20 mar 2018

Hetka z pętelką, czyli jak mit Grodów Czerwieńskich okazał się prawdą

      Przywykło się kojarzyć najznakomitsze odkrycia archeologiczne z terenami dawnych cywilizacji w Egipcie, Chinach, dorzeczu Eufratu czy Ziemi Świętej. Pierwsze skojarzenie przypomina nam zwykle upartego Schliemanna, który z "Iliadą" w ręce odkrył położenie Troi na tureckim wybrzeżu  czy legendarna klątwę Tutanchamona, o którym nawet swego czasu powstawały piosenki. Tymczasem tuż obok, niemal za progiem w latach 2010-2011 dokonane zostało odkrycie, za które polscy archeolodzy - badacze z Instytutu Archeologii UMCS - prof. dr hab. Andrzej Kokowski, mgr Marcin Piotrowski oraz Artur Troncik - otrzymali tytuł Odkrycia Roku National Geographic 2011.
      Ale zacznijmy od początku, czyli Czerwienia, legendarnej stolicy Grodów Czerwieńskich, leżących gdzieś na pograniczu polsko-ruskim, między Sandomierszczyzną, ziemią chełmską, przemyską po Wołyń. Z racji położenia od początku, to znaczy od X wieku, z którego pochodzą pierwsze wzmianki, stały się one terenem spornym w walce o terytorium. Podobno wchodziły w skład państwa Mieszka I, potem zagarnął je Włodzimierz Wielki, następnie odzyskał Bolesław Chrobry, a wkrótce potem nazwa znika w pomroce dziejów. Czerwień przepadł i przeobraził się w legendę o zaginionej Atlantydzie wschodnich Słowian. 
      W 2010 roku gruchnęła wieść, że na owalnym wzgórzu w pobliżu Czermna, niewielkiej wsi nad Huczwą w gminie Tyszowce powiatu tomaszowskiego odkryto najpierw skarb, a  następnie za pomocą nieinwazyjnych metod badawczych (z wykorzystaniem tzw. archeologii lotniczej) potwierdzono istnienie w głębi ziemi ruin fundamentów katedry potwierdzające istnienie w tym miejscu grodziszcza utożsamianego z legendarnym Czerwieniem. Odkrytych skarbów było kilka, w sumie pięć, ale najcenniejsze rzeczy znaleziono w zakopanym garnku. Były to między innymi bransolety, pierścienie, zausznice, kołty (ozdoby noszone na skroniach). Luzem zaś odnaleziono ponad półtora tysiąca przedmiotów świadczących o istnieniu bogatego i wysoko rozwiniętego życia społeczno-politycznego. 
       Opis prac i przedmiotów znajdziemy w artykule pod linkiem Wspaniałe skarby z Czermna Od momentu odkrycia trwały kilkuletnie prace, w  tym przygotowano popularyzującą wystawę Czerwień - gród między Wschodem a Zachodem, która była już prezentowana w wielu miastach w Polsce. W 2013 roku będąc w Krakowie miałam okazję obejrzeć ją, poznając naocznie po raz pierwszy skarby z glinianego garnka ;-) Obecnie wystawa przywędrowała wreszcie do Biłgoraja i można ją oglądać w Muzeum Ziemi Biłgorajskiej. Bogactwo i piękno wielu przedmiotów, zwłaszcza biżuterii,  jest zadziwiające. Srebrne bransolety, pierścionki, ozdobne sprzączki, guziki, nawet różnorodne kształty guzików mogłyby z powodzeniem służyć współcześnie i nikt nie rozpoznałby, że pochodzą z X-XIV wieku. Natomiast przedmioty codziennego użytku, takie jak szydła, sierpy, kosy, szalki wagi świadczą jak wysoko rozwinięta była ówczesna kultura materialna. 
       Wystawa ma też - poza aspektem historycznym - walor edukacyjnej ciekawostki. Na przykład co z ta hetką? Znane powiedzenie "hetka z pętelką" ma w polszczyźnie potocznej znaczenie metaforyczne, gdy tymczasem jest to nazwa rodzaju zapięcia: hetka to guzik w kształcie niewielkiego kołeczka czy walca z lekkim wyżłobieniem lub dziurką w środku, na który zakładana jest pętelka. Popularne kołeczki niegdyś powszechne przy kożuchach to właśnie owe hetki. Wśród znalezionych na wzgórzu w Czermnie przedmiotów znajdują się hetki z dziurkami. Nie wiadomo, czy służyły jako zapięcie, gdyż istnieją trzy teorie na temat ich zastosowania: jako guziki, jako instrumenty muzyczne i jako elementy naszyjnika. W każdym razie to jeszcze jeden przyczynek do zainteresowania się niesamowitym znaleziskiem. Podobnie jak relikwiarze w kształcie małych zamykanych krzyżyków, tzw. enkolpiony. 
       Wał ziemny skrywający tajemnice Czerwienia nadal porasta trawa. Trzeba jeszcze czasu i wiele pracy, aby dotrzeć do fundamentów. Marzyłoby się jednak ostateczne odsłonięcie tego, co być może skrywa ziemia i zebranie wszystkiego w jedno spójne zrekonstruowane średniowieczne "miasteczko". Mielibyśmy u siebie na Zamojszczyźnie swój własny niepowtarzalny "Biskupin", czyli Czerwień - stolicę Czerwieńskich Grodów.


Dzbanek, w którym znaleziono główny skarb - biżuterię













Biżuteria





Czerwieńska elegantka


Ozdobne klucze


Różności


Sierp i kosa


Krzyże


Plan rozmieszczenia grodu

13 mar 2018

Na literackiej mapie Polski - Objazda


            Objazda jako forma życia duchowego*

Wśród wielu sposobów patrzenia na życie literackie po roku 1989 pojawiły się w humanistyce nowe tendencje geopoetyki akcentującej przekraczanie granic między tym, co lokalne i globalne. Współczesne analizy wydobywają literaturoznawczy potencjał regionu, którego istotnymi czynnikami są miejsce, przestrzeń geograficzna i historyczna, subiektywnie odczuwany krajobraz, tło socjologiczne, kultura materialna i niematerialna obecna w tradycji i kształtująca współczesność.  Tak rozumiane  miejsca, nierozerwalnie związane z określonymi dziełami literackimi i ich twórcami,  od dawna pobudzają masową wyobraźnię czytelników. Na literackiej mapie świata Dublin ma swój drogowskaz w  „Ulissesie” Joyce`a, Paryż możemy poznawać z bohaterami  „Łuku tryumfalnego” Remarque`a, ulice Moskwy przemierzamy ze świtą Wolanda, a Orhan Pamuk nieustannie oprowadza nas po ulicach dawnego i współczesnego Stambułu. Skoro już przy stolicach jesteśmy, nie może zabraknąć Warszawy Prusa czy bardziej współczesnej w „Małej apokalipsie” Konwickiego. To jednak byłaby niezbyt dokładna mapa, ponieważ brakuje na niej ogromnych przestrzeni peryferyjnych, prowincjonalnych czy też regionalnych, które również doczekały się literackich przewodników. W atmosferę Gdańska wprowadzi nas chociażby Paweł Huelle, koloryt Wrocławia odnajdują pasjonaci kryminałów Krajewskiego, a uliczkami przedwojennego Lublina przemykają czytelnicy wraz z przestępcami i śledczymi w powieściach Wrońskiego. Lublin jest także  co roku podczas Festiwalu „Miasto Poezji” odczytywany i poznawany na różne sposoby przez pryzmat wierszy niewątpliwie jednego z najwybitniejszych lubelskich twórców - Józefa Czechowicza. Czytelnicy mając przed oczami „Poemat o mieście Lublinie” przemierzają ulice opisywane w kolejnych utworach, porównują ich klimat z lat międzywojennych i współczesny, szukają analogii, próbują w wyobraźni wskrzesić dawne miasto i jego niepowtarzalną wielokulturową atmosferę.
    Poza obszarami urbanistycznymi rozciągają się ponadto ogromne terytoria literackich pejzaży, którym Rada Europy czasami nadaje tytuł Europejskich Szlaków Kulturowych jak hiszpańskiemu pejzażowi La Mancha prowadzącemu śladami Don Kichota. Czy musimy jednak sięgać tak daleko? W polskiej kulturze funkcjonuje przecież wciąż żywy, o czym świadczą liczne publikacje, mit Kresów, raju utraconego, po którego drogach, lasach, stepach i rzekach prowadzili dawni pisarze, od romantyków poczynając, przez Miłosza, Vincenza, Konwickiego, Kuśniewicza, Stryjkowskiego, po „Opowieści galicyjskie” Stasiuka czy reminiscencje wołyńskie w poezji chełmianina Krzysztofa Kołtuna. Literackie pejzaże kresowe w wielu swoich książkach przypomina Katarzyna Węglicka, a „Kresy, czyli obszary tęsknot” Tadeusza Chrzanowskiego w sposób historyczny i kulturowy nakreśliły genezę kresowego mitu, zarazem żegnając się z samymi Kresami jako terytorium niegdyś geograficzno-politycznym, a dzisiaj obecnym już tylko w sferze kulturowej i psychicznej. Na samych Kresach zaś badacze kulturowych i literackich map wyodrębniają osobne regiony, jak Wołyń, Podole, Wileńszczyzna czy Huculszczyzna. [...]
Za sprawą książki Czesławy Długoszek „Jeśli będziemy jak kamienie” na kulturowej mapie kraju pojawiła się Objazda – niewielka miejscowość w powiecie słupskim województwa pomorskiego. Wcześniej zaistniała już jako wirtualny punkt na platformie internetowej, ponieważ Autorka prowadzi blog „Słowa na wiatr” pod adresem objazdowy.bloog.pl . Książka ściśle wyrasta z blogowej twórczości, gdyż większość rozdziałów miała swój pierwodruk w formie blogowych wpisów na żywo komentowanych przez czytelników. Podtytuł „Reportaże z Objazdy i okolic” sugeruje autentyczność opisywanych osób i zdarzeń, jak bowiem zauważa Zbigniew Chojnowski, „ten typ pisarstwa ma nade wszystko znaczenie antropologiczne, odnosi się do człowieka z imienia i nazwiska” („Punkty wyjścia, punkty dojścia”, 2002).  Czesława Długoszek udziela głosu bohaterom swoich reportaży, a nawet prowadząc narrację w trzeciej osobie, opisuje losy maksymalnie usuwając w cień siebie, eksponując zaś punkt widzenia i emocje postaci. Książka w przeważającej części jest owocem wnikliwej, żmudnej pracy badawczej, historycznych dociekań, porównań i  analiz opatrzonych poetyckim dopełnieniem autorki. Fragmenty „Kroniki Objazdy” spisywanej przez Romana Zuba, jego też „Pamiętnik”, obok zaś sybirskie wspomnienia z Józefa Cieślika spisane przez jego żonę są przykładami wprowadzenia narracji pierwszoosobowej, nadającej relacji walor autentyzmu przeżyć,  postrzegania biegu zdarzeń,  własnych losów zanurzonych w historii oraz indywidualizacji języka bohaterów. Wyznaczniki reportażu są jednak w mojej ocenie absolutnie niewystarczające dla uchwycenia charakteru i rangi obszernej książki. Już samo wprowadzenie poezji jako lirycznego dopełnienia poruszanych tematów wykracza poza ramy ściśle pojętego reporterskiego spojrzenia. Rozdziały takie jak ”Lipowe łapcie”, „Jak opowiedzieć Kresy?”, „Rówieśnicy Niepodległej” czy „Anna” penetrując losy rodziny autorki, dziadków, rodziców, krewnych, wpisują się w pewien rodzaj kroniki rodzinnej, opartej na wspomnieniach, ale i udokumentowanej źródłami  historycznymi, listami, fotografiami. 
     Wobec różnorodności form, bogactwa tematyki i punktów widzenia czy narracyjnych odmian jednoznaczne określenie gatunkowe książki Czesławy Długoszek nastręcza trudności i wydaje się wręcz niemożliwe. Być może jednak zastanawianie się nad tą kwestią nie ma racji bytu, a istota rzeczy kryje się zgoła gdzie indziej. Mianowicie w konsekwentnej jednostkowej, indywidualnej perspektywie zastosowanej do opisywania dawnych i współczesnych wycinków rzeczywistości Objazdy i jej mieszkańców. Punktem wyjścia dziejów społeczności, dziejów miejscowości jest konkret: legenda o budowie kościoła w Rowach,  historyczne zdjęcia, powstanie pierwszego sklepu, szkoły, parafii, fragment listu Józefa Turka, lipowe łapcie repatriantów z Polesia itp. Wielka historia uobecnia się w losach pojedynczych nieznanych podręcznikom ludzi, jak w exodusie Julii Matulisowej, z domu Pawłowskiej, żegnającej na zawsze poleską ojczyznę, gdyż „wszystko trzeba było zostawić,  tak zdecydowali Franklin Delano Roosevelt, Winston Churchill i Józef Stalin w dniach 4 – 11lutego 1945 roku na konferencji w pałacu Potockich w Liwadii pod Jałtą na Krymie”.  Jeśli bowiem uznać, że dzieło Czesławy Długoszek jest w dużym stopniu ściśle związane z zanurzeniem się w dziejach niewielkiego w gruncie rzeczy wycinka domowej ojczyzny, to realizuje ono najpełniej przekonanie Tadeusza Łopalewskiego „odczuwania świata zmysłami własnego regionu” („Regionalizm a literatura”, 1931). [...]
       Współczesne szlaki kulturowe mają za zadanie łączyć regiony i prowadzić do dialogu. Podkreślanie różnic, odrębności czasami wręcz interpretowanej jako dążenia separatystyczne, widoczne w pracach regionalistycznych minionych lat, ustępuje projektom wielokulturowości, która nikogo nie wyklucza. Na ile idea ta ma szansę realizacji, czas pokaże, ale mały świat okołoobjazdowy już znalazł swoje miejsce w kulturowym świecie Europy za sprawą odnowienia Europejskiego Szlaku Kulturowego Drogi św. Jakuba, którego Droga Pomorska została niedawno włączona w część europejską. Kulturowe dziedzictwo Drogi św. Jakuba, o której reaktywacji pisze Długoszek w jednym z  końcowych rozdziałów książki, jest bowiem znacznie starsze od współczesnych dróg dojazdu turystów do letniskowych domków nad morzem. Na kształt życia tu i teraz wpływ mają minione wieki, nie tylko lata naszej indywidualnej egzystencji. Także rejestrowanie i opisywanie zmian życia społecznego nie jest całkowicie oderwane od przeszłości, lecz jest jej kontynuacją, bowiem zadaniem każdej sztuki, także reportażowo-wspomnieniowo-poetyckiej, jest „odtwarzanie na nowo, na innej płaszczyźnie odziedziczonych ze krwi form egzystencji” (Tomasz Mann, „Lubeka jako forma życia duchowego”, odczyt, 1926).
__________
*”Lubeka jako forma życia duchowego”, tytuł odczytu Tomasza Manna wygłoszonego 5 czerwca 1926 roku w Lubece z okazji 700-lecia tego miasta

PS Pozwoliłam sobie zacytować fragmenty mojego Posłowia do książki Czesławy Długoszek "Jeśli będziemy jak kamienie" wydanej przez Starostwo Powiatowe w Słupsku. Obszerne niemal monograficzne dzieło, przedstawiające historyczne i współczesne zjawiska tworzące lokalną społeczność,  może być przykładem właściwie rozumianej promocji regionu i wspierania kulturalnej inicjatywy lokalnej społeczności. Kulturowe i historyczne przyczynki publikowane przez autorkę na blogu zyskały uznanie czytelników, którzy postanowili pomóc w sfinansowaniu publikacji książkowej.  Jestem dumna, że zostałam przez autorkę zaproszona do współtworzenia książki, będącej niezwykłym świadectwem trwałości i ciągłości dziejów "małej ojczyzny" uobecnionej w indywidualnych losach jej mieszkańców. 

6 mar 2018

Z prowincjonalnego skarbca

       Przywykło się uważać, że wielkie dzieła sztuki znajdują się w wielkich ośrodkach kultury. Okoliczności historyczne sprawiły, że rzeczywiście aby zobaczyć Monę Lisę trzeba pojechać do Paryża, a "polski" Leonardo (Dama z łasiczką) wespół z Rembrandtem (Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem) wiszą w Krakowie. Stąd też prowincja kojarzy się źle, najczęściej z kiczowatością, odpustowym jarmarkiem i kulturową pustką. Tymczasem wielkie dzieła sztuki potrafią zaskakiwać nieoczekiwanymi objawieniami. Może trzeba nieco wiedzy,  może zainteresowania, a może wystarczą otwarte oczy, aby je zobaczyć.  
        Doskonałym przykładem są obrazy Domenica Tintoretta z kościoła Przemienienia Pańskiego w Tarnogrodzie. Pełnopostaciowe wizerunki Św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty prezentowane były ostatnio w Galerii Jednego Obrazu na Zamku Królewskim w Warszawie. Ich losy zapoczątkowane przez kanclerza Jana Zamoyskiego, który zamówił dzieła do zamojskiej kolegiaty, ostatecznie związane zostały z kościołem w Tarnogrodzie. Stanowią przy tym  świadectwo renesansowego humanistycznego wykształcenia kanclerza i są przykładem wielorakich związków polskiej szesnastowiecznej kultury z europejskimi prądami epoki.
        Św. Jan Chrzciciel i św. Jan Ewangelista, bo o nich  mowa, są dziełem Domenica Tintoretta, syna Jacoba Tintoretta (1518 - 1594). Tintoretto senior, wenecki malarz renesansowy, miał siedmioro dzieci, z których troje poszło w artystyczne ślady ojca. Naprawdę nazywał się Robusti, lecz do historii sztuki wszedł jako Tintoretto, a po nim przydomek wraz z pracownią malarską odziedziczył jego syn Domenico (1560 - 1635). W pierwszym okresie twórczości, kiedy Domenico kształcił się pod okiem ojca, widać wiele cech wspólnych w malarstwie obu. Zresztą, wiele prac wykonywali wspólnie, jak Koronację NMP oraz Męczeństwo świętego Stefana w kościele San Giorgio Maggiore i Raj w Pałacu Dożów. Niemniej Domenico szybko się usamodzielnił i zyskał swoją własną klientelę, do której należeli między innymi Małgorzata Austriacka, przyszła królowa Hiszpanii,  książę Vincenzo I Gonzaga, książę Arundell, weneccy dożowie, włoscy arystokraci i magnaci z Europy. Znalazł się w tym towarzystwie kanclerz Jan Zamoyski (1542 - 1605), który za pośrednictwem działającego w Krakowie bankiera Sebastiana Montelupiego złożył zamówienie na obrazy do ufundowanej przez siebie kolegiaty w Zamościu. Kolegiatę wzniesiono według planu architekta miasta idealnego, czyli Bernarda Moranda, który wykonał też projekt głównego ołtarza. Zamoyski zadbał też o jej wyposażenie, czego dowodem dokładne zapisy znajdujące się w testamencie sporządzonym w 1601 roku. Zależało mu, aby wyposażenie ufundowanej kolegiaty prezentowało najwyższy poziom artystyczny, toteż zamierzał nawet sprowadzić malarza z Włoch. Kiedy się to nie udało ze względu na ogrom zamówień, jakie otrzymywali malarze włoscy z całej Europy, za pośrednictwem Montelupiego, który z kolei zatrudnił do zadania kupiecko-bankierską rodzinę Capponich w Wenecji, kanclerz zamówił obrazy dwóch swoich patronów, św. św. Janów  u Domenica Tintoretta.
       Na uwagę zasługuje fakt, że wykształcony humanista Zamoyjski miał bardzo określoną wizję dzieł i podał wręcz szczegółowe dyspozycje co do sposobu przedstawienia postaci a nawet kolorystyki. Obie postaci zostały przedstawione w całości na tle pejzażu. Św. Jan Chrzciciel jest młodszym mężczyzną o ciemnym zaroście, a św. Jan Ewangelista jako starszy z już posiwiałą długą brodą i łysiną z przodu, podpierający o ciało rozłożoną wielką księgę. Atrybutami Jana Chrzciciela są kostur zwieńczony krzyżem z napisem na wstędze ECCE AGNUS DEI oraz baranek u jego stóp. Zgodnie z ewangelicznym przekazem ubrany jest w skórę nałożoną na tunikę. Z kolei postać Jana Ewangelisty, poza księgą, czyli Apokalipsą, dopełniają orzeł i złoty kielich, z którego czary wysuwa się wąż. Obaj Janowie mają twarze zwrócone ku górze, Ewangelista nieco bardziej w lewo (nasze prawo). Nad głowami widnieje świetlisty obłok, a w dalszym tle niebo, niżej skalisty pejzaż, przy czym za Janem Chrzcicielem jest więcej szczegółów, gdyż można tam odnaleźć rzekę, pagórki i dwie budowle: jedną w ruinie i drugą piękną świątynię z błyszczącą kopułą. Pejzaż za Janem Ewangelistą utrzymany jest w nieco ciemniejszej tonacji, a daleko, daleko są podobno wyobrażone górskie szczyty przykryte śniegiem, co jednak trudno zobaczyć. W każdym razie wszystkie szczegóły dość łatwo zinterpretować w kontekście roli jaką odegrali obaj święci w historii Zbawienia.

        Co jest charakterystyczne dla twórczości Domenica Tintoretta w ogóle? Na przykład postawa świętych w kontrapoście - z wysuniętą jedną nogą do przodu, gdy tułów skręcony jest w stronę przeciwną. U Jana Chrzciciela wyraźnie widoczną, ponieważ nogi ma odkryte. Wyrazista gestykulacja i ułożenie głowy są czytelne i plastycznie wydobyte. Domenico zyskał sławę jako wytrawny portrecista i tutaj także widać, ile emocji wyrażają twarze świętych. Poza tym szczegółowość pejzaży tworzących tło. Gdy patrzymy z prawej strony obu postaci, za fałdami szat Ewangelisty można dostrzec jeziorko, nad którym rośnie drzewo, a za plecami Chrzciciela między łagodnymi pagórkami wije się coraz wyżej rzeka, prawdopodobnie w nawiązaniu do sceny chrztu Jezusa w Jordanie. Zwróćcie uwagę na misterny węzeł zawiązany na szacie Jana Ewangelisty. Wyznacza jakby środek ciężkości całej postaci.
        Docelowo Jan Zamoyski zamówił cztery obrazy, gdyż w centrum ołtarza miał się znaleźć wizerunek św. Tomasza Apostoła z Jezusem Zmartwychwstałym (kolegiata zamojska jest pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła), a w zwieńczeniu wizerunek Boga Ojca. Po przenosinach (w 1782 r.)  ołtarza z kolegiaty zamojskiej (do której zamówiono całkiem nowe wnętrze w stylu  rokokowym, co zresztą nie zostało zrealizowane i ostatecznie powstał ołtarz rokokowo-klasycystyczny) do parafialnego kościoła Przemienienia Pańskiego w Tarnogrodzie obrazy te zaginęły, a zachowały się tylko tylko dwaj Janowie.
      Na mapie powiatu biłgorajskiego można znaleźć także dzieła współczesnych artystów, bo przecież historia sztuki nie kończy się na zabytkach przeszłości. Mam tu na myśli malarstwo religijne Antoniego Michalaka (1902 - 1975), malarza zakorzenionego w Kazimierzu Dolnym. Trwająca obecnie na Zamku Lubelskim wystawa pod tytułem "Dla nieba i ziemi" odświeża ze zbiorowej niepamięci dorobek tego artysty obecnego na co dzień w wielu kościołach Lubelszczyzny, w tym powiatu biłgorajskiego i okolic. Wymienić można chociażby Górecko Kościelne, Tereszpol, a z miejscowości w pobliżu powiatu położonych Gorajec-Starą Wieś. W każdej z nich w parafialnych kościołach znajdują się obrazy Antoniego Michalaka. Najbardziej niezwykły to obraz "Święta Barbara zamykająca oczy umierającemu" w Górecku Kościelnym.  

Niezwykłość ujęcia polega na niespotykanym przedstawieniu świętej jako patronki śmierci. Kompozycja w warstwie dosłownej zawiera liczne elementy znane w ikonografii hagiograficznej, ale kompozycja przypomina znany symboliczny obraz Jacka Malczewskiego "Śmierć".
 Dla porównania:
         

      Tereszpol może się poszczycić jednym z obrazów z serii Pasji malowanych przez Michalaka wielokrotnie i w różnych ujęciach. Tutaj mamy do czynienia z obrazem łączącym tradycyjny temat Ukrzyżowania z ikonografią chusty św. Weroniki trzymającej pod krzyżem czystą, białą szatę bez odbicia twarzy Chrystusa. Wymowa tej sceny nacechowana symboliką przemawia do wyobraźni i emocji.

       We wspomnianym wyżej Gorajcu-Starej Wsi dzieło "Tron  Łaski" również łączy elementy w jeden spójny teologicznie przekaz. Centralna kompozycja postaci Trójcy Świętej uzupełnia postać anioła zbierającego do kielicha krew Chrystusa. Wszystkie postacie zawieszone zostały niejako w powietrzu, w przestrzeni bezkresnego nieba, ponad swojskim pejzażem z domami, polami i ludźmi zajętymi codzienną zwykłą pracą. Tajemnica Odkupienia odbywa się nad procesem ludzkiej pracy i krzątaniny o dobrobyt. W tle pejzażu rozpoznać można znajome elementy architektury Kazimierza Dolnego, gdzie malarz spędził większość swojego życia. Dlatego też i w samym Kazimierzu nie mogło zabraknąć jego dzieł. Jednym z nich jest "Chrystus Król" z kościoła św. Anny, łączący w sobie ideę Chrystusa Króla w cierniowej koronie z symboliką Serca Jezusa. Ciekawym rozwiązaniem jest podwójna korona Chrystusa, gdyż najpierw jest znana z Golgoty korona cierniowa, a dopiero ponad nią ręce nakładające koronę drugą, królewską.


     Już ten pobieżny przegląd pokazuje, że warto uważnie poznawać nie tylko dalekie i renomowane galerie i stolice sztuki. Czasami w najbliżej okolicy znajdziemy skarby warte uwagi. Jest jeszcze wiele nieodkrytych, a może tylko nam nieznanych wartościowych zabytków, dzieł sztuki, śladów dawnej i nowszej kultury, które warto poznać, żeby stare przysłowie "cudze chwalicie, swego nie znacie" nie tylko się nie sprawdziło, ale i nie zostało przez nas samych przekute na "daleko jeździcie, a blisko nie widzieliście". 

26 lut 2018

Średniowieczny Sandomierz

        Średniowieczny Sandomierz jest bohaterem drugiej powieści Ewy Bajkowskiej "Pamięć murów".  Główny trzon narracji stanowią pamiątki architektoniczne i artystyczne oraz postacie żyjące w XII i XIII wieku, mimo to autorka częstokroć wykracza poza te ramy dopełniając czy to losy poszczególnych bohaterów, czy też dramatyczne wątki świadczące o płynnej zmienności czasu i nakładaniu się epok. Bowiem, jak czytamy w rozdziale "Magia czasu", wchodząc wprost z chodnika w mrok murów pamiętających czasy sprzed ośmiu wieków, od współczesności "dzieli nas przecież jedynie krok". 
       W książce Ewy Bajkowskiej odzywa dawny, romański i gotycki Sandomierz, budowany żmudną pracą pokoleń i wstrząsany dramatycznymi wydarzeniami historii, których świadectwa zostały zapisane w kościelnych i zamkowych murach, dziełach sztuki, zapiskach kronikarzy i dźwięku dzwonów. Ideały średniowiecznego uniwersalizmu znajdują potwierdzenie w działalności władców, rycerzy, wykształconych przedstawicieli duchowieństwa i świętych. Należą do nich także niezwykłe kobiety, którym autorka poświęca odrębny najdłuższy prawie rozdział. Obraz epoki i miasta zachowuje dzięki temu równowagę, gdyż nie tylko mężczyźni tworzyli historię i należy zachować równowagę w obiektywnym spojrzeniu na udział kobiet: księżnych, królowych i świętych. 
        Podobnie jak w książce "Chodząc ulicami miasta", o której pisałam wcześniej, także i tutaj wyraźny jest ton osobistej refleksji historiozoficznej. Ewa Bajkowska odczytuje ducha przeszłości ze śladów, które przetrwały do dzisiaj. Łatwo jest podążać za tokiem narracji, w której pojawiają się nazwy ulic, budowli, opisy zaułków, gdzie rozgrywały się wydarzenia lub pozostały materialne dowody wielosetletniego trwania, jak Dom Długosza czy kościół św. Jakuba górujący nad miastem od ośmiuset lat. Tam, gdzie brak jednoznacznych dowodów autorka uzupełnia obraz mocą wyobraźni wspomaganej przekazami historycznymi z innych podobnych miejsc i czasów.
        Na tle dramatycznych historycznych wydarzeń podążamy śladami osób, które odcisnęły piętno na rozwoju miasta, jego materialnym kształcie w postaci budowli, fundowanych kościołów i ich wyposażenia, zamku zmieniającego kształty, powstających gwarnych podgrodzi. Wybitnym postaciom wywodzącym się z Sandomierza lub w nim urzędującym autorka poświęca osobne rozdziały bądź obszerne ich fragmenty. Na czoło wysuwa się pierwszy dzielnicowy władca Henryk Sandomierski, któremu już wcześniej Ewa Bajkowska poświęciła całą książkę "Dramat samotnego jeźdźca", Sandomierz 2010. W "Pamięci murów" staje on w szeregu innych bohaterów związanych z najstarszym okresem historii miasta: św. Jackiem Odrowążem, Kazimierzem Sprawiedliwym, Leszkiem Białym, Wincentym Kadłubkiem, Janem Długoszem wreszcie i wielu innych. Sandomierz w tej perspektywie działalności osób wyjątkowych pokazuje wole trwania i odnawiania się nawet po najcięższych doświadczeniach, jakim były najazdy Tatarów, pożary i dziejowe kataklizmy. Miasto odradzało się jak feniks z popiołów znacząc ziemię krwią męczenników, jak po słynnej rzezi mieszkańców i 49 sandomierskich dominikanów w lutym 1260 roku. Pamięć o tym wydarzeniu trwa do dzisiaj a uwieczniają je obrazy i polichromie w sandomierskim kościele św. Jakuba Apostoła oraz obrazy Karola de Prevo w bazylice katedralnej.
         Opowieść o dziejach miasta jest jednocześnie opowieścią o pamięci utrwalonej w różnych formach kultury materialnej: architekturze, malarstwie, dokumentach pisanych, kronikach i literaturze pięknej. Autorka łączy narrację o miejscach, osobach i świadectwach ich działalności z refleksją egzystencjalną o życiu, trwaniu, ludzkiej naturze, konieczności wyboru w obliczu historii. Chwilami ujawnia się osobista nuta historyka, jakim z wykształcenia jest Ewa Bajkowska, pochylającego się z zadumą nad meandrami ludzkiej duszy i niezmiennością natury. Rys osobisty pozwala czytelnikowi poczuć się mieszkańcem Sandomierza, znajdując w nim archetyp własnej ojczyzny dziejowej i genealogii miejsca rodzinnego. Mimo bogatego tła historycznego książka nie przeraża nadmiarem faktów i dat, a autorka mając niejako na uwadze czytelnika mniej rozeznanego choćby w koligacjach Piastowiczów, częstokroć przypomina kto jest kim, nawiązując do informacji już wcześniej podanych. To znacznie ułatwia lekturę, pozwalając bez wysiłku śledzić tok wydarzeń.
        "Pamięć murów" jest nie tylko opisem średniowiecznego Sandomierza. Jest opowieścią o trwaniu w historii, legendzie i pamięci. Jest portretem ludzi tworzących społeczność, wdrażających wielkie idee w zasiedlaną przestrzeń. To obraz epoki rysowany za pomocą prezentacji postaci dla tej ziemi ważnych, których ślady do dziś dają się odnaleźć w materialnym trwaniu miasta lub odczuć w aurze sandomierskich wzgórz. Ewa Bajkowska potrafi je odczytywać, a w dźwięku dzwonów usłyszeć ten sam głos, który od najdawniejszych czasów głosi znikomość ludzkiego życia i echo przeszłości.

Ewa Bajkowska: Pamięć murów. Szkice z historii Sandomierza XII i XIII wieku. Sandomierz 2015.

Książka dostępna na stronie wydawnictwa: 
        http://wds.pl/wds-sandomierz-pamiec-murow,c2,p509,pl.html

21 lut 2018

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego :-)

Szeleszcząca jesienią pod stopami jak liście,
W wieczornym poszumie drzew zawieszona,
Nad łąkami w gasnącym słońcu ogniście
Skąpana, pełna blasku piastowska korona.

W mazurkach Chopina i wieszczych wierszach
Znajdziesz ją zawsze wierzbowo rozwianą,
W jęku dzwonów i siekących deszczach,
W cichym płaczu strumienia i mgle nad polaną.

- Jak trzeszczące szkło między zębami -
Mówią obcy o naszego języka dźwiękach,
Raz toczą się samogłoski wielkimi kołami,

To znowu echo ogromnieje w brzękach.
Gdziekolwiek jesteś, rozpoznasz bezbłędnie
Jej błękitem powietrze przesycone podniebnie:

- Polszczyzna!

5 lut 2018

zimowy las


symetria


między pniami


idę

3 lut 2018

Haiku zimowe i nie tylko

klasyczne

***
lecą pierzaste
na białym trawniku
czernieją wrony


nowoczesne

***
przy stoliku
twoja ręka moja noga
poplątało się

(drugie zdobyło 10 punktów w konkursie Eddiego)

30 sty 2018

Chodząc ulicami Sandomierza

      Sandomierz to jedno z tych miast, których genius loci co rusz objawia się w historii i literaturze. Za sprawą Wincentego Kadłubka, a w czasach współczesnych Jarosława Iwaszkiewicza i Wiesława Myśliwskiego miasto na wzgórzu na nadwiślańskim brzegu wrosło w literacką tradycję roztaczając niezaprzeczalny urok swojskości. Współczesny odbiorca kultury popularnej zapewne prędzej skojarzy je z filmowym "Ojcem Mateuszem" niż wybitną literaturą, ale są ludzie, którzy nadal umieją utrwalać słowem obrazy sandomierskich uliczek i schodów. Należy do nich Ewa Bajkowska, której książka "Chodząc ulicami miasta" jest pełnym nostalgii wspomnieniem sandomierskiego "kraju lat dziecinnych". 
       Za punkt wyjścia autorka obrała czasy dzieciństwa i wczesnej młodości spędzone w Sandomierzu, gdzie się urodziła. Bogactwo zmysłowych wrażeń utrwalonych dzięki dziecięcej wrażliwości wzbogacają refleksje melancholijnego pochylenia się nad światem minionym, którego już nie ma, ponieważ stopniowo został wyrugowany pod naciskiem cywilizacyjnych przemian. Mimo to obrazowość języka Ewy Bajkowskiej, jej umiejętność  wywoływania obrazów nasyconych barwami, zapachami i dźwiękami pozwala czytelnikowi zobaczyć nie tylko tamten Sandomierz lat 50. i 60. XX wieku, ale i odnaleźć własne przeżycia tamtego czasu. Z jednej strony książka jest bowiem bardzo osobistym obrazem przeszłości, ale z drugiej też uniwersalnym pożegnaniem świata polskiej prowincji małych miasteczek lat powojennych. I każdy, kto wyrósł w podobnym środowisku znajdzie w tej książce zapis także własnej przeszłości. 
       W pisarstwie Ewy Bajkowskiej zachwyca mnie umiejętność łączenia osobistego odbioru rzeczywistości z uogólniającą refleksją, czasem nawet mającą walor diagnozy przemian, którym podlegają społeczeństwa. Przykładem może być syntetyczne ujęcie przemian języka: "Młodzi tworzą nowomowę, środowiskowe slangi, chcąc się odróżnić i zaistnieć. Ale ta pozornie nieszablonowa językowa oryginalność szybko staje się rutyną. Nowomowy błyskawicznie kostnieją i zostają wyrzucone na językowe wysypisko. I wciąż zachwyca tradycyjna polszczyzna, która przetrwała nie tylko w dziełach klasyków, ale także w potocznym języku naszych przodków, zawarta w różnorodnych przekazach: pamiętnikach, listach, piosenkach, a nawet kulinarnych przepisach". 
      Bogactwo wspomnień Ewy Bajkowskiej wyróżnia niesamowity dar dostrzegania zmian w szczegółach: od zmian w budowaniu płotków wokół ogródków wzdłuż uliczek miasta, przez różne sposoby reperowania i odnawiania ubrań w siermiężnych czasach braku wszystkiego, po gwar jarmarcznych i odpustowych straganów stopniowo zastępowanych przez supermarkety. Wraz z autorką spacerujemy ulicami, schodzimy kozimi schodkami, podziwiamy esowate zakola Wisły, zaglądamy do ciemnych i groźnych w dziecięcej wyobraźni piwnic i słuchamy jak wujek Stach śpiewa pieśni Moniuszki. Wspomnienia rodzinnego domu sięgają czasów powstania styczniowego, prababci i pradziadka autorki, ich dzieci, wnuków, kolejnych pokoleń, których obecności wciąż można doświadczyć w mieszkaniu Ewy Bajkowskiej wypełnionym rodzinnymi pamiątkami. Kiedy czytam w książce o zdolnościach malarskich dziadka, widzę na ścianie w pokoju jego wnuczki oprawiony w drewnianą ramę przepiękny obraz chryzantem. Po przeciwnej stronie stoi maszyna do szycia prababci, a w drugim pokoju na ścianie wisi rodowy zegar. To tylko niektóre pamiątki, w których zaklęta jest przeszłość. 
       Pamięć ludzka jest niezgłębionym rezerwuarem obrazów, słów, melodii i emocji. Umieć z nich poskładać pełną smaków opowieść o życiu nie każdy potrafi. Ewie Bajkowskiej udała się ta sztuka bezbłędnie, bez jednego fałszu, ujęta w klamrę literackiej tradycji opisów Sandomierza w twórczości Myśliwskiego i Iwaszkiewicza, których autorka przywołuje jako tych pisarzy, dla których Sandomierz był czymś więcej niż dworcem na mapie podróży. Mimo świadomości, że świat opisany w książce już nie istnieje, ma się wrażenie, że będzie trwać wiecznie, a przynajmniej dopóty, dopóki znajdzie się choć jeden "szczęśliwy ten, który w latach dojrzałych nie podda się znużeniu, podejmie chwilę, zbliży ja do oczu, pojmie jej przemijającą wartość".

Ewa Bajkowska: Chodząc ulicami miasta. Sandomierz 2011

28 sty 2018

Nanga Parbat



wysokość marzeń
oddech zamiera
w białą ciszę

16 sty 2018

Poetycki album Hanny Fogel

        Mam oto przed sobą debiutancki tomik Hanny Fogel, poetki, artystki wszechstronnej, z równą łatwością operującej słowem i obrazem. Obrazem w formie kolaży, słowem poetyckim i słowem żywym na scenie, gdy bierze udział w swoistym misterium "teatru rapsodycznego" jako recytatorka.  Autorka z wielkim zaufaniem zwróciła się do mnie z prośbą o napisanie słowa wstępnego do tomiku, co uczyniłam z przyjemnością oraz obawą, czy próba opisu nie spłaszczy zapętlonego dramatu człowieczego losu, będącego jak się wydaje głównym tematem tych wierszy. Tytułem porządkującego przeglądu należy wspomnieć, że tomik składa się z trzech części: "Moje Betlejem", "Między zdarzeniami",  "Z oddalenia".  Wiersze każdej z nich kierują uwagę czytelnika w stronę określonego kręgu wartości, tematów i życiowych doświadczeń. 
       Czym jest i gdzie się znajduje Betlejem współczesnego człowieka? Żydowskie miasteczko, które stało się świadkiem narodzenia Boga, miejsce sacrum przeniesione w przestrzeń polskiego pejzażu i polskiej historii, zatraca swą materialną, topograficzną konkretność, zyskując w zamian głębokie warstwy sensu czy raczej sensów odczytywanych w kontakcie człowieka z naturą i własnym rodowodem.  Dominujące w tym zbiorze elementy przyrody, jak szum wiatru, rechot żab, dąb i leszczyna, śpiewające ptaki – tworzą wielogłosową pieśń natury. Jak łatwo byłoby zasłuchać się tylko powierzchownie, traktując obrazy i dźwięki jako jeszcze jeden ekologiczny głos sumienia, które „pieczętuje/ prawo drzew/ do korony”. Tymczasem ani dąb nie po to stoi, żeby dawać cień,  ani źródło nie służy tylko do nabrania wody. Istnienie każdego elementu, każdego okruchu opisywanego świata ma głęboki metafizyczny wręcz sens, ustanawiany za każdym razem przez określoną relację, jaką wobec niego zajmuje podmiot i bohater wierszy. (...) W koncepcji Levinasa tak pojmowana relacja między bytem poznającym a Nieskończonością, bytem transcendentnym, jest z założenia relacją etyczną „i spełnia właściwą intencję dążenia do prawdy”. Kiedy Hanna Fogel w utworze otwierającym cykl „Moje Betlejem” deklaruje: „na miliony sposobów/ wyśpiewam ci Ziemio? (…) księgę prawd”, brzmi to jak poetyckie przetworzenie filozoficznej myśli  Levinasa: „Prawda pojawia się tam, gdzie byt oddzielony od innego bytu nie pogrąża się w nim ale do niego mówi. (…) Prawda i mowa to kategorii idei Nieskończoności, czyli metafizyki”.
       Czym więc jest ostatecznie Betlejem Hanny Fogel? Gdzie się znajduje? Może to „obrazy lepszego świata”, a może „progi/ gdzie wskazówki/ mają swój początek”. Betlejem, czyli początek historii Boga w cielesnej i materialnej historii człowieka; Boskie sacrum w ludzkim profanum; metafizyczna Nieskończoność zamknięta w krótkiej chwili czasu; ludzkie życie gdzieś między przeszłością a przyszłością, „głęboko ziemia/ wysoko niebo”. (...)
           W części zatytułowanej „Między zdarzeniami” Hanna Fogel w stopniu jeszcze wyraźniejszym analizuje temat czasu, przemijania, podejmując próby zatrzymania chwil, momentów wyznaczających etapy ludzkiego życia: dzieciństwa, młodości, dojrzewania, dorastania, doświadczania życia. W krótkich chwilach pozornego zatrzymania czasu doznajemy niepokoju własnej tożsamości, zanurzamy się w „zakolach pamięci”, „prześcieradło/ zwija się/ z bólu”. Paradoksy, sentencje, krótkie myśli zamknięte niejednokrotnie w jednym zdaniu, wydobywając z jednej strony wielość doznań i doświadczeń, z drugiej potęgują wrażenie ulotności i przemijania. „W słonej kropelce/ miłość może ulec korozji” pisze Autorka, albo w innym miejscu: „kochając ślepo/ można potknąć się/ o piekło”, co w sumie przywołuje gorzkie prawdy o ludzkiej naturze.
       Idąc za sugestią Michela Foucaulta, otwierając zwłaszcza trzecią część tomiku, „należy podać w wątpliwość owe gotowe syntezy, owe układy przyjmowane zazwyczaj bezkrytycznie, owe związki, których zasadność uznaje się z góry”. Nic tu nie jest oczywiste ani łatwe, „w słonecznym poranku/ wątki etyczne poplątane” Z oddalenia powracają postacie i ich historie, czasami zapomniane i teraz, w poetyckim słowie po Norwidowsku „odpomniane”, jak historie Józefa, Marii, Franka, Stefanii i nawet Kozaka z leśnej mogiły, „bo nie umiera ten/ o którym/ żywa jest pamięć”. Przetrwa w mogile, w krzyżu, w kamieniu, a nawet w dźwięku echa, w śladzie znaku – tak niewiele trzeba „i bezradna jest niepamięć”. (...)
       Jeśli rację ma Heidegger, że najwięcej o „byciu” można się dowiedzieć z poezji, to twórczość Hanny Fogel jest tego najlepszym przykładem. Ze słów utkanych jak gobelin oddechów wyłaniają się niezmienne wątpliwości: czy pustką jest człowiek bez uczuć? Czy można przeskoczyć granice wytrzymałości? Jak załatać żywe ciało rozdarte wierszem? Czy człowiek skazany na świat/życie/cierpienie doczeka się ułaskawienia? Lektura tych wierszy nie daje łatwych odpowiedzi. Przeciwnie, czytelnik co rusz zachłystuje się niemożliwym do wykrzyczenia buntem, niezgodą na piekło, o które „kochając ślepo/ łatwo się potknąć”. Bywa, że „nieznany wiatr” tarmosi nami i zmusza do przywdziewania masek, dlatego jeśli w zbiorze tym odkryć byśmy chcieli, kim jest bohaterka wierszy Hanny Fogel; kim jest ta, która ze „słów wyplutych jak widma na pustyni ulepić chce z pyłu zupełnie nowe”,  pogodzić musimy się z jej własnym autoportretem:

ja to nie ja
nie ja to na pewno ja
z kim rozmawiam
kiedy mówię do siebie
sprzeczności pełna
                         (Fizyczna całość)

Na osobną uwagę zasługują kolaże dopełniające przestrzeń między wierszami. Jest ich prawie tyle samo, co wierszy i stanowią niejako równoległą do warstwy słownej opowieść o człowieku w świecie współczesnym. Przyciągają uwagę bogata kolorystyką, nieoczekiwanymi skojarzeniami i wielowarstwowymi znaczeniami. Jestem pewna, że każdy może w nich znaleźć pytania o swoją kondycję czy marzenia a także swoje wątpliwości. Jest w nich też pewna doza humoru widoczna w portretowaniu ludzkich ułomności, a może to tylko lekkie przymrużenie oka, abyśmy nie traktowali siebie tak całkiem śmiertelnie poważnie. 


Obfitość


Spięci


Wplątani


Żeńskie osobliwości

Hanna Dorota Fogel: Wysoko niebo, głęboko ziemia. Wydawnictwo EKO-DOM. Grajewo 2017.

Książka dostępna w internecie: