3 gru 2017

Conrad dzisiejszy

Conradowskie pytania

na przekór prostym odpowiedziom 
nieskomplikowanych ludzi
zawiedzionym nadziejom nie dowierza
jak chłopiec który zdradził swoje 
marzenia o bohaterstwie
czy spojrzeć prosto w oczy to znaczy
zrozumieć rozpacz milczącego zdziwienia
że nikt nie jest doskonały na tyle
by nie mieć wyrzutów sumienia
w jądrze ciemności gaśnie blask ideałów
wzniesionych na ruchomych wydmach 
bezkresna jest podróż do granic
człowieczeństwa wystawionego na próbę
czy istnienie praw zagwarantuje
usprawiedliwienie błędów przez wiarę
w możliwość odkupienia?
los nie uśmiechnie się 
z bagażem pogardy odpływa Nostromo
ku swojemu przeznaczeniu

3 grudnia - 160 rocznica urodzin Josepha Conrada - Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego, autora "Lorda Jima", "Nostromo", "Szaleństwa Almayera", "Murzyna z załogi "Narcyza", "Jądra ciemności" i innych powieści

Rocznicowe programy w  Dwójce:
2 grudnia
19:00 - premiera słuchowiska "Szaleństwo Almayera"
3 grudnia
20:00 -21:00 - Strefa literatury, o Conradzie będzie mówił między innymi Salman Rushdie
od  7 grudnia 
codziennie o 19:00  Andrzej Mastalerz będzie czytał fragmenty "Jądra ciemności"





5 lis 2017

Zmarł prof. Walery Pisarek

Zmarł dzisiaj w Katowicach tuż przed galą wręczenia nagród Ambasadora Polszczyzny, podczas której miał wygłosić laudację na cześć nagrodzonego Jacka Bocheńskiego. Piękna śmierć. W centrum polszczyzny. Prof. Walery Pisarek, ur. w 1931 roku, językoznawca, prasoznawca, lingwista, autor słowników ortograficznych. Polszczyznę znał jak mało kto, a ortograficzne wyzwania dla uczestników ogólnopolskiego dyktanda zostaną po nim jako przykłady niezwykłej językowej wyobraźni.


Zmierz się z dyktandem autorstwa Walerego Pisarka:

Kawiooka, Pszennooka Halszko, ani bieżące obowiązki, ani niekiedy nużące igraszki z brzdącami z sąsiedztwa, ani niemal czteroipółtygodniowa rozłąka nie stępiły mojej tęsknoty. Jakby to było wczoraj, pamiętam, jak przywiózłszy Cię do Drohiczyna, niepomny wróżb andrzejkowych, dałem się namówić na huczne przyjęcie w legendarnej późnośredniowiecznej oberży. Nie sposób zapomnieć, że stół był przystrojony bukszpanem i gałązkami sztucznej ostróżki lilaróż. Nieomal obok żarzącego się kominka półrzeczywisty skrzypek i rzępolił z cicha melancholijną kolędę. Niestety, bodajże nazajutrz rad nierad musiałem Cię opuścić, by wojażować z powrotem do Wiednia. Cóż z tego, żeśmy się wkrótce znów spotkali, skoro nieubłagany kalendarz nieledwie w okamgnieniu przypomniał o rozstaniu. Jak zażądałaś, stanąłem do konkursu Austriacki Mistrz Polskiej Ortografii, ogłoszonego przez SIO "EuropaContex". Zrazu wszyscy byliśmy dobrej nadziei, aleśmy w mig struchleli, kiedy się pomału zaczęło dyktowanie. Nasz sędziwy ciemięzca krążył wokół sali, potem sunął na wprost, w skos i w poprzek, na przemian wzdłuż i wszerz, by znienacka ni stąd, ni zowąd chyżo wynurzyć się obok delikwenta, który by nieopatrznie spróbował ściągać. Och, jak by to było dobrze, jakbyś wtenczas była ze mną. Tymczasem niecierpliwie wyglądamy werdyktu jury. Na razie z oddali ściska Cię Twój Innocenty

10 paź 2017

zimny podmuch

zimny podmuch
kolorowe liście
w dłoniach

3 paź 2017

Kiedy słucham Chopina ...


ta muzyka


zamierzał grać
czy nasłuchiwał jak noc nadciąga
bel canto zmierzchu szemrało
liśćmi deszczem odgłosami kroków
przeczuciem paryskiego bruku
myśli rozprzęgłe
tęsknoty bolesne
improwizacje
między ustami a brzegiem pucharów rozległe
muzyka powstaje z dotyku
białych dłoni na klawiaturze
z pochylenia głowy nad pustą kartką
z kropli atramentu na końcu pióra
mazurkowy rytm kujawskich pól
furkoczące kołowrotki oberka
i ścierniska po rzepaku
nuty rozbiegane
schną na pięciolinii
wychylają się niespokojnie
chcąc zabrzmieć akordami w tę noc

nie te nuty nie zabrzmiały jeszcze
nie zmieniły się w gest
w ułożenie palców
zanim ręka zapanuje nad adagio
pod powiekami ideał
który się śni

25 wrz 2017

Banał, satyra i tęsknota za metafizyką

       Finałowy koncert tegorocznych Biłgorajskich Spotkań z Poezją Śpiewaną i Piosenką Autorską to zaledwie wycinek zjawisk, z jakimi możemy się zetknąć na scenie polskiej piosenki literackiej, być może jednak jest to wycinek całkiem reprezentatywny. Ciekawe jest posłuchać nowych głosów, zobaczyć nowe twarze, poznać nowe śpiewające osoby oczekując, że czymś zaskoczą i zaintrygują. W świecie poetyckim najgorszą z możliwych klęsk jest banał, banalność słów i nadużywanych emocji. Niebezpieczeństwo banału grozi często młodym twórcom, tak piszącym, jak i śpiewającym. Jak bowiem wiadomo, ten, kto pierwszy porównał oczy kobiety do gwiazd, był geniuszem, ale każdy następny powtarzający to samo jest tylko epigonem. Znaleźć zaś nowy wyraz dla emocji starych jak człowiek od wieków przeżywający te same rozterki, nie jest łatwo. Z pomocą może przyjść muzyka, gest, sceniczna przestrzeń, w której rozgrywa się jednostkowy dramat. Trzeba silnej osobowości, by narzędzie głosu i instrumentu służyło wyrazistości słowa.
       Intymne wyznanie "czuję, że jesteś, bo czuję się bezpiecznie" powtarzane w udziwnionych wokalizach na kilka sposobów nie sprawi, że tekst nagle nabierze głębi. Sęk w tym, że sam w sobie jest dosyć płytki i banalny. Ale życie samo w sobie bywa banałem, gdy dostrzegając powtarzalność życiowych schematów, człowiek traci poczucie indywidualności. Na drugim biegunie estradowej piosenki autorskiej sytuują się różnego rodzaju pastisze i kabaretowe prześmiewcze satyry. Temat często łatwiejszy w odbiorze przez publiczność i lubiany, co nie znaczy, że łatwy wykonawczo. Istotą satyry jest błyskotliwość, zaskoczenie, wyrazista puenta. Odwołanie do nieśmiertelnego schematu "śmierć i podatki", które usłyszeliśmy podczas koncertu, trafia do powszechnych odczuć, niestety od samego początku sugerowało jedyne możliwe zakończenie, które niczym nie zaskakiwało, gdyż było oczywistością.
       Niejaką przeciwwagą dla powyższych pułapek może być nagroda za kreację sceniczną, którą przyznano Dawidowi Gębali z Wrocławia. Należałoby chyba ją rozumieć jako wyraz uznania za wyrazistą osobowość artysty. Niewątpliwie piosenka Dawida Gębali o samotności wywiera wrażenie przemyślaną aranżacją i zawłaszczeniem scenicznej przestrzeni. Artysta świadomie operuje głosem, który zapada w pamięć. Podobnie jak laureaci trzech głównych nagród: Zuzanna Wiśniewska (Poznań) z nagrodą wykonawczą, Grzegorz Paczkowski (Warszawa) z nagrodą autorską i Dorota Kuziela (Gdańsk) z Gęstym sitem krytyki. Wśród tych trojga mamy niewątpliwie jeden piękny głos - to głos Doroty Kuzieli wspaniale zestrojonyu z dźwiękiem skrzypiec, na których artystka sama sobie akompaniuje. Ma też pani Kuziela umiejętność wywoływania wzruszeń, ładunek emocjonalny jej tekstów jest bowiem ogromny, a przy tym zaśpiewany z elegancją tonu i bez przerysowania. 
       Zastanawiające, że w finałowym koncercie mieliśmy aż trzy utwory o aniołach stróżach i chyba dwa bezpośrednio odwołujące się do Boga. Rzecz jasna postacie z zaświatów okazywały się albo milczące, albo nieistniejące. W ostatecznej konfrontacji człowiek zostaje całkiem sam. Można te utwory traktować jako wyraz szczerej tęsknoty za metafizyką. Tęsknoty zabijanej współczesnym komercjalizmem, materializmem, cynizmem. Nawet jeśli ze sceny pada oskarżycielski krzyk: "w domu Bożym nie ma Syna", jest on krzykiem rozpaczy za utraconymi wartościami. Piosenka poetycka od zawsze zaś stała po stronie wartości, także, a może zwłaszcza tych, którym przeliczanie na siłą nabywczą rynku nigdy nie wychodzi na dobre.
      Ostatni na wieczór zaplanowany koncert Mirosława Czyżykiewicza, jednego z jurorów tegorocznego konkursu, całkiem przypadkiem uwydatnił największą wadę uczestników konkursowych zmagań. Między poziomem wykonawczym uczestników a Mirosława Czyżykiewicza (choć można tu jeszcze wstawić kilka innych ważkich nazwisk polskiej sceny poetyckiej) istnieje przepaść. Wynika ona chyba z nadmiaru chęci młodych artystów, którzy za wszelką cenę eksponują siebie, swoją osobowość, a w zasadzie własne ego. Na scenę wychodzi ktoś, kto tak bardzo skupiony jest na chęci pokazania, że jest oryginalny i niepowtarzalny, że sens prezentowanego utworu zostaje gdzieś w tle nieraz niezauważalny, całkowicie nieważny. Mistrzowie piosenki poetyckiej potrafią ujawnić całą gamę swojej bogatej osobowości bez krzyku, bez nachalnej egotycznej ekspresji, ukrywając się w niejako w samym tekście. Mirosław Czyżykiewicz wspaniale pokazał jak wydobyć z utworów Brodskiego, Wysockiego czy Stachury to, co najważniejsze. Ponadczasowe przesłanie, czasem bolesne i ostre, ale jakże ludzkie. 

12 wrz 2017

Wystawa fotograficzna Ewy Brodziak


       Wystawa fotografii SILENTIUM Ewy Brodziak prezentuje świat na styku sacrum i profanum. W przestrzeń kościołów, kapliczek i liturgicznych akcesoriów wchodzi człowiek ze swoją potrzebą modlitwy, wyciszenia, skupienia lub dziecięcą naiwną ciekawością. Z jednej więc strony autorka uchwyciła płaski polny pejzaż z daleką, zagubioną w głębi kapliczka, z drugiej natomiast zaprasza widza w tłum modlących się pielgrzymów lub ułomność zapomnianej kapliczki z połamanym Chrystusem. Sacrum pojawia się czasem nieoczekiwanie jak koślawe graffiti na ślepej ścianie czy wypalonym okruchami kadzidła stoliku na kadzielnicę. Dostrzeżenie jego przejawów wymaga uwagi, zatrzymania się. Ewa Brodziak zatrzymuje się w miejscach na pozór banalnych, codziennych, zapraszając nas również do zatrzymania się w biegu życia, aby usłyszeć tytułową ciszę, w której ukrywa się, a może właśnie objawia Bóg. 
       Dla mnie szczególnie interesujące okazały się zdjęcia lubelskiej katedry, której wnętrza ożyły we wspomnieniach z czasów, gdy w niej bywałam. Powrócił tamten nastrój zadumy i refleksji jak w uwiecznionej na zdjęciu siedzącej postaci odwróconej do nas tyłem w modlitewnej pozie w kościelnej ławce. Jako ciekawostkę można zobaczyć uchwyconą za szarfami postać Matki Bożej karmiącej piersią Jezusa. Motyw Madonny karmiącej wywodzi się z malarstwa El Greco. Współczesny malunek na procesyjnym feretronie szesnastowiecznego arcydzieła nie przypomina, ale we wzruszający sposób zachęca do pochylenia się w ciszy nad niewinnością każdego dziecka, nawiązując w ten sposób do tytułu wystawy. 
       Na tle większości prezentowanych fotografii utrzymanych w kontemplacyjnej tonacji sepii nieliczne, podobnie jak Madonna karmiąca, zachowują oryginalną bogatszą kolorystykę. Temat ciszy niejako wymaga formy ascetycznej także w owej cieniowanej monochromatyczności, której dodatkowym atutem bywa intensywne światło, snopy słonecznego blasku wpadające przez okno czy świetliste refleksy na ścianach i przedmiotach świątynnego wnętrza. Cisza przemawia na fotografiach Ewy Brodziak prostymi środkami cieniowanej sepii, okruchami codzienności, w której człowiek znajduje czas na zatrzymanie się, patyną starych kapliczek i niesłyszalnym westchnieniem zakamarków świątynnych wnętrz. W każdym z tych miejsc człowiek może znaleźć też miejsce dla siebie.  












6 wrz 2017

Turpistyczny humor

      Humor od wieków ratuje człowieka przed rozpaczą. Wiedzieli o tym twórcy średniowiecznych tańców śmierci  i wiedział Stanisław Grochowiak nieprzypadkowo do średniowiecza i baroku nawiązujący. Dialogi w stylu ars moriendi współczesnemu czytelnikowi mogą w sposób niezamierzony wydawać się komiczne, lecz współcześni twórcy świadomie stosują konwencję karykaturalnego wyolbrzymienia w celu oswojenia śmierci lub jakiejkolwiek innej grozy. Skąd bowiem popularność wojennych piosenek ośmieszających "głupiego malarza"? Skąd popularność komedii filmowych z Frankiem Dolasem jako bohaterem? Dlaczego wreszcie tak lubimy słuchać i oglądać ludzi z dawnych polskich Kresów? Oni sami przeżyli niewyobrażalną tragedię, o ile udało im się przeżyć wołyńskie rzezie, zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron, rzuceni w obce środowisko, skazani na wyrwanie wielowiekowych korzeni. Mimo to jesteśmy skłonni wierzyć w niezbywalne cechy osobowości ludzi "z tamtej strony", niepokorną i niezłomną człowieczą naturę, dzięki której możemy z uśmiechem oglądać "Samych swoich" czy "Nie ma mocnych" w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego. Nieprzemijającą wartością trylogii Chęcińskiego jest język i dialogi bohaterów oraz ogromne pokłady humoru w najbardziej dramatycznych sytuacjach. Pawlak i Kargul utknęli na zaminowanym polu, przed chwilą na minie wyleciała w powietrze krowa, ale nam wolno się śmiać, gdy bohaterowie prześcigając się w grzeczności ustalają, kto będzie szedł pierwszy.
       Czająca się śmierć i śmiech. Na pozór wykluczające się zjawiska. A jednak tak chętnie odbierane, tak często łączone. Turpistyczna stylistyka Grochowiaka nie przetrwałaby próby czasu, gdyby nie humor. Bo trzeba wiedzieć, że kiedy w "Nie ma mocnych" w początkowych scenach filmu widzimy Kazimierza Pawlaka na łożu śmierci, gdy nagle zrywa się w koszuli i demoluje misterne wieńce pogrzebowe przywiezione zawczasu przez syna na jego pogrzeb, pierwowzór groteskowego zachowania bohatera znajdziemy w słuchowisku "Kaprysy Łazarza" Stanisława Grochowiaka. Słuchowisko po raz pierwszy zostało zrealizowane w Teatrze Polskiego Radia w 1965 roku  w reżyserii Andrzeja Łapickiego. Nawet pierwsza część trylogii filmowej Chęcińskiego "Sami swoi" powstała później, bo w roku 1967, z kolei "Nie ma mocnych" dopiero w 1974, kiedy pierwotne słuchowisko otrzymało już swoją wersję filmową w postaci obrazu wyreżyserowanego przez Janusza Zaorskiego w 1972 r. Jednakże Zaorski po latach skusił się także na zrealizowanie ponowne samego słuchowiska, które zostało wyemitowane premierowo w 2011 roku z Marianem Opanią w roli głównej. Dwójka Polskiego Radia kilka dni temu przypomniała tę realizację. Okazuje się, że turpistyczny humor towarzyszący śmierci ma tę samą siłę przyciągania, co niegdyś, a w kontekście masowego exodusu Polaków do krajów Europy zachodniej, gdy zostawiają za sobą rodzinne strony i rodzinne cmentarze, temat nabiera nowego wymiaru.
       Niesfornym bohaterem Grochowiaka jest stary Jacenty, repatriant zza Buga, umierający gdzieś na Ziemiach Odzyskanych, podobnie jak znany nam z filmu Chęcińskiego Kazimierz Pawlak. W obu przypadkach, i w słuchowisku i w filmie, ostatecznie bohater nie umiera, gdyż jakoś ze śmiercią im nie po drodze. Jacenty próbuje wymusić na bliskich: żonie, synach, synowej uroczyste przyrzeczenie, że pochowają go w rodzinnej miejscowości, która opuścił wiele lat temu. Rodzina się temu sprzeciwia, zwłaszcza najstarszy syn, który nie ma zamiaru tracić czasu na wyrabianie paszportów i podróżowanie "przez dwie rzeki".  Tym bardziej, że ma ambicję zyskać tutaj, gdzie mieszka szacunek, a do szacunku potrzebny jest "rodzinny grobowiec ze złotymi literami na miejscowym cmentarzu".  Jacenty zaś uparł się i umrzeć nie chce. Cała wieś na tym traci: stolarz stoi z robotą, bo tylko czeka na odpowiedni moment, żeby skończyć trumnę; orkiestra czeka w pogotowiu, bo ma grać na pogrzebie; pole nie jest obrabiane, w gospodarstwie nikt nie pracuje, bo wszyscy w rodzinie z napięciem czekają, kiedy Jacenty umrze; synowa napiekła placków na stypę i jak nie zostaną zjedzone, to się zepsują; grabarz z łopatą w ręce dyżuruje, czekając na czas, żeby kopać grób, a syn Jacentego pertraktuje ze sklepikarzem, że zamówionej na stypę wódki ze sklepu nie odbierze, no bo ojciec wciąż żyje. A Jacenty nie umiera! "Niech przyrzekną" - żąda, kiedy na mediacje między nim a rodziną przychodzi ksiądz proboszcz (w tej roli wspaniały Franciszek Pieczka). 
       Na próby przekonywania, że tu gdzie mieszka teraz, jest o wiele piękniej i dostatniej niż w dawnych opłotkach kresowej mieściny, Jacenty znajduje szereg dowcipnych kontrargumentów podszytych głęboką nostalgią za rodzinnymi stronami. W końcu proboszcz ucieka się do ambicji bohatera i proponuje, że odstąpi mu swój grób w pięknym otoczeniu na przykościelnym cmentarzu. "A ja nie chcę!" - wrzeszczy Jacenty, na co proboszcz: "Gardzisz moim podarunkiem?!" i wyszedł z trzaskiem, nawet obiecanego kogutka na rosół nie wziąwszy. Do pokoju Jacentego nikt nie ma odwagi wejść, ten zaś zaczyna się ubierać. Zakłada białą koszulę, zgadza się, żeby syn go ogolił, bo "ciepłego lepiej brzytwa trzyma"... wszyscy myślą, że szykuje się do umierania, jak jego ojciec. Tymczasem Jacenty powraca do życia :-) Uznał, że nie czas jeszcze umierać. Skoro nie ma wyjścia i nikt go nie powiezie pochować w rodzinne strony, to musi jeszcze pożyć, żeby z tą nową ziemią lepiej się zaznajomić, "coś w niej zepsuć, coś  naprawić". Wtedy ona dopiero będzie go znała i go przyjmie jak swego. 
       "Zmartwychwstanie" Jacentego zaczyna się od żartu wobec proboszcza, któremu mówi, że idzie obejrzeć grób, jaki mu obiecał odstąpić. Ostatecznie jednak obaj dochodzą do porozumienia i Jacenty odsprzedaje obiecany grób z powrotem księdzu za dwie beczułki wina. Tytułowy Łazarz powstał może nie z grobu, ale z łoża, ponieważ to on sam zdecyduje, kiedy przyjdzie właściwa pora. Nie można bowiem umierać na nieznanej ziemi jako obcy. 
       

11 sie 2017

Wakacyjna stolica języka polskiego

       Od trzech lat wakacyjną stolicą języka polskiego jest Szczebrzeszyn, na początku sierpnia przyciągając pisarzy, poetów, czytelników, redaktorów, dziennikarzy, aktorów, wielbicieli słowa i muzyki. W ciągu tygodnia trwania festiwalu zgromadzenie artystów na metr kwadratowy powierzchni znacznie przewyższa tutaj średnią krajową. Z bogatego programu każdy może wybrać coś dla siebie, aczkolwiek byłoby co najmniej niestosowne pominąć chociażby spotkanie z Urszulą Kozioł, poetką stąd się wywodzącą.
        We wspomnieniowym wprowadzeniu do swojej twórczości poetka nawiązała do tragicznego wojennego dzieciństwa, które upływało pod chmurnym znakiem ucieczki. Jak wspomniała, Biłgorajszczyzna, skąd się wywodzi, naznaczona została w jej biografii traumą z dzieciństwa, czemu dawała świadectwo w twórczości prozatorskiej i poetyckiej. Nie stanęło to na przeszkodzie wielokrotnie wracać już w latach późniejszych, w latach twórczego rozwoju, tutaj odnajdując owe "chude talizmany" tworzące specyficzny poetycki kod rozpoznawalny dla czytelników w kolejnych tomikach.
         Podczas krótkiego, niespełna godzinnego spotkania Urszula Kozioł przeczytała wybrane utwory z różnych tomików, kończąc zabawnym wierszem "Ballada" z tomu"Klangor", o którym pisałam w poprzedniej notce. W "Balladzie", inspirowanej dwoma cytatami z Jana Kochanowskiego, szczególną rolę odgrywają nawracające rymy i rytm wiersza, nawiązujące do renesansowej poetyki miłosno-sielankowej, balladowych nawrotów rytmicznych, coś jakby poetyckiej formy ronda znanego z "Wielkiego testamentu" Villona. Wiersz ten jest wręcz pokazową egzemplifikacją założenia wypowiedzianego przez poetkę, zgodnie z którym utwór poetycki manie tylko treść, ale i brzmienie. Stąd też nawet gdy czyta się go tylko wzrokiem, bezgłośnie, czytelnik powinien go słyszeć, słyszeć uchem wewnętrznym rytm języka. Dopiero połączenie w odbiorze brzmienia z treścią pozwala na całościowe odczytanie utworu poetyckiego. Urszula Kozioł więc czytając swoje wiersze potrafiła przepięknie owe brzmienie wydobyć, zaakcentować, czyniąc z nich prawie śpiewne melorecytacje, jakże zgodne z pierwotnym, klasycznym znaczeniem słowa "liryka".
        Innym aspektem twórczości Urszuli Kozioł jest jej związek z naturą, "ekologiczność"- jak sama powiedziała. Oczywiście nie należy tej ekologiczności rozumieć dosłownie, niemniej w całej twórczości poetki z Wrocławia wyraźna jest wrażliwość na przyrodę, na związek człowieka z przyrodą, przejawiający się chociażby w sensualistycznych obrazach pejzażu. W jednym z komentarzy do swoich utworów Urszula Kozioł wyraźnie odcięła się od awangardowego hasła "Miasto - masa - maszyna", wyrażając przy tym zdumienie, że taki poeta jak Julian Przyboś był zupełnie ślepy na piękno natury okolic, skąd pochodził.
        Dopełnieniem krótkiego spotkania była możliwość indywidualnej rozmowy z poetką czy poproszenie o autograf. Niestety, wybór tomików w festiwalowej księgarni nie był zadowalający. Na szczęście miałam ze sobą własny egzemplarz "Klangoru", który ze wszech miar zasługuje na wielokrotną i uważną lekturę.
        



13 lip 2017

Czekanie na ślepą noc

       Urszula Kozioł, poetka pochodząca spod Biłgoraja (ur. w Rakówce), tomikiem "Klangor" z 2014 r. potwierdza, że należy do najwybitniejszych polskich twórców.  Każda jej nowa książka, od "Rytmu korzeni", przez "Żalnik", "Supliki",  "Przelotem" po "Klangor" zachwyca odkrywaniem nowych sposobów tworzenia w materii poetyckiego słowa. Siegając po nie czytelnik mimowolnie zadaje sobie pytanie co nowego poetka ma do zaproponowania i jakie odkryje przed nami tajemnice świata. Mimo bowiem, że "Klangor" jest bardzo osobistym, wręcz intymnym pożegnaniem ze zmarłym w 2010 r. mężem autorki, Feliksem Przybylakiem, germanistą i tłumaczem literatury niemieckojęzycznej, zakres egzystencjalnego doświadczenia wyłaniający się z wierszy ma wymiar uniwersalny. Tym bardziej jest to poezja przejmująca i poruszająca emocje.
       Urszula Kozioł także tutaj, jak w tomach poprzednich, zestawia wiersze bardzo krótkie, lakoniczne,  zaledwie trzywersowe, z dłuższymi poematami,  jak tytułowy "Klangor" będący osobistym lamentem, żalem, poetyckim zapisem bolesnej żałoby po stracie ukochanego. Dotykanie bólu, jego uporczywość i totalność przewija się w całym zbiorze na różne sposoby, a poetka niejako obraca nim kamieniem w żarnach, w których człowieczy los rozciera się na pył. Ktokolwiek przeżył stratę, a przecież nie ma człowieka, którego to doświadczenie by ominęło, znajdzie w tych wierszach swój ból, swoją "ślepą noc/ w martwym pokoju".  W wierszu "Lament" - zastanawiająca zbieżność z tytułem wiersza Tadeusza Różewicza, który również dał przejmujące świadectwo pożegnania, a właściwie długiego i bolesnego procesu żegnania w tomie "Matka odchodzi" - pojawia się motyw kamienia wpisywanego w szereg konotacji językowych, frazeologizmów, których sens odsłania się dopiero w tragicznej chwili doświadczenia śmierci; "słowa zamieniają się w kamień", "wargi skamieniały", "skamieniała w sercu rana".  Przed przerażającym procesem kamienienia rzeczywistości, obejmującym nawet niebo i cały świat, który niemal "zimnym głazem gniecie",  bohaterka wiersza rozpaczliwie chce uchronić jedną jedyną wartość - cień ukochanego. "Zabierz łzy i pamięć/ lecz nie zmieniaj cienia w kamień" brzmi jak zaklęcie. Ostatnia strofa zbudowana w czterowiersz - wyjątkowa na tle długich strofoid o nieregularnej liczbie wersów - frazeologią znowuż czy przypadkową? - przypomina pierwszą zwrotkę Kazimierza Wierzyńskiego "ktokolwiek jesteś bez ojczyzny". Poeta zaprasza do wspólnotowego odczuwania bezdomności po utracie ojczyzny, Kozioł natomiast odwołuje się do wspólnoty doświadczenia samotności i utraty kogoś kochanego:

ten kto samotnie gdzieś płacze
niech przyjdzie zapłakać ze mną
ten który kogoś utracił
niech płacze także nade mną

      Drugim, obok pożegnania z ukochanym mężem, wątkiem zbioru "Klangor" jest przygotowywanie się do własnego odejścia, żegnanie się ze światem i życiem. "Nieodwołalnie/ zbliżam się do nic/ w niczym", a "pamięć rzednie i rozpływa się". Mimo dojmującej nieobecności - ukochanego, dawnych marzeń o wielkiej poezji, "utraconych światów" - poezja Urszuli Kozioł nie jest pesymistyczna ani nihilistyczna. Przeciwnie, można z niej wyczytać radość istnienia i pogodzenie się nieuchronnym biegiem natury, stoicką, a  może prędzej buddyjską przenikliwość w dostrzeganiu istoty rzeczy:

animulko
babulko
bidulko

już rozchodzą się nasze drogi

ty na niebie zakwitniesz chmurką
ja się stanę pluskiem wody

     "Klangor" był nominowany w 2015 roku do Nagrody Nike. Doprawdy nie wiem, dlaczego jej nie zdobył. Ten tomik jest warty każdej nagrody w dziedzinie literatury i poezji, jakie istnieją.


Urszula Kozioł: Klangor. Wydawnictwo Literackie 2014.  

        

5 lip 2017

Pod rozwagę działaczom sportowym i nie tylko

      28 czerwca w Klubie Olimpijczyka warszawskiego Centrum Olimpijskiego miało miejsce spotkanie z pierwszą kobietą pełniącą funkcję prezesa związku sportowego w Polsce - Jadwigą Ślawską -Szalewicz. W latach 1991 - 2005 była prezesem Polskiego Związku Badmintona, a działając na arenie Europejskiej Unii Badmintona pełniła funkcję jej wiceprezesa. Droga Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz na szczyt działalności sportowej trwała wiele lat, począwszy od trenowania judo i kierowania sekcją judo AZS Siobukai w Warszawie, ukończenie AWF ze specjalizacją trenera judo, następnie pełnienie funkcji sekretarza generalnego Polskiego Związku Szermierczego oraz sekretarza generalnego Polskiego Związku Badmintona (od 1977 roku). Badminton okazał się pasją jej życia i jemu poświęciła najwięcej lat swojej działalności, wspomagając powstawanie związku, popularyzując tę dziedzinę, doprowadzając do pierwszych międzynarodowych sukcesów. Kolejne etapy bogatej działalności Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz, efekty jej pracy w postaci organizowanych w Polsce międzynarodowych zawodów, organizowanie szkół mistrzostwa sportowego, codzienne zmaganie się z niedostatkami sprzętowymi, lokalowymi, materialnymi poznajemy na kartach książki "Moje podróże z lotką" wydaną nakładem wydawnictwa  EDIPRESSE Książki. Okazją bowiem do spotkania była jej prezentacja i promocja.

       Bogatą osobowość Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz poznajemy w pierwszym rozdziale poświęconym wspomnieniom z dzieciństwa i młodości. Daje on wgląd w historię rodziny, pokazuje jak kształtował się charakter Autorki na tle tużpowojennego odgruzowywania stolicy, gdzie mieszkała z rodzicami po powrocie z przymusowych robot w Niemczech. Krótkie, ale treściwe i bardzo plastyczne portrety rodziców, dziadków, krewnych ukazane zostały na tle przemian ustrojowych kształtujących się po zakończeniu II wojny światowej. 
        W kolejnych obszernych rozdziałach Autorka chronologicznie opowiada o swoich związkach ze sportem. Jest to właśnie bardziej opowieść niż sucha autobiografia, ponieważ napotkamy tu ciekawe przedstawienie postaci trenerów, działaczy i sportowców, pod których adresem wiele pochwał formułują współpracownicy i przyjaciele. Zaletą prezentacji dziejów polskiego sportu w latach PRL jest fakt, że Jadwiga Ślawska-Szalewicz docenia zasługi i wkład wielu wybitnych postaci polskiego sportu, zaangażowanie konkretnych osób, jak trenera judo Jana Ślawskiego, pochodzącej z Norylska trenerki badmintona Klaudii Majorowej, sukcesy sportowe splecione w dramatyczny los szablisty wszech czasów Jerzego Pawłowskiego i wielu, wielu innych, z którymi Autorka współpracowała. 
        Książka ta może służyć jako przewodnik po PRL, gdyż naocznie przedstawia, z jakimi problemami zmagali się sportowcy i działacze w czasach pustych półek, wieloetapowego zdobywania paszportów i zgody na wyjazd za granicę, szukania funduszy na sprzęt sportowy, nawiązywania kontaktów ze sponsorami. Współczesny czytelnik,  zwłaszcza młody, odkrywa jak wielkim zaangażowaniem i determinacją musieli wykazać się nie tylko sportowcy, od których wymaga się z reguły wielomiesięcznych i wieloletnich treningów, ale i ci, którym rozwój sportu leżał na sercu, chcąc wprowadzić na poziom światowy mało znaną i niszową dyscyplinę jaką był badminton. Szereg anegdotycznych wręcz opowiastek o wyklejanych taśmą kortach, które okazały się 20 cm za krótkie i nagle trzeba było wszystko poprawiać, o poszukiwaniu ręcznika dla członka zagranicznej ekipy sportowej biorącej udział w mistrzostwach w Polsce, o kontaktach z producentem żarówek w celu wymiany oświetlenia przed zawodami, o zdobywaniu pełnowartościowego pożywienia dla sportowców na zgrupowaniu ubarwia narrację, która staje się wartka i wciągająca. 
        Można czytać "Moje podróże z lotką" jak dokument o kolejnych etapach rozwoju powojennego polskiego sportu oraz jako podręcznik działacza i organizatora życia sportowego. Pewne wskazówki o współpracy z mediami, ze sponsorami, zasady pracy na rzecz kształtowania pozytywnego obrazu sportu pozostają nadal aktualne. Myślę, że nawet nabierają dodatkowego znaczenia w świecie komercjalizacji sportu, który z życiowej pasji i szkoły charakteru w wielu przypadkach przeobraził się w biznes. Książka Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz powinna być obowiązkową lekturą działaczy sportowych: dla starszych będzie przypomnieniem może początków ich własnej trudnej działalności, młodszym uświadomi jak długą drogę trzeba pokonać, aby dojść do sukcesu. Dla wszystkich zaś może być doskonałą okazją do refleksji o tym, co tak naprawdę  w życiu jest najważniejsze. 


Jadwiga Ślawska-Szalewicz 


Jadwiga Ślawska-Szalewicz z Iwoną Startek 
podczas spotkania promocyjnego w Centrum Olimpijskim