Nie pamięta, kto wtedy rzucił hasło: idziemy w miasto, noc taka krótka. Pięcioro autsajderów, którzy przez jedną noc postanowili być razem. Przekrój wieku od dwudziestu do pięćdziesięciu pięciu lat. Kto by pomyślał, że dwudziestolatek będzie z emerytką dyskutował, jakie lokale są jeszcze otwarte późną nocą w małym miasteczku.
Po zakończonym spektaklu, stojąc przed zamkniętymi drzwiami domu kultury, ustalali trasę wędrówki. Dla niej było to jak odkrywanie nieznanych lądów. Nie była stąd, nie urodziła się tutaj, jak oni. To miasto nie było jej. Była przybyszem z daleka. Zdała się na ich znajomość terenu i wiedzę, gdzie jeszcze znajdą się otwarte drzwi. Zaczęli spokojnie, od herbaciarni. Czy rodzaj herbaty mówi coś o ludziach? Emerytka zamówiła czarną, a najmłodszy z grona rumiankową. Ona sama lubi eksperymentować ze smakami. Zdecydowała się na imbirowo-cynamonową z nutą bergamotki i cytrusów. Pojawiła się jeszcze jaśminowa i anyżkowa. Niezły odlot, gdy się zapachy wymieszały.
Czekając aż na stolik wjadą czajniczki, stali się krytykami teatralnymi i omówili wszystkie obejrzane na scenie aktorskie kreacje. Rzecz zgoła niezwykła w dwudziestotysięcznym mieście bez teatru, gdy amatorski zespół wystawia Moliera. Zgodnie przyznali, że tekst w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego dla dzisiejszego widza dość trudny. Trzeba więc było w zrozumieniu zawiłości języka dopomóc odpowiednią mową ciała i plastycznością gestów, z czego większość aktorskiej obsady wywiązała się znakomicie. Treść pseudopoetyckich sonetów Trysotyna została tak groteskowo przerysowana gestykulacją, że znaczenie słów było zgoła nieistotne. Rzecz cala została sprowadzona do egzaltacji słuchaczek: Filaminty, Armandy i Belizy oraz rozkoszowania się własnym głosem przez autora owego dziełka. Aktor grający Trysotyna pokazał, nie pierwszy raz zresztą, że nie straszna mu żadna postać i doskonale poradzi sobie nawet w konwencji groteskowej.
Na docenienie zasłużyły także role Chryzala i Filaminty zbudowane na wyrazistym kontraście charakterów: dominującej silnej osobowości żony i ugodowym, wycofanym nieco zachowaniu męża "pod pantoflem". Rysem nadrzędnym Filaminty jest mocny, wręcz kontraltowy głos przenikający na wskroś przestrzeń sceniczną. Na tym tle postać siostry Chryzala, Belizy, brawurowo zagranej w konwencji ezoterycznej muzy odbierającej wyimaginowane hołdy wielbicieli, wprowadza na scenę niemal absurdalną poetyckość. Czerwony szal Belizy i taneczne przemykanie po scenie narzucają skojarzenia z postacią Racheli z Wesela.
Dla uproszczenia monologowych dłużyzn tekst został skrócony na tyle, by intryga i relacje między postaciami pozostały nadal czytelne. Spektakl grany jest bez przerwy, prowokując do humorystycznego odczytania, zgodnie z tytułem, pozornej uczoności. Co prawda tyrada Marcyny o tym, że "nie babska rzecz przewodzić (i ja, choć kobita,/Wiem, że chłop ma we wszystkim górą być) i kwita" trąci myszką, ale pseudouczoność nadal ma się dobrze w różnych kręgach społecznych i środowiskach. Dopijając herbatę zgodzili się wszyscy, że prawdziwa mądrość, jak w każdej epoce, tak i dzisiaj prezentuje się skromnie i nie zabiega o popularność.
Na ocenę scenografii zabrakło czasu, bo lokal się zamykał. Wyszli znowu w noc na ulice oświetlone lampami, szukając kolejnego punktu zaczepienia. I znowu to nie młodzież, lecz kobieta 40+ wskazała, gdzie jeszcze można wejść o północy. Lokal był malutki, z zewnątrz oktagonalny. W środku pusto. Zaspana barmanka z fuknięciem wpuściła rozbawione i rozgadane teatralnymi tematami towarzystwo. Stoliki były wyraźnie używane: brudne, zachlapane, niesprzątnięte. Znaleźli jeden najczystszy, ale wymagający przynajmniej ścierki, z którą kelnerka się jednak nie pokwapiła. Zamówili napoje, bo nic więcej już nie było. Kuchnia zamknięta, tylko butelki w rzędach stały gotowe na każde zawołanie. Tutaj kolejna niezwykłość: jeden z młodzieży nie pije alkoholu wcale, jest abstynentem, drugi tylko francuskie wino, którego w tej zapomnianej na odludziu budce nie było, trzecia bierze tabletki i nie może, emerytka wzięła Egri bikaver. A ona? Ona najbardziej lubi swoje własne. Przynajmniej w domu, wieczorem, siedząc pod kocem w bujanym fotelu. A tutaj? Pewnie spróbowałaby absyntu i z niestartych plam na stoliku namalowałaby w stylu Lautreca Belizę w czerwonym szalu tańczącą na stole. Ale absyntu nie było. Plamy nie chciały się układać w wyraziste kształty. Pozostały niewzruszone dyskusją na wysokim szczeblu.
Rozważania o wyższości - lub niższości - języków. Język angielski to bełkot, francuski skomplikowany. Niemiecki czysty, ale twardy. A jednak każdy język ma swoją specyficzną warstwę dźwiękową i po prostu jakoś brzmi. Nawet gdy się nie rozumie, słyszy się melodię języka, jego wyjątkową prozodię. A ta z kolei albo zachwyca, albo nie; albo ktoś umie wydobyć wszystkie smaczki dźwiękowe, albo je gubi, spłaszcza i tej melodii pozbawia. I nie jest to kwestia nieznajomości zasad gramatycznych czy słownictwa. Może to kwestia głosu? A raczej językowego słuchu? Najpierw słuch czy najpierw głos? Chyba jednak słuch, bo głos można mieć ustawiony prawidłowo, a nie umieć się nim posługiwać. Aktorzy uczą się ustawienia głosu, ale czy nadal uczą się używać go w zgodzie z właściwościami języka, którym się w filmie posługują? Czy język wypowiedzi, language, nie powinien raczej zachęcać niż zniechęcać do słuchania? Mistrzowie mowy potrafią tak mówić, że nawet nie rozumiejąc, chcemy ich słuchać. Coś w tym jest, że dobry aktor potrafi nawet książkę telefoniczną przeczytać jakby to był sensacyjny dreszczowiec.
Nie rozstrzygnęli wtedy, który język jest najpiękniejszy. Znowu ich wyproszono. Prawie świtało. Pożegnali się obietnicą ponownego spotkania i dokończenia dyskusji. Dwudziestolatek skończył studia, został poliglotą, zna siedem języków. Drugi młody człowiek, wówczas dwudziestoparoletni abstynent, nadal jest abstynentem, pracuje w fabryce, wieczorami pisze wiersze. Kobieta 40+ dokarmia bezdomne koty. Emerytka nadal jest emerytką. Popełniła niewybaczalną zbrodnię: za długo żyje. Jest więźniem czwartego piętra w bloku bez windy. A ona? Ona wyjechała. Nigdy do drugiego spotkania nie doszło.
8 komentarzy:
Jak to jest ciekawie napisane! Super się to czyta! <3 będą kolejne cześći?
Nocna eskapada wyjątkowa. W nastroju, warstwie kulturowej, a nawet wiekowej.
Obrazowo to opisałaś. Czekam na więcej 🙂
Ten legendarny absynt. Sama bym spróbowała... 🥂
Tak planuję, że będą :-)
Zbieram pomysły ;-)
Jest do zdobycia legalnie, w Czechach można kupić.
Piękna, pełna życia opowieść o przypadkowych spotkaniach, które na chwilę tworzą coś wyjątkowego. ✨ Jest w niej tyle ciepła, refleksji i subtelnego humoru, a pod warstwą nocnych wędrówek i błyskotliwych dyskusji kryje się wzruszająca prawda o ludziach, których los stawia na naszej drodze. Szkoda, że na niektóre spotkania nie ma już drugiej szansy… Zostają jednak wspomnienia i ta myśl, że czasem jedna noc potrafi połączyć zupełnie obcych sobie ludzi bardziej niż wiele lat znajomości. ❤️
Zgadza się, często przypadkowe, spontaniczne spotkania okazują się inspirujące na długie lata. Oczywiście, nie zawsze tak bywa, ale gdy już się coś takiego wydarzy, jest to wyjątkowe doświadczenie.
Prześlij komentarz