12 sie 2026

Jej noce coraz krótsze - cz. 1

           Chodzi. Chodzi po ścianach. Chodzi przez całe noce. Nogi chodzą, ona stara się na łóżku zasnąć. Trudne do wykonania. Albo się chodzi, albo śpi. Jak chodzić i spać jednocześnie? Częściej chodzi, więc nie śpi całą noc. Aż do rana. Wtedy nogi na chwilę się uspokajają i może zasnąć. Ale co to za spanie, gdy lipcowe słońce praży nawet przez żaluzje. Wtedy wstaje i chodzi już normalnie - po podłodze, nogami na dół.

            Chodzenie po ścianach odbywa się inaczej. Leży się tułowiem i głową na łóżku, nogi oparte o ścianę. Zaczyna się gimnastyka. Najpierw nogi na boki, w rozkroku jak przy pajacyku. Na zewnątrz i do wewnątrz. Na zewnątrz i do wewnątrz. Cały czas stopami po ścianie. Potem obie razem złączone i raz w lewo, raz w prawo. Następnie może być szuranie w dół i w górę na zmianę: raz lewa, raz prawa. W dół lewa i wyprost, w dół prawa i wyprost. Stopami po ścianie. Nie za długo, boli lewe kolano. Wtedy próbuje innego układu: stopy oparte o ścianę, kolana zgięte i kolebie nimi w lewo i w prawo, w lewo i w prawo. Tu już idzie lepiej, ale też nie za długo, bo odzywa się biodro. Co jemu jest - nie wiadomo, ale boli. Najlepiej, gdy nogi są wyprostowane, ale jakie figury są jeszcze możliwe? Kółeczka. A więc na zmianę kółeczko prawą nogą, kółeczko lewą nogą. Najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Tym razem to nie jest raczej chodzenie po ścianach. Ale jednak w ramach tej samej podróży. Podróży przez noc.

            Najgorzej koło pierwszej. Głowa zamierza spać, mózg się wyłącza, oczy zamykają, oddech uspokaja, a nogi ciągle chodzą. Chodzą, kręcą kółeczka, kolebią się, szurają po ścianie. Czasami idzie na ustępstwo i wstaje pochodzić normalnie, po podłodze. Okrąża fotel, idzie przez dwa pokoje: od ściany jednego do ściany drugiego i z powrotem. I tak przez jakiś czas. Mózg na chwilę łapie równowagę, pilnuje kierunku, odległości. Powieki opadają, ale nie całkiem i jeszcze w półmroku dostrzega kontury mebli, żeby omijać. Z czasem krótkie odcinki pokonuje po omacku: z łóżka do łazienki, od stołu do fotela. Po kolejnych nocach trasa z łóżka w jednym pokoju do kuchni opanowana perfekcyjnie. Może iść z zamkniętymi oczami i w ciemności nocy. Nie zahacza o żaden mebel ani ścianę. Tam i z powrotem. Sukces. Chwilowy.        

          Zmęczenie kolejnych nieprzespanych nocy kumuluje się i mózg przestaje działać, a właściwe jego orientacja przestrzenna. Kilka razy przytomnieje w nieoczekiwanym miejscu. Raz uderzyła w ścianę obok drzwi łazienki. Innym razem wlazła w kredens. Głową uderzyła o kant, nabijając sobie guza. To było w lipcu. Cały lipiec na nogach. Wszystkie noce. W dzień próbowała odsypiać. Bez powodzenia. Koło szóstej nad ranem była już całkowicie trzeźwa, mimo nocnych wędrówek. Zdarzały się chwile zamroczenia, gdy leciała w bety, nie mogąc powstrzymać opadających powiek - ale zaledwie na kwadrans, pół godziny. Co to jest pół godziny snu zamiast nieprzespanych przez cały miesiąc nocy?

Powinna mierzyć odległość. Może doszła do czegoś ważnego, do jakiegoś celu w przestrzeni. Do Kopca Kościuszki ani na Wysoki Zamek raczej jeszcze nie, ale kto wie, może chociaż do najbliższego miasteczka. Tymczasem nie wie, dokąd droga prowadzi. Dotąd nie ustaliła celu, a chodzenie odbywa się regularnie co noc. Piechurem była zawsze dobrym. Od dzieciństwa lubiła chodzić. Pierwszą daleką wyprawę odbyła z ojcem, gdy miała niecałe cztery lata. Wybierał się do lasu na łąkę, a ona uparła się iść razem z nim. Jej mama mówiła: Nie bierz jej, nie dojdzie. Będziesz musiał ją nieść. Nie miała racji. Nie doceniła uporu czteroletnich nóżek. Przeszła tam i z powrotem na własnych nogach. Patrzyła na drzewa. Pamięta kapliczkę z Matką Boską na sośnie. Pamięta łąkę z wysokimi trawami, przez które nie mogła nic zobaczyć. W drodze powrotnej szła za tatą, który niósł worek. Powiedział: Idź za mną i patrz, czy z worka nic nie wypada. I szła zajęta pilnowaniem, żeby nic nie wypadło. Worek wisiał na plecach taty i szła za nim jak za drogowskazem. I tak aż do samego domu. Jej debiut piechura.

Ciąg dalszy wędrówek to już lata szkolne na wsi gdzieś pod Zamościem. Majowe chrabąszcze spadające na ścieżkę, sad z orzechami włoskimi, jabłoniami i białą morwą, której smak owoców do dziś pielęgnuje na języku. Tajemniczy park z pałacem w typie entre cour et jardin, który ostatni jego właściciel hrabia Aleksander Szeptycki przekazał siostrom Misjonarkom Maryi. Siostry prowadziły lekcje religii, na które chodziło się polną ścieżką. Powroty do domu zwykle się przeciągały. Jak tego dnia, gdy jeden z chłopców, w za dużych butach, został wessany przez błoto i nie mógł ruszyć nogami. Małe głowy radziły, jak mu pomóc. Małe ramiona z wyciągniętymi rękami utworzyły łańcuch, na którego początku najsilniejszy z chłopców złapał za dłoń topielca. Łańcuch naprężył się, sapiąc i stękając, milimetr po milimetrze wyciągnął nieszczęśnika z błota. Wyciągnął bez butów. Zostały w błocie. Chłopiec szczęśliwie, choć boso wrócił do domu. Dziś nie potrafi policzyć, ile razy tamtędy przechodziła, ale pamięta dzieci z sierocińca, prowadzonego przez zakonnice. Podczas ładnej pogody stawały przy siatce i patrzyły. Dzieci stawały, nie zakonnice. 

Wszystkie polne drogi prowadzą do lasu. To już inna wieś i inne okolice, ale drogi wychodzone osobiście przez dzieciarnię wciąż tkwią w mapie pamięci. Kilometry spędzone w lesie dzieliły się na dwie pory roku: zimową i resztę. Zimą chodziło się trudniej. Zaspy, zasypane ścieżki. Pola gładkie jak białe prześcieradła. W zimie noc nastaje szybko i często podróż dzienna zamieniała się w nocną. I znowu zapamiętana jedna wyprawa z ojcem. Nocna. Siedzi z nim pod lasem na złamanej sośnie, w świetle księżyca patrzy na własne ślady w śniegu. Nagle jakiś kształt zbliża się, podążając wydeptanym tropem. Krok w krok po śladach. Kształt robi się podłużny, skręca omijając jakąś zaspę. Lis. Bądź cicho – szepnął ojciec. I nagle zaczął się śmiać: To pies, nasz Puszek. Rzeczywiście. Wydostał się przez ogrodzenie i poszedł szukać. Puszek był kundlem o znakomitym węchu. Odszukał swoje domowe stado szczęśliwy, że mu się nie zgubiło.

Później zimowe długie noce skracało się grą w brydża. Ona grała raczej zachowawczo i rzadko ryzykowała, ale jak się udało wylicytować cztery piki, albo szlemika w bez atu, to sen jeszcze długo nie nadchodził. Potem następował rober. Jeden, drugi. Jedna strona wygrała, druga się odgrywała i tak na przemian do samego rana. Brydżowy dziadek robił kanapki i herbatę. Kawę nauczyła się pić dopiero na studiach. Była potrzebna, żeby w nocy czytać książki. Ile było tych nieprzespanych, spędzonych nad książkami? Nie pamięta. Ale pamięta pierwszą. Zaczęła czytać wieczorem, potem jeszcze jeden rozdział, jeszcze jeden, kolejny… i tak, aż do rana, a na ósmą trzeba było iść na uczelnię. Ale doczytała do końca, do ostatniej strony. Był to Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że popełnił samobójstwo. Tego nie da się przerwać w żadnym momencie. Szkatułkowa narracja wciąga do samego końca. Gdyby więc zapragnęła stworzyć swój osobisty ranking - choć nienawidzi rankingów - książek, dla których warto zarwać noc, na pierwszym miejscu byłby Rękopis. Później już z górki. Kolejne noce i kolejne książki. Czytanie Śmierci Wergilego to dwie noce. Siedem tomów Prousta przerwała, żeby nie okazało się to jednak czasem straconym. Na drugim ex aequo Umberto Eco Imię róży i Bułhakowa Mistrz i Małgorzata. Dalej Brocha Śmierć Wergilego. Wszystkie pozostałe miejsca w rankingu to Teodor Parnicki. Począwszy od Sam wyjdę bezbronny... oraz kolejne. Parnicki  w nieskończoność. 

12 komentarzy:

NotSooMinimal pisze...

Pochłonęłam ten fragment w trybie ekspresowym, niesamowicie dobrze się czytało! Czekam na kolejne :)
To, co napisałaś na temat bezsenności, faktycznie często właśnie ma taki schemat. Przez lata "uczymy" organizm lekkiego podejścia do snu. Nie szanujemy swoich własnych chwil na bezcenny odpoczynek, aż nagle z różnych przyczyn nadchodzi przewlekła bezsenność... Da się ten proces do pewnego stopnia odwrócić i wyregulować, ale wymaga to dużo cierpliwości, czasem nawet i leków.

emberiza pisze...

Dziękuję i cieszę się, że to się daje czytać. Zamieszczam trochę na próbę, bo jeszcze coś tam poprawiam, skracam, dopisuję. Sama jestem ciekawa, jak mi się to dalej rozwinie.

Andrzej Włodarczyk pisze...

Ten motyw coraz krótszych nocy ma w sobie coś niepokojącego, szczególnie kiedy człowiek zaczyna zauważać, że czas nieubłaganie robi swoje. Podoba mi się jednak, że nie ma tu przesadnego dramatyzowania — jest raczej takie spokojne przyglądanie się temu, co się dzieje. Jestem ciekaw, w którą stronę autorka poprowadzi tę historię w kolejnej części.

Stokrotka pisze...

Niesamowite! Rewelacyjnie to opisałaś. Moje uznanie.
Znam takie noce. Na szczęście znam też te normalne i piękne.

emberiza pisze...

@Andrzej Włodarczyk, też się zastanawiam ;-) Ciąg dalszy się jeszcze rozwija...

emberiza pisze...

Dziękuję! Jeśli tekst literacki trafia w doświadczenia wielu osób, to znaczy, że ma potencjał. Zobaczymy, co z tego wyniknie dalej.

czerwona filiżanka pisze...

Bardzo poruszający tekst. Pięknie i sugestywnie opisujesz coś, co musi być niewyobrażalnie męczące — tę nocną wędrówkę, kiedy ciało nie pozwala odpocząć, choć głowa już błaga o sen. Został ze mną szczególnie obraz małej dziewczynki idącej za tatą jak za drogowskazem. Dużo siły dla niej. 🤍

137 pisze...

Chciałbym kiedyś mieć takich przyjaciół, żeby do późna palić papierosy i grać w brydża. Ale trzeba uważac, o czym się marzy... Pozdrawiam

emberiza pisze...

@czerwona filiżanka
Wspaniale, że tekst pozostawił w Twojej pamięci tę postać. Umiesz czytać obrazami :-)

emberiza pisze...

Zgadza się, trzeba uważać z marzeniami, potrafią się spełniać ;-)
Dziękuję!

Puszkowa i Puszek pisze...

To niesamowite, jak fizyczna udręka bezsenności i syndromu niespokojnych nóg potrafi otworzyć w głowie „szufladę” ze wspomnieniami. Dla "Mistrza i Małgorzaty" oraz "Imienia róży" sama zarywałam noce.
No i jest i Puszek:-)
Pozdrawiam:-)

emberiza pisze...

Kluczem do drzwi wspomnień może być wszystko, nawet magdalenka:-)
Puszkowe mruczenie także ;-)