14 kwi 2020

Aforyzmy 16

Lenistwo jest najskuteczniejszą ochroną przed robieniem głupstw.

Bystry nurt rzeki tworzą opierające się swoim ciężarem kamienie, a  nie płynące na powierzchni bezwładne i lekkie śmiecie.

Aby wygrać w zderzeniu z kanalią, człowiek musi przestać być człowiekiem.

Słowa podziwu ludzi głupich przynoszą ujmę; krytyka z ust mądrych przynosi zaszczyt.

Przekonanie o równości jest sposobem dowartościowania się ludzi małostkowych.

Komuś, to uważa, że zjadł wszystkie rozumy i za nieomylnego się uważa, życzyć można tylko zdrowia. Psychicznego.

Czyny wielkich bohaterów częściej są skutkiem braku wyobraźni niż odwagi.

Między morzem słów a morzem piasku nie ma żadnej różnicy: po obu człowiek ma ochotę się napić.

Człowiek taktowny w gronie przyjaciół nie opowiada o sobie, a w gronie osób obcych nie mówi o innych.

Najkosztowniejszą wadą jest gadulstwo: kradnie cenny czas.




5 kwi 2020

Opowiadanie absurdalne

Ludzie jak pociągi

          Jazda dosyć wyboistą i dziurawą drogą nie sprzyjała rozmowie. Toteż nie uśmiechało mi się wcale odbierać telefonu, gdy zadzwoniła Luiza. Odebrałam z musu pamiętając, że coś niecoś jej zawdzięczam.
- Halo! Słucham!
- Przepraszam cię bardzo, ale mam prośbę, mają mi przywieźć pustaki, materiał budowlany. Ty jedziesz tam teraz, a ja tu jeszcze muszę coś załatwić. Może odbierzesz i zajmiesz się wyładunkiem?
- Yyyy ???!!!! Eeeee…???? – zatkało mnie. – No…ale jak?...
- Zwyczajnie, ja dam znać, że na parkingu będzie ktoś w moim imieniu i się spotkacie.
- Czy wiesz, że  ja mam grupę na karku? I może mam to wyładowywać??!!
-Nie, nie, tam będzie ich dwóch, poproś, żeby pomogli, a może twoja grupa ci pomoże?
- Zwariowałaś, tak? – ostrożnie próbowałam zweryfikować jej ogląd mojej sytuacji. – Jestem tutaj z jedną dorosłą osobą i mamy rozładować dostawę pustaków, dobrze rozumiem? Grupa szczyli idzie na wesołe miasteczko – O, ale cyrk to będą mieli za darmo – pomyślałam usiłując powstrzymać się przed wrzaskiem na kogoś, kto akurat rozdzierająco skarżył się na czyjąś podłość: ”On mi zaabraaał cziipsyyy!!!”
- Moja droga  – zaczęłam dyplomatycznie – wszystko jestem w stanie ogarnąć, ale jak ja mam znaleźć ten nieszczęsny parking i właściwego dostawcę???
- Ależ bardzo łatwo, jak do jedziecie do skrzyżowania, pojawi się tam zielona ciężarówa, powiedz kierowcy, żeby jechał za nią.
- Jesteś pewna?
- Jak najbardziej, oni już wiedzą, że jedziecie. Poprowadzą was. Ja dojadę później.
- Baśka – szepnęłam do koleżanki – uszczypnij mnie, bo chyba śnię…
-… no dobra, nie wiem, jak to zrobimy, ale może po prostu poczekamy na ciebie tam na miejscu.
- Dobrze, do  zobaczenia!
Tyle co skończyłyśmy,  przed nami wyskoczyła z  bocznej drogi  zielona ciężarówa.
- Pan jedzie za nią! – wrzasnęłam do kierowcy.
- A to nie jedziemy do wesołego miasteczka?
- A jedziemy, jak najbardziej, jeszcze jak będzie wesoło!
Ktoś zatrąbił ostro, samochody ścisnęły się w korku, a zielona plandeka oddaliła się, ale stanęła jak wszyscy. Metr po metrze posuwaliśmy się za nią aż do jakiegoś błotnistego placu na przedmieściach, gdzie zatoczyła koło i stanęła przy szarym baraku. My za nią.
        Moja hałaśliwa ferajna wyległa z busa i dalej penetrować ni to skład, ni to plac budowy.
- Ja chcę siku!
- On mnie kopnął!
- A gdzie miasteczko?
- … i karuzela?
- Idziemy na pizzę?
- …a kino będzie?
- Cisza! Tam są toi-toie, nauczcie się z nich korzystać, karuzela będzie później.
         Dwaj osobnicy wygramolili się z ciężarówy niepewnie.
- Panowie z pustakami?
- Tak jakby… - zaczął młodszy.
- Dużo tego jest?
- …ale my nie z panią ustalaliśmy dowóz – zauważył starszy.
- No nie, ale mam odebrać. Koleżanka dzwoniła.
Starszy parsknął czymś rozbawiony.
- Pani sobie zobaczy.. – obszedł plandekę i odwinął z tyłu. Wnętrze wypełniały szczelnie białe graniastosłupowe kloce daleko większe niż moje pustaki zarastające w trawie.
- Jeden waży 25 kilo – poinformował nadal rozbawiony. - Pani ma odebrać, czyli rozładować? Chętnie popatrzymy.
- No a panowie nie mogliby?...
- Nie, my tylko wozimy.
- W takim razie idę po pomoc.
- Baśka! – wrzasnęłam na koleżankę, której było wszystko jedno i  oglądała obłoki. – Idziemy sprowadzić pomoc do rozładunku.
- Gdzie tę pomoc chcesz znaleźć – widziałam jak dusiła wściekłość – i co z naszym przedszkolem? – machnęła ręką na rozłażących się we wszystkich kierunkach poszukiwaczy przygód.
- Ach, panowie się nimi zajmą – uśmiechnęłam się przymilnie – o, tu na mapie panowie mają zaznaczone wesołe miasteczko, niech jeden z was je tam zaprowadzi. – Wcisnęłam młodszemu w ręce złożoną mapę miasta. – A my idziemy! Wrócimy za godzinę. No, chyba, że chcecie sami targać te klocki.
- Ależ my nie…. – zaoponował młodszy.
- …nie możemy zostawić ładunku. – dokończył starszy.
-  No to jeden zostanie, a drugi poczeka – wyjaśniłam szybko.
- Pani nie może…
-…nam nie wolno…
- Panowie – przerwałam szybko zapinając plecak – wy nie rozładowujecie a ja choćbym chciała, nie udźwignę. Nie po to starałam się  dwa lata o sanatorium, żeby teraz w Pudziana się bawić. Przepraszam bardzo, ale to coś nie jest moje. Jak wolicie postać zamiast wziąć się do rozładunku, to przynajmniej zróbcie coś pożytecznego i wesołego. Jeden zapełni wesołe miasteczko klientami –wskazałam na twarze, które otoczyły nas z pełnym napięcia oczekiwaniem – drugi poczeka na pomoc. Nie zabraniam dzwonić do sprawczyni całego zamieszania – rzuciłam na odchodne i pociągnęłam Baskę za rękaw. – Idziemy! – syknęłam – to nasza jedyna szansa, żeby rzucić tę robotę. Nareszcie wolność! Żadnego wrzasku, żadnego planu, żadnego trzymania za rączkę. Wreszcie swoboda i wolność dla starych kobiet.
- Naprawdę będziesz szukać kogoś do rozładunku? - spytała niepewnie. 
- Zwariowałaś?!  Może w tym  hotelu? – wskazałam na wieżowiec z napisem Holiday Inn majaczący za kurtyną kurzu i słońca. – Nie mam najmniejszego zamiaru. Owszem, zamiar mam, ale nie wracam do pracy, nie wracam do domu, nie wracam do przeszłości! Wybieram przyszłość, niespodziankę i nieoczekiwane. Ufff! A ty jak chcesz. Idziesz ze mną czy wracasz?


30 mar 2020

człowiek który sadził drzewa

człowiek który sadził drzewa

                             Pamięci K.P.

o czym myślał gdy się zamyślał
nad jedną z siedmiu bram
jak objąć miasto
rozświetlone sierpniowym błyskiem 
słuchając siebie
usłyszeć śpiew cherubinów 
zapisać głosy
szelest sekund w godzinie niepojętej
powiew wiatru
umiejętność stawiania pauz
rodzi się ze słuchania
drzewa bowiem nigdy nie milczą
gdy klaszczą liśćmi na wietrze
lub soki ciągną wzwyż
na przekór przemijaniu

24 mar 2020

poeta jest jak prorok?

gdy będziemy uciekali

pamiętaj nie oglądać się za siebie
na płonące przedmieścia europejskich miast
patrz uważnie pod nogi omijaj wyrwy
między kostkami chodnika potrzebna nauka slalomu
w wyciągniętych zewsząd nachalnych dłoniach
zostaw wszystko co za ciężkie i przeszkadza biec
torebkę klucze karty do bankomatu puzzle
dla dzieci konsolę do gry kapelusz po babci
album ze zdjęciami pamięć podręczną pliki
w chmurze haseł kodów loginów profili
zostaw słownik zapomnianego języka praw
gonioną gazelę ratuje rączość nóg i czujność
na grzbiecie nie może dźwigać niczego
żadnego bagażu pogrzebanej przeszłości
przodków żadnych sentymentów ani łez
nad gruzami ukradzionych miast
gdy będziemy uciekali zamknij za sobą drzwi
niech puste powietrze przechowa pamięć
o nas

6 stycznia 2016 r. 

12 mar 2020

Dekalog podejrzanego o nosicielstwo koronawirusa

1. Nie będziesz słuchał żadnych zaleceń służb medycznych ani instytucji państwowych
2. Nie dasz się zamknąć na kwarantannie, a ze szpitala dasz nogę przy pierwszej okazji
3. Pamiętaj, żeby nie siedzieć w domu, świętuj wolne od pracy w towarzystwie podobnych sobie
4. Koniecznie odwiedź fryzjera i salon kosmetyczny (przecież musisz ładnie wyglądać podczas randki z koronowanym wirusem, jakby co)
5. Idź do aquaparku, relaksuj się w na pływalni, w saunie i na siłowni, otwórz się na nowe znajomości
6. Odwiedź wszystkich ze swojej książki telefonicznej, może to ostatnia szansa, kto wie, którzy przeżyją
7. I koniecznie wyściskaj babcię, dziadka i wnuki
8. Żyj w przekonaniu o swojej niezniszczalności i nadludzkich mocach zdrowotnych
9. Pożądaj wszystkich miejsc, gdzie jeszcze cię nie było i najlepiej odwiedź je wszystkie po kolei, póki masz czas (i pieniądze)
10. I nie zapomnij zrobić zakupów na co najmniej trzy miesiące, okażesz miłość bliźniego, zostawiając je swoim spadkobiercom

6 mar 2020

konkurs Eddiego

temat: Dzień Babci/Dzień Dziadka

Dzień Dziadka
w starej blaszanej misce
ostatnie jabłko

(8 punktów)



gdzie jesteś słowiku?
cały ogród
śpiewa

(3 punkty)


Jak zwodnicze bywają własne odczucia. Byłam przekonana, że haiku o słowiku jest lepsze niż o dziadku, tymczasem punktacja wskazuje na odwrót.  Interesujące. 

1 mar 2020

210 lat temu

   
rękopis

tańczą figury w cieniach
gdy nad pięciolinią pękają
mydlane bańki czasu
suchy szelest kartki
zapachniał Szafarnią
i toruńskim piernikiem
wibrują nuty mazurków
w sękatych dłoniach grajków
z Oborowej karczmy
za oknami głuchną basy
a pod drzwiami mazowiecka mgła
w czarnej sukni stoi
głów korowody płynące
w pochodach lento sostenuto
gwałtowne wiosny kwietniowe
deszczowe milknące pejzaże
jesienie w drzewach kolorowych liści
szemrzą perdendo perdendo
w błotnistych koleinach koła powozu
legato drogi znanej na pamięć
pod opuszkami palców
klucze żurawi
na styku
nocy i świtu
diminuendo

210 lat temu urodził się Chopin. Jego muzyka jest dla wszystkich. Gra dr nauk matematycznych Nicolas Franco z Uniwersytetu w Namur w Belgii.


29 lut 2020

Koloryt lokalny

       Polacy znani są z tego, że gdziekolwiek jadą, wiozą ze sobą lokalny koloryt obyczajowy.  Stąd też pojawienie się w ofertach biur podróży tzw. polskich stref turystycznych. I choćby nie wiadomo ilu bardziej obytych w świecie uczestników wyjazdu pomstowało, że są obciachem zaściankowych Januszy i Grażyn, którzy nie są zainteresowani żadną inną kulturą poza własną (pytanie, po co w takim razie wyjeżdżają, jest tematem osobnych badań socjologicznych), nie przeszkadza to, że w renomowanych ośrodkach turystycznych w specjalnych strefach ogląda się polskie filmy, śpiewa i tańczy disco polo, ewentualnie co bardziej ambitni zabawiają się według reguł Familiady, Milionerów czy Kocham Cię, Polsko. I wszyscy wracają szczęśliwi, nie czując wcale, że byli w innym kraju. Było bosko, czyli po polsku.
       Czego więc mogłam się spodziewać, wsiadając do autokaru wymalowanego w niebieskie barwy i godła klubowe Lecha Poznań?  Zapewne wszystkiego najgorszego, o ile wiedziałabym wcześniej, że takim oznakowanym wehikułem przyjdzie mi przemierzać Europę. Rzeczywistość odsłaniała się stopniowo. Najpierw na parkingu pojawił się autokar, później przemierzyłam jego wnętrze, a na końcu rozległy się hałaśliwe wrzaski plemienne kibiców:"Kto wygra mecz? - Lech! - Kto wygra mecz? - Lech! - Kto wygra mecz?-Lech! Lech! Lech!" - Fotograf na stanowisko! Uwieczniać nasze zwycięstwo. Co prawda zwycięstwo tylko wywrzaskiwane, ale buńczuczne ogłaszanie uzurpatorskich marzeń na parkingu pod stadionem Camp Nou w Barcelonie mogło być cokolwiek ryzykowne. Tym bardziej, że zostalibyśmy w trybie bardzo szybkim zidentyfikowani, gdyż nasz malowniczy pojazd został po drodze przez lokalsów dokładnie obfotografowany.
       Anonimowość ma swoje zalety. Zwłaszcza w społecznościach skonsolidowanych wspólnotowym zapałem rywalizacji plemiennej w sferze sportowej. Cała Katalonia kibicuje Barcy. Nawet w hotelach dla turystów codziennie rano pojawia się starannie wykaligrafowana informacja, o której godzinie będzie transmisja kolejnego meczu aktualnej kolejki jakiej ligi. Tego dnia, kiedy poszukiwałam miejsca na degustację ostatniej kawy przed wyjazdem, grać miała Barcelona z Sewillą. Na wszelki wypadek obejrzałam dokładnie swój strój, czy jakąś niepożądaną metką nie zdradza podejrzanych sympatii dla okrzyczanego wcześniej pod stadionem Lecha, a tym bardziej dla Łady Biłgoraj.
        Uspokojona brakiem widocznych znaków przynależności plemiennej weszłam do nierzucającego się w oczy lokalu przy nadmorskiej promenadzie.  Na ścianach marynistyczne akwarele, przy jednym stoliku rodzina z dziećmi z odstawionymi już pustymi talerzami ułożonymi w stos, przy drugim dwie dziewczyny zawzięcie omawiające ważne sprawy przy trzecich już wysokich koktajlowych napojach, pod ścianą zapracowana bizneswoman z laptopem. Barowa lada zastawiona, za barem ciemno, błyszczą tylko brzuszki wszelkiego rodzaju butelek. Na prawo za drzwiami przy kilku stolikach męskie towarzystwo z uwagą i gromkimi komentarzami ogląda transmisję meczu. I ani jednego turysty! Mam koloryt lokalny. Zostaję.
       Barmanka znała tylko dwa rodzaje kawy: black coffee i white coffee. Za to pod szybką leżało coś, co zostało opisane jako omlet, a okazało się grubym  plackiem ziemniaczanym z jajkiem. Padło pytanie, czy "hot", więc wzięłam "hot".  Po chwili jeszcze wszedł klient z wielkim psiskiem jakiejś krzyżówki boksera z buldogiem, chociaż z pyska widać, że raczej rasowy. Oczywiście bez kagańca. Psisko siedziało tyłem do baru a przodem do mojego talerza i gapiło się smutnym wzrokiem. Ktokolwiek przechodził, gładził psisko po łbie, a ono nic. Widać też stały bywalec, chociaż niekoniecznie kibic, bo nawet głośniejszy wrzask przy jakieś zmarnowanej akcji podbramkowej nie wybił go ze spokoju. I powiem, że było to najbardziej swojskie drugie śniadanie podczas całej wycieczki.
       Za to najlepsze espresso dostałam w Jednorożcu w Gironie. Lokalu, w którym nie szło porozumieć się w żadnym innym języku poza katalońskim. Na wszystkie zapytania odpowiedzią było machanie rękami.  Więc zamówienie zostało złożone na migi. Kawałki pizzy w trzech smakach i chyba najlepsze espresso, jakie piłam w życiu. Lokalik narożny, malutki, z kilkoma tylko wysokimi barowymi stołkami. Za to widać, że miejsce ulubione przez tutejszych mieszkańców,  którzy wchodzili, bez słowa kładli pieniądze na ladzie i dostawali na wynos ciepłe  poporcjowane posiłki. Czyli tutaj można dobrze zjeść. Wszyscy się znają na wylot. I takich miejsc warto szukać, gdy chce się posmakować kolorytu lokalnego.

19 lut 2020

krzyk drzew

kiedy zabraknie nam głosu
zawołają za nami kamienie
wzburzone morze wyśle bałwany
przeciwko skałom i falochronom
milczący toczy się piasek
mieliznami osiada to tu to tam
jeszcze drzewa się bronią
skłaniając korony pod topór
między szubienicami wisielców
wiatr się przeciska ze świstem
kiedy zabraknie nam serca
zerwane liście z krzykiem pofruną
pod niebo zamiast ptaków
odnajdą stare gniazda na mokradłach
zasiądą w nich jak błędne ogniki
kiedy zamarzną nam języki
nikt już nie dowie się jak boli
niewysłuchana cisza

 

9 lut 2020

zimowe śniadanie na Rynku

chodniki jeszcze ciche
śpią na gzymsach gołębie
i pies w bramie zwinięty w kłębek
parasolki bezrobotnych przewodników
wirują wieloma językami
w namiocie nad stolikami
rozmowy w aromatach kawy
spojrzenie biegnie za dźwiękiem
zegara na wieży
za plecami stukot kopyt na bruku 
rozpoczyna turystyczną dniówkę
w drucianym kominku ogień
roztapia resztki szronu 
mogę bez rękawiczek 
przewracać kartki szukając miejsca
i trzymać długopis w pogotowiu
a nuż zdarzy się chwila
niepowtarzalna i milczenie 
stanie się słowem