11 sie 2017

Wakacyjna stolica języka polskiego

       Od trzech lat wakacyjną stolicą języka polskiego jest Szczebrzeszyn, na początku sierpnia przyciągając pisarzy, poetów, czytelników, redaktorów, dziennikarzy, aktorów, wielbicieli słowa i muzyki. W ciągu tygodnia trwania festiwalu zgromadzenie artystów na metr kwadratowy powierzchni znacznie przewyższa tutaj średnią krajową. Z bogatego programu każdy może wybrać coś dla siebie, aczkolwiek byłoby co najmniej niestosowne pominąć chociażby spotkanie z Urszulą Kozioł, poetką stąd się wywodzącą.
        We wspomnieniowym wprowadzeniu do swojej twórczości poetka nawiązała do tragicznego wojennego dzieciństwa, które upływało pod chmurnym znakiem ucieczki. Jak wspomniała, Biłgorajszczyzna, skąd się wywodzi, naznaczona została w jej biografii traumą z dzieciństwa, czemu dawała świadectwo w twórczości prozatorskiej i poetyckiej. Nie stanęło to na przeszkodzie wielokrotnie wracać już w latach późniejszych, w latach twórczego rozwoju, tutaj odnajdując owe "chude talizmany" tworzące specyficzny poetycki kod rozpoznawalny dla czytelników w kolejnych tomikach.
         Podczas krótkiego, niespełna godzinnego spotkania Urszula Kozioł przeczytała wybrane utwory z różnych tomików, kończąc zabawnym wierszem "Ballada" z tomu"Klangor", o którym pisałam w poprzedniej notce. W "Balladzie", inspirowanej dwoma cytatami z Jana Kochanowskiego, szczególną rolę odgrywają nawracające rymy i rytm wiersza, nawiązujące do renesansowej poetyki miłosno-sielankowej, balladowych nawrotów rytmicznych, coś jakby poetyckiej formy ronda znanego z "Wielkiego testamentu" Villona. Wiersz ten jest wręcz pokazową egzemplifikacją założenia wypowiedzianego przez poetkę, zgodnie z którym utwór poetycki manie tylko treść, ale i brzmienie. Stąd też nawet gdy czyta się go tylko wzrokiem, bezgłośnie, czytelnik powinien go słyszeć, słyszeć uchem wewnętrznym rytm języka. Dopiero połączenie w odbiorze brzmienia z treścią pozwala na całościowe odczytanie utworu poetyckiego. Urszula Kozioł więc czytając swoje wiersze potrafiła przepięknie owe brzmienie wydobyć, zaakcentować, czyniąc z nich prawie śpiewne melorecytacje, jakże zgodne z pierwotnym, klasycznym znaczeniem słowa "liryka".
        Innym aspektem twórczości Urszuli Kozioł jest jej związek z naturą, "ekologiczność"- jak sama powiedziała. Oczywiście nie należy tej ekologiczności rozumieć dosłownie, niemniej w całej twórczości poetki z Wrocławia wyraźna jest wrażliwość na przyrodę, na związek człowieka z przyrodą, przejawiający się chociażby w sensualistycznych obrazach pejzażu. W jednym z komentarzy do swoich utworów Urszula Kozioł wyraźnie odcięła się od awangardowego hasła "Miasto - masa - maszyna", wyrażając przy tym zdumienie, że taki poeta jak Julian Przyboś był zupełnie ślepy na piękno natury okolic, skąd pochodził.
        Dopełnieniem krótkiego spotkania była możliwość indywidualnej rozmowy z poetką czy poproszenie o autograf. Niestety, wybór tomików w festiwalowej księgarni nie był zadowalający. Na szczęście miałam ze sobą własny egzemplarz "Klangoru", który ze wszech miar zasługuje na wielokrotną i uważną lekturę.
        



13 lip 2017

Czekanie na ślepą noc

       Urszula Kozioł, poetka pochodząca spod Biłgoraja (ur. w Rakówce), tomikiem "Klangor" z 2014 r. potwierdza, że należy do najwybitniejszych polskich twórców.  Każda jej nowa książka, od "Rytmu korzeni", przez "Żalnik", "Supliki",  "Przelotem" po "Klangor" zachwyca odkrywaniem nowych sposobów tworzenia w materii poetyckiego słowa. Siegając po nie czytelnik mimowolnie zadaje sobie pytanie co nowego poetka ma do zaproponowania i jakie odkryje przed nami tajemnice świata. Mimo bowiem, że "Klangor" jest bardzo osobistym, wręcz intymnym pożegnaniem ze zmarłym w 2010 r. mężem autorki, Feliksem Przybylakiem, germanistą i tłumaczem literatury niemieckojęzycznej, zakres egzystencjalnego doświadczenia wyłaniający się z wierszy ma wymiar uniwersalny. Tym bardziej jest to poezja przejmująca i poruszająca emocje.
       Urszula Kozioł także tutaj, jak w tomach poprzednich, zestawia wiersze bardzo krótkie, lakoniczne,  zaledwie trzywersowe, z dłuższymi poematami,  jak tytułowy "Klangor" będący osobistym lamentem, żalem, poetyckim zapisem bolesnej żałoby po stracie ukochanego. Dotykanie bólu, jego uporczywość i totalność przewija się w całym zbiorze na różne sposoby, a poetka niejako obraca nim kamieniem w żarnach, w których człowieczy los rozciera się na pył. Ktokolwiek przeżył stratę, a przecież nie ma człowieka, którego to doświadczenie by ominęło, znajdzie w tych wierszach swój ból, swoją "ślepą noc/ w martwym pokoju".  W wierszu "Lament" - zastanawiająca zbieżność z tytułem wiersza Tadeusza Różewicza, który również dał przejmujące świadectwo pożegnania, a właściwie długiego i bolesnego procesu żegnania w tomie "Matka odchodzi" - pojawia się motyw kamienia wpisywanego w szereg konotacji językowych, frazeologizmów, których sens odsłania się dopiero w tragicznej chwili doświadczenia śmierci; "słowa zamieniają się w kamień", "wargi skamieniały", "skamieniała w sercu rana".  Przed przerażającym procesem kamienienia rzeczywistości, obejmującym nawet niebo i cały świat, który niemal "zimnym głazem gniecie",  bohaterka wiersza rozpaczliwie chce uchronić jedną jedyną wartość - cień ukochanego. "Zabierz łzy i pamięć/ lecz nie zmieniaj cienia w kamień" brzmi jak zaklęcie. Ostatnia strofa zbudowana w czterowiersz - wyjątkowa na tle długich strofoid o nieregularnej liczbie wersów - frazeologią znowuż czy przypadkową? - przypomina pierwszą zwrotkę Kazimierza Wierzyńskiego "ktokolwiek jesteś bez ojczyzny". Poeta zaprasza do wspólnotowego odczuwania bezdomności po utracie ojczyzny, Kozioł natomiast odwołuje się do wspólnoty doświadczenia samotności i utraty kogoś kochanego:

ten kto samotnie gdzieś płacze
niech przyjdzie zapłakać ze mną
ten który kogoś utracił
niech płacze także nade mną

      Drugim, obok pożegnania z ukochanym mężem, wątkiem zbioru "Klangor" jest przygotowywanie się do własnego odejścia, żegnanie się ze światem i życiem. "Nieodwołalnie/ zbliżam się do nic/ w niczym", a "pamięć rzednie i rozpływa się". Mimo dojmującej nieobecności - ukochanego, dawnych marzeń o wielkiej poezji, "utraconych światów" - poezja Urszuli Kozioł nie jest pesymistyczna ani nihilistyczna. Przeciwnie, można z niej wyczytać radość istnienia i pogodzenie się nieuchronnym biegiem natury, stoicką, a  może prędzej buddyjską przenikliwość w dostrzeganiu istoty rzeczy:

animulko
babulko
bidulko

już rozchodzą się nasze drogi

ty na niebie zakwitniesz chmurką
ja się stanę pluskiem wody

     "Klangor" był nominowany w 2015 roku do Nagrody Nike. Doprawdy nie wiem, dlaczego jej nie zdobył. Ten tomik jest warty każdej nagrody w dziedzinie literatury i poezji, jakie istnieją.


Urszula Kozioł: Klangor. Wydawnictwo Literackie 2014.  

        

5 lip 2017

Pod rozwagę działaczom sportowym i nie tylko

      28 czerwca w Klubie Olimpijczyka warszawskiego Centrum Olimpijskiego miało miejsce spotkanie z pierwszą kobietą pełniącą funkcję prezesa związku sportowego w Polsce - Jadwigą Ślawską -Szalewicz. W latach 1991 - 2005 była prezesem Polskiego Związku Badmintona, a działając na arenie Europejskiej Unii Badmintona pełniła funkcję jej wiceprezesa. Droga Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz na szczyt działalności sportowej trwała wiele lat, począwszy od trenowania judo i kierowania sekcją judo AZS Siobukai w Warszawie, ukończenie AWF ze specjalizacją trenera judo, następnie pełnienie funkcji sekretarza generalnego Polskiego Związku Szermierczego oraz sekretarza generalnego Polskiego Związku Badmintona (od 1977 roku). Badminton okazał się pasją jej życia i jemu poświęciła najwięcej lat swojej działalności, wspomagając powstawanie związku, popularyzując tę dziedzinę, doprowadzając do pierwszych międzynarodowych sukcesów. Kolejne etapy bogatej działalności Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz, efekty jej pracy w postaci organizowanych w Polsce międzynarodowych zawodów, organizowanie szkół mistrzostwa sportowego, codzienne zmaganie się z niedostatkami sprzętowymi, lokalowymi, materialnymi poznajemy na kartach książki "Moje podróże z lotką" wydaną nakładem wydawnictwa  EDIPRESSE Książki. Okazją bowiem do spotkania była jej prezentacja i promocja.

       Bogatą osobowość Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz poznajemy w pierwszym rozdziale poświęconym wspomnieniom z dzieciństwa i młodości. Daje on wgląd w historię rodziny, pokazuje jak kształtował się charakter Autorki na tle tużpowojennego odgruzowywania stolicy, gdzie mieszkała z rodzicami po powrocie z przymusowych robot w Niemczech. Krótkie, ale treściwe i bardzo plastyczne portrety rodziców, dziadków, krewnych ukazane zostały na tle przemian ustrojowych kształtujących się po zakończeniu II wojny światowej. 
        W kolejnych obszernych rozdziałach Autorka chronologicznie opowiada o swoich związkach ze sportem. Jest to właśnie bardziej opowieść niż sucha autobiografia, ponieważ napotkamy tu ciekawe przedstawienie postaci trenerów, działaczy i sportowców, pod których adresem wiele pochwał formułują współpracownicy i przyjaciele. Zaletą prezentacji dziejów polskiego sportu w latach PRL jest fakt, że Jadwiga Ślawska-Szalewicz docenia zasługi i wkład wielu wybitnych postaci polskiego sportu, zaangażowanie konkretnych osób, jak trenera judo Jana Ślawskiego, pochodzącej z Norylska trenerki badmintona Klaudii Majorowej, sukcesy sportowe splecione w dramatyczny los szablisty wszech czasów Jerzego Pawłowskiego i wielu, wielu innych, z którymi Autorka współpracowała. 
        Książka ta może służyć jako przewodnik po PRL, gdyż naocznie przedstawia, z jakimi problemami zmagali się sportowcy i działacze w czasach pustych półek, wieloetapowego zdobywania paszportów i zgody na wyjazd za granicę, szukania funduszy na sprzęt sportowy, nawiązywania kontaktów ze sponsorami. Współczesny czytelnik,  zwłaszcza młody, odkrywa jak wielkim zaangażowaniem i determinacją musieli wykazać się nie tylko sportowcy, od których wymaga się z reguły wielomiesięcznych i wieloletnich treningów, ale i ci, którym rozwój sportu leżał na sercu, chcąc wprowadzić na poziom światowy mało znaną i niszową dyscyplinę jaką był badminton. Szereg anegdotycznych wręcz opowiastek o wyklejanych taśmą kortach, które okazały się 20 cm za krótkie i nagle trzeba było wszystko poprawiać, o poszukiwaniu ręcznika dla członka zagranicznej ekipy sportowej biorącej udział w mistrzostwach w Polsce, o kontaktach z producentem żarówek w celu wymiany oświetlenia przed zawodami, o zdobywaniu pełnowartościowego pożywienia dla sportowców na zgrupowaniu ubarwia narrację, która staje się wartka i wciągająca. 
        Można czytać "Moje podróże z lotką" jak dokument o kolejnych etapach rozwoju powojennego polskiego sportu oraz jako podręcznik działacza i organizatora życia sportowego. Pewne wskazówki o współpracy z mediami, ze sponsorami, zasady pracy na rzecz kształtowania pozytywnego obrazu sportu pozostają nadal aktualne. Myślę, że nawet nabierają dodatkowego znaczenia w świecie komercjalizacji sportu, który z życiowej pasji i szkoły charakteru w wielu przypadkach przeobraził się w biznes. Książka Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz powinna być obowiązkową lekturą działaczy sportowych: dla starszych będzie przypomnieniem może początków ich własnej trudnej działalności, młodszym uświadomi jak długą drogę trzeba pokonać, aby dojść do sukcesu. Dla wszystkich zaś może być doskonałą okazją do refleksji o tym, co tak naprawdę  w życiu jest najważniejsze. 


Jadwiga Ślawska-Szalewicz 


Jadwiga Ślawska-Szalewicz z Iwoną Startek 
podczas spotkania promocyjnego w Centrum Olimpijskim

20 cze 2017

Aforyzmy 11

Marząc o podróżach, nie zapomnij sandałów.

Życie i śmierć to dwa przystanki w tej samej podróży.

Milczenie ma różną wymowę. Zależnie od tematu.

Czasami zaproszenie jest większą obelgą niż pominięcie na liście gości.

Oswajanie przestrzeni polega na wydeptywaniu ścieżek.

Lokalny koloryt ma często kolor pieniędzy. 

I mądremu się zdarzy głupi wyraz twarzy.

Prowincjonalni poeci mierzą wielką literaturę własną miarą.

Szyba w zoo oddziela tych, którzy się boją od tych, którzy chcieliby uciec.

Najmniejsze ziarno piasku może wstrzymać największą podróż. 

13 cze 2017

Na Lubelskiej Nocy Kultury

      Na Lubelskiej Nocy Kultury -3/4 czerwca - byłam tym razem dosyć krótko, ale zdążyłam przede wszystkim nacieszyć oczy kolorami: kwiatów w Bramie Rybnej i balonów na ścianie Trybunału Koronnego. Nie wiem, ilu kwiatów użyto do szczelnego wypełnienia sklepienia bramy, a zielonymi liśćmi wyłożono wewnętrzne ściany, ale spektakularny efekt zatrzymywał całe tłumy, które masowo pstrykały zdjęcia. Instalację określono jako Floral nawiązując do użytego materiału (flora - kwiaty, chyba same gerbery to były) oraz słowa "mural" - ekspozycja wykonana na murze. Podobnie zainteresowanie wzbudzały wspomniane balony rozwieszonych od dachu po brukowany Rynek, na tle których co rusz ktoś przystawał  w celu zrobienia pamiątkowej fotki. Balony w ciepłych kolorach zachodu słońca: żółtego, pomarańczowego, różowego i czerwonego nazwano Żar Żywiołów. Kolejnym akcentem nawiązującym do świata natury w tegorocznej Nocy Kultury była Zielona Herbatka - plenerowa instalacja różnych małych roślin, kwiatków posadzonych w porcelanowych uszkodzonych naczyniach na Placu Rybnym. Dziesiątki ukwieconych filiżanek, dzbanuszków, kubeczków jako żywo przypominały atmosferę baśni Andersena, warto przy okazji podpatrzeć i wykorzystać pomysł do aranżacji własnego ogródka.
       Część muzyczną spędziłam u Dominikanów na koncercie Pueri Cantores Liblinenses - Archidiecezjalnego Chóru Chłopięco-Męskiego w klasycznym repertuarze Haendla, Mozarta, czy Pergolesiego. Chórem, założonym dwa lata temu, dyryguje ks. Attila Honti, urodzony w Debreczynie na Węgrzech, wikariusz lubelskiej parafii Matki Bożej Różańcowej. Wymagający i ambitny program koncertu zawierał także repertuar polskich kompozytorów doby baroku. Siedemdziesięcioosobowy chór składa się w dużej liczbie z chłopców w wieku szkoły podstawowej, ale tutaj wystąpił wzmocniony także o głosy męskie, a śpiew zabrzmiał całkiem mocno i profesjonalnie, wzbudzając niemały aplauz.
       Dla miłośników innych brzmień na Placu po Farze wystąpili różnej maści tancerze i bębniści, przybliżając egzotyczne rytmy afrykańskie czy południowoamerykańskie. Na dokładkę wystąpił niemiecki zespół Groove Onkels grający energetyczne rytmy na wielkich podwórkowych śmietnikach. Dla zachowania symetrii na Placu Łokietka występowały zespoły tańca ludowego działające m.in. przy lubelskich uczelniach. Gdzieś w klubach, barach, kawiarniach rozbrzmiewała muzyka jazzowa, na Moście Kultury oczywiście jak w latach ubiegłych grano do tańca,  ale nie jest możliwe dotrzeć wszędzie. Spacer deptakiem i Alejami Racławickimi doprowadził mnie do nowoczesnego budynku Centrum Spotkania Kultur, w którego wnętrzach odbywały się targi rękodzieła, designu, herbaciarnia i kawiarnia. Cały budynek z prześwietlonymi oszklonymi korytarzami i tarasami na dachu można było zwiedzić i obejrzeć od środka. Zaopatrzona w kilka torebek mieszanek herbat i kawy zakończyłam tam swój tegoroczny udział w Lubelskiej Nocy Kultury.

5 cze 2017

V Nałęczowskie Spotkanie z Poezją

      3 czerwca 2017 r. Towarzystwo Przyjaciół Nałęczowa po raz piąty zorganizowało Nałęczowskie Spotkanie z Poezją, cykliczne wydarzenie zrodzone z miłości do sztuki słowa, muzyki i malarstwa. Tym razem odbyło się ono w klasycystycznym dworku w Bronicach, przed wojną należącym do rodziny Wołk-Łaniewskich, a obecnie odzyskanym przez spadkobierców dawnych właścicieli. Murowany dwór powstał w 1799 roku według planu architektonicznego Christiana Piotra Aignera, którego dziełem są między innymi także Świątynia Sybilli i Pałac Marynki w Puławach. W niektórych wnętrzach zachowały się także sztukaterie Fryderyka Baumana. 
      W Nałęczowskich Spotkaniach z Poezją uczestniczą poeci z różnych regionów Lubelszczyzny. Tym razem zaproszenia otrzymali twórcy z Chełma, Biłgoraja, Lubaczowa, Lublina i Nałęczowa. Prezentacjom poetyckim towarzyszyła piękna muzyka kameralna Bacha, Beethovena, Bogusława Schaeffera w wykonaniu tria smyczkowego pod kierunkiem Iwony Siedlaczek, znanej lubelskiej skrzypaczki prowadzącej klasę skrzypiec w  Szkole Muzycznej I i II stopnia. Dodatkową atrakcją był krótki utwór Heleny Łopuskiej-Wylężałek, kompozytorki tworzącej na przełomie XIX i XX wieku, zaprezentowany na zabytkowym stuletnim fortepianie przez Magdalenę Mańkowską. Spotkaniu towarzyszyła również wystawa prac pianistki.
        Efektem V Nałęczowskiego Spotkania z Poezją będzie, podobnie jak w latach poprzednich, okolicznościowa publikacja zawierająca prezentowane wiersze oraz omówienie wydarzenia wraz ze zdjęciami. Będzie to pamiątka tej ulotnej chwili popołudniowej uczty duchowej, na którą - korzystając z przepięknej tego dnia pogody - przybyli gromadnie mieszkańcy Bronic i Nałęczowa. 

       Do prezentacji wybrałam trzy wiersze: aleja róż, pokaż mi Paryż i jak fioletowe surfinie, które zostały bardzo ciepło przyjęte przez publiczność i po spotkaniu usłyszałam wiele pozytywnych komentarzy na ich temat.
        Aleję róż zamieściłam na blogu nie tak dawno, pisząc o konkursie w Płocku. Pokaż mi Paryż również był tu już zamieszczany w okresie wcześniejszym - pokaż mi Paryż. Wiersz jak fioletowe surfinie nagrodzony Złotym Radomirem miał blogowy debiut w styczniu 2010 r. Ponadto dwa ostatnie z nich znajdują się w tomiku Zakola leniwych rzek



pokaż mi Paryż

                        E pur sono il tuo cor...
                        Il tuo figlio... Il tuo amor...
                        La tua speranza!
       
 
                                   Geminiano Giacomelli, Merope


pokaż mi Paryż
na Pola Elizejskie mnie poprowadź tam
gdzie w ostatniej roli na scenie
umierał Molier
w kryształowej sali Wersalu 
zasłuchamy się w bolesną arię Merope
żyrandole sypią iskry współczucia
a ona nie wie dlaczego jej serce
nie wierzy oczom i rozumowi
pokaż  mi Paryż
złotym bulwarem nad Sekwaną w noc
pójdziemy za głosem dzwonu Notre Dame
Ludwik de Laveaux
oświetli nam drogę latarniami i przyśle dorożkę
pokaż mi Paryż
bezsenne miasto tysiąca kawiarni
i bezimiennych grobów geniuszy
umierających w nędzy







27 kwi 2017

Nowy Molier na scenie BCK

  
      Uczone białogłowy Moliera to kolejna propozycja komediowa, wyreżyserowana przez Marylę Olejko. Trzeba przyznać, tekst w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego dla dzisiejszego widza dość trudny. Trzeba więc było w zrozumieniu zawiłości języka dopomóc odpowiednią mową ciała i plastycznością gestów, z czego większość aktorskiej obsady wywiązała się znakomicie. Treść pseudopoetyckich sonetów Trysotyna została tak groteskowo przerysowana gestykulacją, że znaczenie słów było zgoła nieistotne. Rzecz cala została sprowadzona do egzaltacji słuchaczek: Filaminty, Armandy i Belizy oraz rozkoszowania się własnym głosem przez autora owego dziełka. Sławomir Pluta  grający Trysotyna pokazał, nie pierwszy raz zresztą, że nie straszna mu żadna postać i doskonale poradzi sobie nawet w konwencji groteskowej.
      Na docenienie zasługują także role Chryzala (Adam Kozera) i Filaminty (Elżbieta Kłosek) zbudowane na wyrazistym kontraście charakterów: dominującej silnej osobowości żony i ugodowym, wycofanym nieco zachowaniu męża "pod pantoflem". Rysem nadrzędnym Filaminty jest ponadto mocny, wręcz kontraltowy głos przenikający na wskroś przestrzeń sceniczną. Na tym tle postać siostry Chryzala, Belizy, zagranej brawurowo przez Dorotę Balicką w konwencji ezoterycznej muzy odbierającej wyimaginowane hołdy wielbicieli, wprowadza na scenę niemal absurdalną poetyckość. Czerwony szal Belizy i taneczne przemykanie po scenie narzucają skojarzenia z postacią Racheli z Wesela w reż. Andrzeja Wajdy.
       Dla uproszczenia monologowych dłużyzn tekst został skrócony na tyle, by intryga i relacje między postaciami pozostały nadal czytelne. Spektakl grany jest bez przerwy, prowokując do humorystycznego odczytania, zgodnie z tytułem, pozornej uczoności. Co prawda tyrada Marcyny o tym, że "nie babska rzecz przewodzić (i ja, choć kobita,/Wiem, że chłop ma we wszystkim górą być) i kwita" trąci myszką, ale pseudouczoność nadal ma się dobrze w różnych kręgach społecznych i środowiskach. Internet sprzyja popularności "uczoności", gdy prawdziwa mądrość, jak w każdej epoce, prezentuje się skromnie i nie zabiega o zaszczyty. Popularność pozornych autorytetów pewnie i dzisiaj mogłaby być inspiracją dla niejednej molierowskiej satyry.

Molier: Uczone białogłowy
Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński
Reżyseria: Maryla Olejko
Obsada:
Chryzal - Adam Kozera
Filaminta - Elżbieta Kłosek
Armanda - Aneta Kwiatkowska
Henryka - Lidia Grabowska
Aryst - Piotr Bazan
Beliza - Dorota Balicka
Klitander - Sławomir Niemiec
Trysotyn - Sławomir Pluta
Wadius - Grzegorz Kubik
Marcyna - Ewa Niedźwiecka
Rejent - Andrzej Mazurek

Premiera 21 kwietnia 2017 r. 

21 kwi 2017

Magdalena Abakanowicz - rzeźba i wiersz

       Zmarła autorka słynnych abakanów - Magdalena Abakanowicz. Urodzona 20 czerwca 1930 roku, była jedną z najbardziej znanych w świecie polskich artystek. Jej wielkie przestrzenne dzieła w wielu miejscach świata, trwale wpisane w przestrzeń ludzkiego życia, będą nadal skłaniać do refleksji.  
       W 1996 roku, zainspirowana jedną z jej konstrukcji, napisałam wiersz "tłum", za który otrzymałam III nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim "Inspiracje" w Sosnowcu.


Magdalena Abakanowicz - Tłum


tłum

nogi twardo stoją
torsy murem rosną
kręgosłupy pionowo
czekają
na gwizdek
do dzieła
jeszcze krok
jeszcze raz
łopatą kilofem świdrem
w kamienie
niech kruszą się bryły
niech kręci się ziemia
pod stopami tłumu
a głowy
ciągle w chmurach

(Opublikowany w tomiku poetyckim "Poziom trawy. Wiersze", Biłgoraj 1997.
 

5 kwi 2017

Koncert francuski w BCK

  2 kwietnia Yaga Jadwiga Kowalik wraz z muzykami: Walentynem Dubrowskim na akordeonie i skrzypkiem Michałem Półtorakiem sprowadzili do Biłgoraja ducha paryskiej kawiarnianej cyganerii i secesyjnej awangardy. Brakowało tylko stolików, przy których można by palić opium i popijać zielony absynt.  Od "Padam... padam..." do "La Boheme", czyli Edith Piaf, Charles Aznovour, a po drodze jeszcze piosenki Juliette Greco. Yaga od lat wykonuje piosenki z repertuaru francuskich pieśniarzy. Miała okres Edith Piaf, przechodziła fascynację twórczością Barbary, czyli Monique Andrée Serf, a teraz słuchamy programu złożonego z utworów Piaf, Greco i Aznavoura. Aranżacje nacechowane zostały indywidualnym rysem artystycznej osobowości wykonawczyni, słyszalnym zwłaszcza w teatralizacji sposobu śpiewania. Piosenka aktorska bardziej niż estradowa. Dla niektórych tekstów to lepiej, do niektórych może pasowało mniej, ale nie da się ukryć, że całość utrzymana w jednolitym klimacie noir. Nawet gdy rytm muzyki zachęcał słuchaczy do klaskania. 
        Artystka również ubrana na czarno, z podkreślającymi aurę detalami, jak czarne siatkowe rękawiczki, czarne boa, czarna oczywiście peruka ze wstążeczkami czy czymś, nastroszona stosownie. Image mroczne. Bo też te piosenki sielankowe nie są. Ale wciągają. I dlatego pamięta się jak śpiewali Piaf czy Aznavour. Nie wszystkie piosenki rozpoznałam, ale tych kilka sprawia, że wraca wspomnień czar. Kiedyś się tego słuchało. Na widowni była jednak połowa wolnych miejsc. Biłgoraj nie powsiada zbyt wielu wielbicieli klimatów wysublimowanej francuskiej piosenki. 



31 mar 2017

konkursowe haiku wiosenne

Konkurs Eddiego - haiku klasyczne

moje haiku klasyczne (7 punktów)

łąka w dzwoneczkach
fioletowe kielichy 
pełne brzęczenia

Konkurs Eddiego - haiku nowoczesne

moje haiku nowoczesne - 13 punktów, III miejsce

przedwiośnie
pszczelarz nasłuchuje
gwaru z ula


Wielkie podziękowanie dla Eddiego za reaktywowanie konkursowej zabawy:-D