29 lis 2024

Kresowa biografia Josepha Conrada

       Zanim Józef Teodor Konrad Korzeniowski herbu Nałęcz został Josephem Conradem, światowej klasy pisarzem opisującym bezkresne obszary egzotycznych mórz, jako dziecko i młodzieniec dorastał na ukraińskich wołyńsko-podolskich bezkresach. Ojciec Conrada, Apollo Nałęcz Korzeniowski, urodził się  Honoratce położonej w rejonie oratowskim obwodu winnickiego, na ziemiach dawniej określanych jako Podole. Matka przyszłego pisarza, Ewa z Bobrowskich pochodziła z zamożnej ziemiańskiej rodziny wołyńskiej, osiadłej w powiecie żytomierskim. Po obojgu rodzicach Józef Conrad miał pochodzenie kresowe, co znalazło też odzwierciedlenie w biografii typowej dla tysięcy polskich kresowych rodzin ziemiańskich.

       Rodzice Conrada, Apollo i Ewa (Ewelina) pobrali się 10 maja 1856 r. w Oratowie w obwodzie winnickim, majątku rodziców Ewy Bobrowskiej. Początkowo zamieszkali w Berdyczowie i tam 3 grudnia 1857 r. urodził się Józef Teodor Konrad. Od 1859 r. Korzeniowscy zamieszkali w Żytomierzu, historycznym mieście założonym w IX w., gdzie w r. 1860 mały Józef Konrad został ochrzczony. Stąd, z Żytomierza, Apollo Korzeniowski pisze listy do miesięcznika “Biblioteka Warszawska” w sprawie zamieszczenia na łamach jego tłumaczeń z literatury obcojęzycznej. 

       Kiedy na skutek antycarskiej działalności Apollo Korzeniowski od 1861 r. zamieszkuje w Warszawie, Ewa Korzeniowska pisze pełne tęsknoty listy do męża, szykując się jednocześnie do opuszczenia rodzinnych stron i przeprowadzki. Wraz z małym Konradkiem przebywa czasowo to w Berdyczowie, to w Żytomierzu, to znów w  Terechowej – majątku Teofili Bobrowskiej, babci Konrada, w rejonie berdyczowskim. Stąd często w zakończeniu listów do męża pojawia się prośba: “telegrafuj do Berdyczowa”.  W adresach Ewy pojawia się też Nowofastów w powiecie skwirskim, majątek Lubowidzkich, teściów Tadeusza Bobrowskiego (brata Ewy), gdzie matka Konrada spędza z synkiem kilka tygodni.

            W liście z maja 1861 r. na końcu dopisuje dwa zdania do taty mały czteroletni  Konradek. Ewa Korzeniowska relacjonuje mężowi działania władz zaborczych wymierzone w polskich patriotów, aresztowania wśród znajomych i krewnych, wywózki mieszkańców, nastroje panujące w środowisku, obawy i plany ostatecznego stąd wyjazdu, gdyż powrót Apolla do Żytomierza oznaczałby jego aresztowanie. Latem 1861 roku w społeczeństwie panują nastroje żałobne, czego wyrazem jest noszona powszechnie czarna odzież.  Ewa Korzeniowska w jednym z listów pisze, że szyła dla Konradka czarne ubranko, gdyż chociaż jest dzieckiem, sam o to prosił widząc, że dookoła wszyscy chodzą ubrani na czarno.

        Ostatecznie Ewa Korzeniowska z małym Konradem wyjeżdżają do Apolla Korzeniowskiego do Warszawy, gdzie zamieszkują na Nowym Świecie nr 45. Zaledwie miesiąc później, w październiku 1861 r. Apollo Korzeniowski zostaje aresztowany, a w wyniku śledztwa w maju następnego roku (1862) zostają oboje zesłani w głąb Rosji. Początkowo miejscem zesłania miał być Perm u podnóża Uralu, ale już w drodze, w Moskwie, decyzja zostaje zmieniona i wszyscy troje zostają skierowani do Wołogdy. W ten sposób niespełna pięcioletni przyszły pisarz poznaje w dzieciństwie trudy życia zesłańczego tak charakterystyczne dl polskich rodzin kresowych. W styczniu 1863 r. udało się uzyskać przeniesienie rodziny bliżej rodzinnych stron i zostają skierowani do Czernihowa. Dawne ważne miasto historycznej Rusi Kijowskiej stało się miejscem śmierci Ewy Korzeniowskiej, która zmarła na gruźlicę 18 kwietnia 1865 r. nie uzyskawszy na czas zgody na leczenie w Kijowie. Niespełna ośmioletni Konrad zostaje półsierotą i sam jako dziecko zaczyna ciężko chorować, o czym z troską pisze ojciec w listach do rodziny i przyjaciół.

        W listopadzie 1866 r. mały Konrad zostaje z babcią Teofilą wysłany na leczenie do Kijowa, a później na dalszą rekonwalescencję do rodziny w Nowofastowie. Rozstanie z ojcem trwało do 1868 r. kiedy Apollo Korzeniowski uzyskał zwolnienie i zamieszkuje z synem we Lwowie na ul. Węgieł Szeroki 804. Tutaj, chcąc wysłać syna do lwowskiego gimnazjum, Apollo zaczyna go uczyć języka niemieckiego. Wcześniej bowiem, podczas lat zesłańczych uczył go już francuskiego i angielskiego. Do końca życia Joseph Conrad najpłynniej będzie posługiwał się językiem francuskim, chociaż całą twórczość pisał po angielsku.

         Opisując społeczeństwo lwowskie i panujące tu stosunki społeczne, Apollo Korzeniowski nie powstrzymuje się od ironicznego określenia Królestwo Głodomerii i Golicji (nawiązując w ten sposób do oficjalnej nazwy Królestwa Galicji i Lodomerii). Jeszcze w połowie 1868 r. Apollo przebywa w Przemyślu i Kruhelu Wielkim, a następnie wyjeżdża do Topolnicy – miejscowości uzdrowiskowej w powicie samborskim, gdzie leczy się na gruźlicę. Głównym zabiegiem leczniczym okazuje się picie żętcy. Do Lwowa powraca w październiku zamieszkując tym razem na ul. Szerokiej. Boże Narodzenie 1868 r. ojciec i syn spędzają jeszcze we Lwowie, lecz już w lutym następnego roku przenoszą się do Krakowa. Tam zaś jedenastoletni Konrad zostaje sierotą, gdy jego ojciec Apollo Korzeniowski, wielki patriota, działacz polityczny, pisarz i zesłaniec, umiera na gruźlicę 23 maja 1869 r. Odtąd opiekę nad Konradem przejmują krewni z rodziny Bobrowskich, a szczególnie brat Ewy, Tadeusz Bobrowski, który będzie kierował edukacją Konrada, wspierając i finansując jego plany zostania marynarzem.

         Początkowo po śmierci ojca Konrad pozostaje w Krakowie, ale wkrótce wuj Tadeusz umieszcza go w gimnazjum we Lwowie. Następuje tutaj niespełna dwuletni (1873-74) drugi pobyt w tym mieście, niestety, nie ma żadnych informacji na temat życia Konrada w tym czasie. Gdy w 1874 r. Konrad udaje się do Marsylii, opuszcza rodzinne ukraińskie strony właściwie już na zawsze. Po wielu latach w 1890 r.  odwiedził jeszcze wuja Tadeusza Bobrowskiego w jego majątku w Kazimierówce. 

          Joseph Conrad nie wrócił już na wołyńskie i podolskie szlaki swojej rodziny, choć tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej w 1914 r. odwiedził Zakopane, a później to już jego odwiedzano w Anglii.

Iwona Danuta Startek - Kresowa biografia Josepha Conrada - Pisarze.pl

Reklama

25 lis 2024

Marzy mi się przewodnik po dziurach

     Przewodniki turystyczne... Świat atrakcji opisany, sfotografowany, wyceniony najczęściej dosyć drogo. Jadąc gdzieś w nieznane miejsce, najczęściej mam ze sobą drukowany przewodnik. Inna sprawa, czy go zdążę przeczytać. Zdarzało się, że czytałam dopiero po powrocie. Trochę po to, żeby utrwalić w pamięci to, co zobaczyłam. Albo już wcześniej pomyśleć, na co zwrócić uwagę następnym razem. Jednak w  dobie internetowych sprawozdań podróżniczych z miejsc wszelakich coraz częściej główne trasy turystyczne, masowo obfotografowywane zabytki, rzekomo niesamowite atrakcje stają się nużące i nudne. Strach nieraz zapuścić się w tłum, bo niczego się nie zobaczy; nie będzie czasu i miejsca przystanąć, zachwycić się, zadumać. Coraz częściej wolę powędrować na chybił trafił podrzędnymi zaułkami, nieznanymi turystycznym przewodnikom. I odkrywać dla siebie ciekawe obiekty. 
      Ostatnio w Warszawie zwróciłam uwagę na dziwny dom o nieregularne bryle architektonicznej. Jedną z czterech ścian ma ukośną jak w rombie, tworzy ona jeden kąt ostry, a drugi otwarty ze ścianami, z którymi się łączy. Patrząc na budynek zastanawiałam się, jak wygląda umeblowanie wnętrza. Nie wiem, ale oryginalna konstrukcja jest doskonale widoczna ze strony dachu na mapie poniżej - Górczewska nr 90. Obwódką zaznaczyłam budynek. 


      Niedaleko, bo na ulicy Olbrachta z kolei, u samego niemal jej początku, znajdują się dwa budynki z czerwonej cegły. Jeden ma już zapadnięty dach, drugi także kruszeje pusty. Oba zapewne do rozbiórki. Nie wiem, ile mają lat, a byłoby ciekawe poznać ich historię. Nie znalazłam jednak żadnych informacji.
      Także w stolicy jadąc ul. Waszyngtona zobaczyłam oryginalny - i zapewne chwytliwy - szyld jakiegoś studia urody zapewne czy kosmetycznego: "Pazury".  Od razu wiadomo, czego się spodziewać. Docenić trzeba podwójne znaczenie nazwy. Raz, potoczne określenie paznokci, a  dwa, aluzja do znanego nazwiska. Ciekawe czy noszący nazwisko "Pazura" to widzieli. Gdyby to było w Stanach Zjednoczonych, pewnie wytoczono by proces o nieuprawione używanie nazwiska z żądaniem wysokiego odszkodowania... lub udziału w zyskach. 
       Żeby nie było, że tylko Warszawa ma atrakcje poza oficjalnym turystycznym obiegiem, przykład z Lublina. Obawiam się jednak, że jednorazowy, ale zawsze zastanawiający. Idąc kiedyś na skróty na zamkowe wzgórze, minęłam stare buty. Niby wyrzucone, ale nie w śmietniku ani nie obok niego, tylko równo ustawione pod ślepą ścianą budynku. Nasuwa się pytanie, jakim cudem się tam znalazły?  Kto wrzucił lub zgubił? Kto tak ładnie ustawił?


       I jeszcze jedna oryginalna rzecz: kamień. ten nazywa się kamieniem nieszczęścia. Łatwo bowiem o niego zaczepić i wylądować na leżąco na ulicy. Kamień wystaje z chodnika i odstaje od ściętego narożnika budynku. Patrząc w górę, szukając choćby dobrego miejsca na kawę, łatwo przeoczyć, co leży na drodze. I nieszczęście gotowe. Ten akurat kamień u zbiegu ulic Gruella i Jezuickiej na Starym Mieście ma swoją legendę i ma nawet swoją stronę w Wikipedii, więc takim zupełnie nieznanym obiektem nie jest. Przypuszczam jednak, że mało kto zwiedzając Lublin akurat będzie go szukał. 


11 lis 2024

znicz pod pomnikiem

Kozak Kordian Konar
nad rzeką gdzie błędne drogi
okrążeni niemiecką obławą
nasłuchiwali pękających nad lasem bomb
a tu żołnierz głodny
trzy dni maszerował o samej wodzie
paląc skręty z gazet
Wichura Wrona Wieża
gonili hurra hurra grzmiały haubice
szeptali nocą wśród szelestu sosen
szperacze i saperzy na przodzie
Poraj Gruszka i Wiewiór
z lasem zaprzyjaźnieni
do bagien przygnieceni kanonadą
w szarych twarzach źrenice
szeroko otwarte
szukają przejścia przez szczelinę kordonu
syczały bagna gasząc ogień artylerii
świadkiem były mgły poranne
i gasnące gwiazdy
niesione na plecach zgarbionych 
po nienazwanych drogach
przez las przez stepy przez tajgę
przez syberyjskie mrozy
przez więzienne cele 
powojennych losów  
Ajaks Oczko Długi...
Poraj Korski Ryś...
Orzeł Iskra Bruzda...
Bezimienny... Bezimienny... NN... 
na leśnym cmentarzu krzyże czarne
pod pomnikiem czerwony znicz




31 paź 2024

antologia z Gniewina







krótka historia romansu

 

żyją a jakby nie żyli nie oddychali

żywią się powietrzem

czasami robią sobie sałatkę z porów i marchewki

to wystarczy aby nie słuchać

burczenia w brzuchu

zagłuszającego motyle

 

patrzą a jakby nic nie widzą

błądzącym wzrokiem szukają się ciągle

jak ślepcy wodząc oczami za głosem i zapachem

w pieszczotach i milczeniu szukają potwierdzenia

że czas nie ma nad nimi władzy

a oni będą wieczni

aż do kolejnego poranka

 

na jawie a jakby we śnie

budzą się i zasypiają z tym samym portretem pod powiekami

pieczołowicie uzupełnianym

o potajemne uśmiechy ukośne spojrzenia

i niesforny włos nad czołem

stopniowo wzrasta liczba piegów na nosie

gestów zawieszonych bez dotyku

i słów zbędnych wezbranych w rzekę

rozlaną jak wiosenna powódź

 

z czułością stygnącą jak lawa

na zboczu gasnącego wulkanu czekają

dogodnej chwili na rozstanie

bez zbędnych pretensji i wyrzutów

parę słów na pożegnanie

odchodzę było miło

najlepiej esemesem i bez odbioru



PS Niestety, w druku w antologii zniknęła kursywa w przedostatnim wersie.




29 paź 2024

sto lat temu urodził się Zbigniew Herbert

dlaczego Herbert

                        w stulecie urodzin

 

wędzidło sztuki stawia granice

ujarzmiona myśl tropi znaki przeszłości

na obrazach mistrza z Delft

w przedmiotach zapisany rytuał

codzienności

 

zwyczajny świat w geście skupienia

światło i cienie to cała prawda

język rzeczy widzialnych

i niewidzialne znaczenia słów

zapisanych z wyczuciem smaku

 

martwa natura i rękopisy

złamana pieczęć na pergaminie

otwiera to co zakryte

Arkadia czeka i Ona w niej

gotowa na spotkanie

 

dawni mistrzowie niepokoją

przenikliwym wzrokiem

ponad ciemnością wieków

nigdy nie kończy się

stąpanie po śladach

wieczna wędrówka do mądrości

być z tyłu i patrzeć w przyszłość

bez strachu

 

 

26 paź 2024

konkursowe haiku jesienne

temat - kasztany



powrót po latach
przed budynkiem szkoły
zbieram kasztany

13 pkt


temat - babie lato


już jesień
rozczesuję we włosach
babie lato

3 pkt


12 paź 2024

Kiedy sen jest grzechem




       „Kiedy sen jest grzechem” stanowi zaproszenie do wspólnej podróży przez wydarzenia kulturalne w regionie, w kraju i za granicą. Zachęcam do śledzenia festiwali i koncertów w Warszawie, Krakowie, Lublinie czy w Lloret de Mar w Hiszpanii. Współczesne obszary kultury Wilna, Budapesztu, Girony czy kresowych rubieży widziane przez pryzmat historii stanowią wciąż obecne dziedzictwo teraźniejszości. Muzyka Moniuszki, reportaże Lundkvista, twórczość Parnickiego to tylko niektóre z filarów, z których wyrasta kultura współczesna. Pochodząc z Konstantowa koło Janowa Lubelskiego zahaczam o tereny obecnego powiatu janowskiego, Lasów Janowskich, a także Puszczy Solskiej, Biłgoraja, Zamojszczyzny aż po Kresy dawnej Rzeczpospolitej. 

    „Kiedy sen jest grzechem” jest w zmierzeniu i formie lekkiego felietonowego stylu kontynuacją poprzedniej publikacji pod tytułem „Z Szekspirem w torebce”. Książki zawierają teksty publikowane na autorskich blogach, internetowych portalach literackich, czasopismach polonijnych i krajowych. 
        Warto dodać, że obie książki zostały wydane przez Zespół Szkół Budowlanych i Ogólnokształcących w Biłgoraju, który dysponuje własnymi numerami ISBN nadanymi przez Bibliotekę Narodową. 

1 paź 2024

wiersz zakwalifikowany do druku

      W XXIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim "Gniewińskie Pióro" jeden z trzech moich wierszy został zakwalifikowany do druku w pokonkursowym almanachu.

krótka historia romansu

żyją a jakby nie żyli nie oddychali
żywią się powietrzem
czasami robią sobie sałatkę z porów i marchewki
to wystarczy aby nie słuchać
burczenia w brzuchu
zagłuszającego motyle
 
patrzą a jakby nic nie widzą
błądzącym wzrokiem szukają się ciągle
jak ślepcy wodząc oczami za głosem i zapachem
w pieszczotach i milczeniu szukają potwierdzenia
że czas nie ma nad nimi władzy
a oni będą wieczni
aż do kolejnego poranka
 
na jawie a jakby we śnie
budzą się i zasypiają z tym samym portretem pod powiekami
pieczołowicie uzupełnianym
o potajemne uśmiechy ukośne spojrzenia
i niesforny włos nad czołem
stopniowo wzrasta liczba piegów na nosie
gestów zawieszonych bez dotyku
i słów zbędnych wezbranych w rzekę
rozlaną jak wiosenna powódź
 
z czułością stygnącą jak lawa
na zboczu gasnącego wulkanu czekają
dogodnej chwili na rozstanie
bez zbędnych pretensji i wyrzutów
parę słów na pożegnanie
odchodzę było miło
najlepiej esemesem i bez odbioru