26 kwi 2011
24 kwi 2011
20 kwi 2011
22 mar 2011
Baletowa antygrawitacja
Czy można tańczyć Bacha? Otóż można i nie jest to wcale pomysł taki nowy. W 1941 roku George Balanchine (prawdziwe nazwisko Gieorgij Mielitonowicz Bałancziwadze) z zespołem American Ballet zaprezentował w Nowym Jorku Concerto Barocco do Koncertu d-moll na dwoje skrzypiec Johanna Sebastiana Bacha. W roku 2000 Krzysztof Pastor (obecny dyrektor Polskiego Baletu Narodowego) w Amsterdamie przygotował choreografię do Arii z Wariacji Goldbergowskich oraz III Suity orkiestrowej D-dur jako jednoaktowy balet pod tytułem In Light and Shadow. Sześć lat później w Rotterdamie z kolei można było zobaczyć The Green, balet w choreografii Eda Wubbe do pieśni Herr, Unser Herrscher... z Pasji według św. Jana. I ubiegłoroczna prapremiera Polskiego Baletu Narodowego, Pocałunki do I Koncertu klawesynowego d-moll w choreografii Emila Wesołowskiego.
Te cztery części złożyły się na wieczór baletowy Tańczmy Bacha zaprezentowany 11 marca 2011 roku w Operze Narodowej w Warszawie. Chociaż wszystkie części wykonywane do muzyki Bacha, każda w innym charakterze, w innym tempie, scenografii i kostiumach.
Pocałunki w lirycznym, delikatnym rysunku, przepełnione poezją tańca i miękką płynnością ruchów. Muzyka jak morze, w którym tancerze płyną, unosząc się na fali.
Concerto Barocco to balet klasyczny, emanacja czystego tańca, w którym ważną rolę odgrywają zjawiskowe tancerki w kolejnych momentach budujące wizualnie piękne i czyste obrazy.
Zupełnym przeciwieństwem jest z kolei The Green, w którym dynamicznie, bardzo ekspresyjnie na zielonej przestrzeni tańczy siedmiu solistów. To taniec momentami jak pierwotny proces wyzwalania się z ograniczeń natury. Tancerze niemal wzlatują ponad scenę, naśladując ramionami ruch ptasich skrzydeł (jak na zdjęciu powyżej). Po raz pierwszy tak naocznie, namacalnie niemal odebrałam balet jako próbę - i to udaną - przełamywania ciężaru grawitacji. I do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, jak to możliwe.
In Light and Shadow (W światłocieniu) Krzysztofa Pastora natomiast zachwycało urokliwym blaskiem strojów, przy czym niezwykłe zastosowanie spódnic (unowocześnionych nieco w kroju) także przez mężczyzn wywoływało efekt zabawnej unifikacji postaci.
Warszawskie Tańczmy Bacha to zbiór pewnych historii oraz chwil czystego zafascynowania tańcem i muzyką. Różnorodność prezentowanych układów pozwala na wieloraki odbiór. Można się skupić na stronie wizualnej, która w zmienności scenograficznej stale mobilizowała uwagę. Można też śledzić i porównywać efekty zmagania się czterech choreografów z niezrównaną materią muzyczną Bachowskich kompozycji, zaspokajając zarówno oczekiwania miłośników baletu klasycznego (Concerto Barocco), jak i bardzo nowoczesnego (The Green). Swoistym dopełnieniem zaś był Modestas Pitrénas, litewski dyrygent jak tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców, wdzięcznie i z barokową fantazją kłaniający się oklaskującej publiczności.
17 mar 2011
7 mar 2011
6 mar 2011
Misterium muzyki
Pianista, który będąc murowanym faworytem, wycofuje się z konkursu. Po prostu przerywa występ i wychodzi. U szczytu sławy mówi, że najchętniej w ogóle przestałby grać. Co w zamian? "Kontemplować egzystencję" - odpowiada. Innych wykonawców, pianistów w ogóle nie słucha. A więc i nie porównuje się z nikim. Uważany za jednego z najlepszych współczesnych wirtuozów fortepianu, genialny interpretator muzyki Bacha, Beethovena, a także Schumanna, wydanego na ostatniej płycie. Z okazji Roku Chopinowskiego nie zamierzał wcale grać więcej Chopina niż zwykle. Tak samo jak w Roku Mozarta wcale nie preferował geniusza z Salzburga. Żeby grać, potrzebuje impulsu wewnętrznego, a nie oficjalnie ogłoszonej rocznicy.
Gra całym sobą, muzyka wypływa z przeżycia, z umysłu, a dłonie są tylko widzialnym końcowym efektem interpretacji. Kiedy gra - nie potrzebuje słuchaczy. Jeśli uda nam się zobaczyć to, co zwykliśmy nazywać koncertem, czujemy się jak profani podczas tajemniczego misterium. Znaleźliśmy się tu przypadkiem, dzięki cudownemu zrządzeniu losu i możemy tylko słuchać. I nie oddychać, żeby nie spłoszyć dźwięków.
23 lut 2011
17 lut 2011
10 lut 2011
Kosmiczny antyk - "Trojanie" w Operze Narodowej
Trojanie
Zdjęcia ze spektaklu
Zdjęcia ze spektaklu
Trzy spektakle "Trojan" Hektora Berlioza w ciągu zaledwie tygodnia to niezbyt duży wybór dla kogoś, kto aby pójść do opery, musi przedsiębrać co najmniej dwudniową wyprawę, ale udało mi się załapać na realizację ostatnią 16 stycznia. Szumnie zapowiadana warszawska premiera, będąca scenograficznym i reżyserskim odtworzeniem spektaklu z Teatru Maryjskiego w Sankt Petersburgu, oprawę miała futurystyczno-fantastyczną. Trojanie zostają pokonani przez rozprzestrzeniający się wirus komputerowy, garstka ocalonych zaś pod wodzą Eneasza wyrusza zdobywać nowe światy w kosmosie. Trafiają do królestwa rządzonego przez Dydonę, której sala audiencyjna przypomina wnętrze kosmicznego statku. Eneasza, który zdaje się zapominać o wyznaczonym mu przez bogów celu wędrówki, do podjęcia jej na nowo zachęca Merkury pojawiający się w czymś, co przypomina rosyjski Sputnik, a Hylas swoją pieśń żeglarza wykonuje w kombinezonie astronauty zawieszony wysoko nad sceną.
Trzeba znaleźć sposób, aby mimo to nie popaść w niejakie rozdwojenie percepcji, gdyż libretto oparte na czterech pierwszych pieśniach "Eneidy" Wergiliusza nadal osadzone jest w realiach antycznego świata. Eneasz wspiera przecież Dydonę w jej walce z "afrykańskimi hordami", a Merkury przypomina mu o dalszej podróży do Italii. Odnosi się wrażenie, że niektóre śmiałe pomysły Carlusa Padrissy (reżysera) są jednak mało spójne nawet przy uwzględnieniu daleko idącej nowoczesności realizacji. Kiedy Iopas, mający pieśnią zabawiać smutną Dydonę, zrzuca płaszcz, ukazując się publiczności jako Elvis Presley, nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem. I nie ja jedna. A całą piękną arię diabli wzięli, bo zanim się mogłam na nowo skupić na odbiorze muzycznym, byłam w wizualnym szoku.
Clou scenografii był koń trojański zbudowany ze świecącej blachy obwieszonej włączonymi laptopami. Owe laptopy zresztą były stałym elementem kostiumów, zwłaszcza w scenach zbiorowych. Co miały znaczyć, nie wiem. Tylko w scenie na dworze Dydony dałoby się znaleźć sensowne wytłumaczenie ich zastosowania, ponieważ księżniczka Anna mówiąc: Czy nie widzisz, Narbalu, że ona go kocha, tego dumnego wojownika, który moja siostrę darzy równie silną miłością?, patrzy w monitor, co może sugerować, że ich poczynania są wszędzie monitorowane, chociażby ze względów bezpieczeństwa. Z drugiej strony mogłaby to być aluzja do powszechnego już przecież i w dzisiejszych czasach braku anonimowości w sieci.
Ostatecznego olśnienia (co do sensowności użycia laptopów) doznałam w scenie śmierci Dydony. Wiadomo, że bohaterka ginie śmiercią samobójczą płonąc na stosie. Pytanie, jak pokazać to na scenie? Ano, skoro stos został dokładnie obwieszony laptopami, na monitorach pokazał się malowniczy płonący ogień.
"Trojanie" opowiadają mocną, tragiczną historię o życiu i śmierci, o heroicznej walce i desperackim poszukiwaniu swojego miejsca, o miłości i zdradzie, o nadziei i świadomości zbliżającego się końca. Dwie wielkie postacie tragiczne tej opery to Kasandra i Dydona, których partie wokalne zawierają wiele popisowych arii, nasyconych ogromnymi emocjami. Sylvie Brunet w roli Kasandry i Anna Lubańska jako Dydona w pełni zasłużyły na podziw za siłę wzruszeń, jakich dostarczyły swoim wykonaniem. Słuchając ich można było starać się nie dostrzegać na scenie obecności panów w czarnych maskujących kostiumach, którzy w tym czasie zmieniali dekorację. Trzeba przyznać, że muzyka Berlioza mimo wszystko obroniła się i prawie pięć godzin z nią spędzonych minęło niemal niezauważalnie.
Wybrałam się na "Trojan" ze względu na muzykę Berlioza i historię opowiedzianą przez Wergiliusza. Oni dwaj mnie nie zawiedli. Również popisowy taniec solistów baletu: Dominiki Krysztoforskiej, Anny Lipczyk, Adama Kozala i Wojciecha Ślęzaka był zachwycający. Ale moja słabość do baletu to osobna historia :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
