj się w ognistym krzaku
powiedz prosto w oczy
czego chcesz
nie każ wróżyć z trzepotu skrzydeł
nie syp piaskiem w oczy
mów jasno i prosto
nie twórz łamigłówek 
nie do rozwikłania
mów jednoznacznie
"tak tak" "nie nie"
nie starczy mi życia na rozszyfrowanie
wiadomości ukrytych w liściach drzewa
zgłębienie sensu tajemnych śladów
co znaczą twarze ludzi wokół
co znaczą teksty
nicowane od wieków
jakie przesłanie wznoszą na skrzydłach jaskółki
dobrą czy złą nowinę ukrywasz we mgle
mów do mnie prosto i jasno
nie każ snuć domysłów 
w poczuciu marnowania czasu

i przede wszystkim
nie przemawiaj do mnie przez śmierć
tego języka nie rozumiem

22 gru 2021

Ucieczka?...

   Czasami wydaje mi się, że całe moje życie jest ucieczką przed banałem. 

S.H.

14 gru 2021

Muzyczna moc przyciągania?

         Internet wciąż mnie zadziwia. A właściwie jego użytkownicy.  Najbliżej mi do rzekomego powiedzenia Stanisława Lema: "nie wiedziałem, że  na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zajrzałem do Internetu". Rzekomego, gdyż tak naprawdę Lem wcale tego nie powiedział, chociaż zgubny wpływ internetu na ludzki mózg przewidział dość precyzyjnie. Niemniej zacytowane powiedzenie oddaje istotę rzeczy. Mnożący się poprzez media społecznościowe idiotyzmy są, delikatnie mówiąc, denerwujące, a jeśli nie chcemy ulegać negatywnym emocjom, możemy przynajmniej się dziwić. 
       Zdarzyło się, że szukając czegoś, zajrzałam na kilka muzycznych wrzutek na YouTube.  Fenomen liczbowych odsłon tak mnie zafrapował, że niemal zapomniałam czego szukałam.  Darujmy sobie Bacha, a nawet popularniejszego w szerszych kręgach Mozarta. Wykonawcy ich kompozycji nie mają czym się chwalić. To zaledwie dziesiątki tysięcy - w najlepszym razie - odsłon. Pocieszające, że czasami tym liczbom dorównuje nasz Chopin. To jednak zależy w dużej mierze od będących na topie wykonawców. niekoniecznie dobry wykonawca przyciągnie słuchaczy. Przyciąga  popularne nazwisko i... pochodzenie.  Japońscy i koreańscy wykonawcy mają większą widownię niż najlepszy interpretator z Włoch czy Polski. 
       Nie chcę jednak patrzeć na ten fenomen z perspektywy patriotycznej dumy z Chopina, tak naprawdę jedynego kompozytora o niezaprzeczalnej międzynarodowej rozpoznawalności. Nawet jeśli niektórzy uważają, że był Francuzem. Zadziwiające okazały się inne wyniki. Po raz pierwszy zdumiał mnie pięćdziesięciomilionowy wynik popularności występu pewnej profesjonalnej pary tanecznej, aczkolwiek sama muzyka jest porywająca a taniec energetyczny.  Mnie akurat interesował sam utwór, dosyć klasyczny, choć o proweniencji latynoamerykańskiej, co samo w sobie już jest okolicznością wpływającą na popularność. Zapewne więc to występ pary tanecznej spowodował skok na 50 milionów odsłon. 
        Cóż to jednak znaczy wobec trzykrotnie większej popularności pewnego kompozytora i jego krótkiego utworu, którego kompletnie nie znałam. Kiedy jednak spojrzeć znowu na pochodzenie, rzecz staje się całkiem jasna. Muzyk pochodzi z Korei Południowej. Niemniej nie wystarczy samych Koreańczyków (ponad 50 mln), aby nakręcić spiralę zainteresowania do 140 mln odsłon. Nawet jeśli przyjmiemy, że ci, którzy tego słuchają, mogli i zapewne sięgali po nagranie kilkakrotnie. Nie wszyscy jednak, od każdego oseska po stuletniego starca korzysta z Internetu. Toteż zapewne wpływ na wynik mają również słuchacze ze świata, cała międzynarodowa społeczność użytkowników sieci. No cóż, utwór jest w sumie dosyć prościutki. Kilka delikatnych i melodyjnych taktów na fortepianie, których odbiór nie sprawia trudności i nie wymaga intelektualnego czy muzycznego wyrobienia jak choćby dzieła klasycznych kompozytorów, że o takim choćby Messiaenie nie wspomnę. Rzeczonego południowokoreańskiego autora trzyminutowego utworu wysłuchałam, żeby wyrobić sobie opinię. Za pierwszym razem wysłuchałam utworu od początku do końca, za drugim znudziło mnie w połowie. Trzeci raz już nie podeszłam. 
       Ale przy okazji śledzenia różnych nagrań odkryłam, że jeszcze wyższy wynik ma, a raczej mają pewni wykonawcy z Europy. Ponad 150 mln odsłon pewnej wzruszającej arii wykonywanej w duecie. Ten przynajmniej utwór ociera się o klasykę. Jest piosenką, ale wykonywaną profesjonalnym aparatem głosowym właściwym dla opery. Chwytliwość tytułu i łzawość tekstu trafia do serca wielu milionów słuchaczy, którzy dają się ponieść emocjonalnemu zachwytowi. W porządku, mają do tego prawo. Trochę jednak na wyrost są te peany w komentarzach sugerujące, że niczego lepszego i cudowniejszego na świecie nie ma. Oczekiwałabym pokory: przyznania, że ktoś po prostu niewiele więcej słyszał, więc nie zna., nie natrafił na cos równie, a może i bardziej doskonałego. 
       Ale i te setki milionów nie znaczą wiele w porównaniu z odsłonami miliardowymi. Jeden miliard dawno pobity, teraz liczymy dwa, trzy, cztery miliardy odsłon. Istnieją nawet rankingi utworów z największą liczbą odsłon. Wynikałoby z tego, że co najmniej połowa ludzkości je zna. Nawet więcej niż połowa. Muszę przyznać, że w takim razie należę do mniejszości, bo żadnego utworu, są to raczej piosenki, z miliardowym wynikiem nie znam, nie słuchałam, nie kojarzę.  Nawet gdy już podejmując ten temat szukałam, które to są, nie odsłuchiwałam ich, porównując tylko liczby.  To już zupełnie poza moimi zainteresowaniami i poza pojemnością tego blogu. Przekracza to też granice mojego rozumienia. Monteverdiego gra się do dziś od czterystu lat, Bacha od lat trzystu. Czy te efemeryczne wytwory popkultury przetrwają taki sprawdzian czasowy? Bardzo wątpię. 

7 gru 2021

Tadeusz Różewicz - podróżnik

Literaccy patroni roku 2021

 Tadeusz Różewicz - podróżnik

       Stulecie urodzin poety i ogłoszony z tej okazji Rok Tadeusza Różewicza to kolejny przyczynek do przypomnienia jego sylwetki, twórczego dorobku oraz do odkrywania nieznanych szczegółów, które kształtowały osobowość jednego z największych twórców polskiej literatury. 

          Najbardziej znane jego utwory poetyckie weszły do kanonu lektur szkolnych, a w teatrach wciąż gra się jego „Kartotekę”  czy „Kartotekę rozrzuconą”.  W powojennym niejako drugim debiutanckim tomiku „Niepokój” (1947) Różewicz zaskoczył czytelników i krytyków nowatorskim ascetyzmem formy poetyckiej, którą od jego nazwiska nazwano wierszem Różewiczowskim.  Znajdują się w tym tomie wiersze, które wstrząsnęły kreacją bohatera okaleczonego przez wojnę: „Ocalony”,  „Lament” , „Matka powieszonych”.  Poeta jeszcze wielokrotnie potrafił pokazać, że nie zamyka się w jednej skostniałej artystycznej formule, dlatego też jeden z późniejszych jego tomów pt. „Matka odchodzi” został uhonorowany w 2000 r. Nagrodą Nike. 

         Na ogół jednak się zapomina, że Różewicz poza poezją i dramatami z powodzeniem pisał też reportaże, zwłaszcza w początkowym okresie drogi twórczej, z czym wiązały się liczne podróże. W latach 1948 – 1968 mieszkając w Gliwicach, zanim na stałe przeniósł się do Wrocławia, podejmował podróże po Polsce i do wielu krajów i miast świata. Był między innymi w Pradze, Budapeszcie, Wiedniu, Paryżu, Wenecji, Florencji. Jeździł do Skandynawii, a nawet do krajów Azji, Chin i Mongolii.

          Podróżując po Polsce, dla potrzeb reportażu Różewicz na przykład mieszkał przez tydzień w hotelu robotniczym w  Dąbrowie Górniczej, a pisząc cykl artykułów „Most płynie do Szczecina” przez kilka tygodni płynął wraz z załogą barkami „Lignica”, „Lompa” i „Danusia”, które ciągnęły Odrą elementy mostu wybudowanego w Zabrzu dla Szczecina.  Możemy w nim znaleźć taki na przykład fragment z życia „na rzece”, pasujący atmosferą do filmu „Rejs” : „Od Wrocławia holuje naszego stalowego mamuta smukła, lekka i misterna „Danusia” (motor 45 KM).  Biedne konie mechaniczne drżą z wysiłku. Jedziemy, płyniemy, a właściwie idziemy „piechotą” po dnie, szorujemy po kamieniach. Żeby tylko śruba się nie urwała”.

           Natomiast z krajów Azji napisał reportaże „Sen kwiatu, serce smoka”, „Dwa skoki i już Pekin”,  „Niemowa w Mongolii”.  W 1950 roku cykl reportażowy, który ukazał się w 1953 r. pod tytułem „Kartki z Węgier”,  pisał poeta podczas rocznego pobytu w Budapeszcie.  Uczył się tam wówczas nawet języka węgierskiego.

           W jednym z wywiadów Różewicz wspominał, że jego reportaże czytał Ryszard Kapuściński , który dziwił się tej mało znanej odsłonie twórczości poety i dramaturga: „ dziwił się, że ja zaczynałem jako reporter. Bo Kapuściński wtedy bodaj wiersze pisał, a ja reportaże. Bo zależało wtedy, kto na czym mógł zarobić….” – z sobie właściwym dystansem podsumował Różewicz.     

                                                                                                                                                             Iwona Danuta Startek      


Listy z Daleka,  nr 133, październik - listopad 2021