22 lip 2018

latem

latem

czasami deszcz kończy nasz dzień przedwcześnie  
znużeni marzymy o yerba mate pachnącej Urugwajem
w oparach kuchni mieszają się zapachy ogrodu
naręcza kopru mięty estragonu i cząbru
w koszach się moszczą na sen zimowy
cichną dźwięki pił traktory zjeżdżają z pól
sieczkarnie przestają dygotać w stodołach
i psy pochowały się w budach
tylko wiadro pod okapem zapełnia się pluskiem 



2 lip 2018

Jagodna

Jagodna

między drzewami mgła opada kroplami modlitwy
w leśnym ostępie wyrasta kolumnada  światła
w kapliczce na starej sośnie świątek ręce składa
twarz wychyla dobrotliwą nad paprociami
w zieleni błyszczą różańce czarnych jagód 
szemrzą rozmowy pochylonych zbieraczy
ręce czeszą krzewinki zgarniając czarne runo 
krzyże pleców stękają pod ciężarem obfitości
śmieją się wargi i zęby granatowe od soku
wysokie łochynie zapraszają łakomczuchów
drżą z uciechy podstępne pijanice
gdy dzieci garściami zjadają pękate owoce
łaciaty terier w mchu węszy nieznane tropy
oswaja wąskie ścieżki wydeptane przez kopytka
drogami których nie ma na żadnej mapie
mijają się wyznawcy jagodowego święta
bądź pozdrowiona Pani Jagodna
Królowo pełnych lasów Pani jagodzisk

28 cze 2018

Bohema biłgorajska ;-)

      Ostatnie spotkanie przed wakacjami. Tym razem zaprosiła nas do siebie Elżbieta Sokołowska. Nawet osobiście przywiozła niektórych. I znowu w czteroosobowym gronie (oprócz gospodyni także Halina Olszewska, Ewa Bordzań, Jacek Żybura i ja) debatowaliśmy o współczesnych i dawnych, może nie tak bardzo dawnych, poetach. Mieliśmy pochylić się nad Broniewskim, więc capnęłam tom wierszy pod pachę. Może dziwne, ale nie lubię jego cyklu trenów "Anka", który wielu krytyków porównuje z "Trenami" Jana Kochanowskiego. Owszem, są piękne obrazy, błyskotliwe migawki metaforyzujące żałobę, odejście, żal, rozpacz... Jak wierszu "Firanka". Mimo to nie widzę aż tak wielkich podobieństw. Całkiem inny język, inna skala wrażliwości, nie ta ranga. Wolę utwory, gorzkie, rozrachunkowe, o zdumiewającym autoironicznym spojrzeniu, jak "Rozmowa z Historią" czy "Targowisko". Zahaczają o politykę, ale cóż, Broniewski był przecież politycznie ukierunkowany. Nie przeszkodziło mu to w wylądowaniu w "mamrze sowieckim", jak opisywał w we wspomnianej "Rozmowie z Historią". Aleksander Wat wspominał, że Broniewski miał niesamowity dar wkurzania Sowietów, gdy zamknięty w celi lwowskiego więzienia na Zamarstynowie wyśpiewywał na cały głos pieśni rewolucyjne.  Ale dar poetycki miał niezaprzeczalny i wrodzony, tego nie można się nauczyć. Dlatego gdy ktoś pyta, jak pisać wiersze lub jak wiersze się pisze, cóż można powiedzieć. 

Biały papier jest lepszy
od złego wiersza,
złego wiersza nic nie polepszy,
a sprawa pierwsza:

nie pisać, jeśli nie umiesz,
druga: jeśli nie masz powodu...

Za Broniewskim poszliśmy "Ulicą Miłą" - fragment wiersza przeczytał Jacek Żybura. Przy okazji towarzystwo uwzięło się na mnie, próbując "nawrócić" na słuchanie muzyki rockowej w wykonaniu IRA, ale dzielnie się opierałam, co było tym bardziej łatwe, że wbrew opinii Elżbiety i Haliny Artur Gadowski nigdy nie zachwycał mnie urodą. Ale nie to jest istotne, tylko literatura, poezja, słowo... Poetyckim słowem  - w chwilach przerwy między kanapeczkami, ciastem i plotkami - posilaliśmy się w miarę proporcjonalnie ;-) Halina przeczytała swój erotyk bez dosłownego erotyzmu. Brakowało tylko lornetki sąsiada podglądającego z przeciwległego balkonu. A mnie się napisał wiersz polityczny (!):

kurna chata

jak to leciało? z dymem pożarów
z kurzem krwi bratniej zawodzimy pretensjami
wobec i wszem na wszelki wypadek
by wszyscy wiedzieli że nam nie po drodze
z tymi którzy na mównicach wypluwają racje
to jest wielka rzecz na skraju świata
kurna chata z dymiącym kominem jak słup
prosto do obolałego nieba i sinych chmur
nam się nie marzy tramwajowy przystanek
my tutaj a jakby gdzie indziej poza trasą
z plecakiem oczekiwań i walizka haseł
niesionych nad głowami jak aureole
codziennej nieświętości osmalonej sadzą

  

14 cze 2018

Odyseja biłgorajska

     Wczoraj po południu Jacek Żybura ponownie zabrał czytelników i słuchaczy w podróż po dawnym Biłgoraju. Spotkanie autorskie i prezentacja tomiku "Biłgoraj "ze starych fotografii" w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece zdominowane zostało przez wspominki i próby odtworzenia dawnych ulic, budynków i mieszkańców miasta. Konfrontowano obecne nazwy ulic z dawnymi przekazami historycznymi i pamięcią zebranych. O tym, że obecna Lubelska była dawniej Mostową (od mostu nad Ładą) lub Rynkową można się stosunkowo łatwo domyślić, ale inne dla mnie jako osoby napływowej (słoika - jak raczył określić Piotr Kupczak) są zbyt trudne do odgadnięcia. W etapach zmiany nazewnictwa kryje się też historia miasta. Czasem oczywista, jak ta, że ulica Radzięcka wiodła podróżnych w stronę Radzięcina. Jak jednak z obecnej ulicy Nadstawnej, a dawniej Krzeszowskiej wyjechać na ów Krzeszów, nie bardzo można sobie wyobrazić. Nie ma już młyna, nie istnieje dwór Nowakowskiego, nie ma tartaków. Mam wrażenie, że obecne miasto znacznie się różni od dawnego, tego z początku XX wieku, opisanego w wierszach. Nikt na przedmieściach nie hoduje kur, kaczek ani świń, nie uświadczy drabiniastych wozów z końmi, na odpustach dominują chińskie zabawki z plastiku zamiast drewnianych ptaków, wirujących bąków i trocinowych piłeczek czy papierowych wiatraczków. Dobrze, że chociaż czwartkowy targ odbywa się jak dawniej, choć w innym miejscu. 
     Spotkanie z Jackiem i jego najnowszymi wierszami ożywiło wspomnienia i wyobraźnię. O roli wyobraźni w powstawaniu cyklu "ze starych fotografii" mówił sam autor. Tam, gdzie milczą źródła historyczne, wyobraźnia pozostaje jedyna siłą zdolną odtworzyć i zatrzymać przeszłość dla współczesnych. Na jak długo jeszcze? Nie wiadomo, gdyż miasto stale dąży do nowoczesności i urbanistycznej wielkomiejskości. Czasami jakby na wyrost, niewspółmiernie do miejsca i roli, jaką odgrywa. A mnie jednak trochę żal małego prowincjonalnego miasteczka z wielokulturową tradycją. 
Być może tomik Jacka Żybury to jeden z ostatnich już tak pełnych obrazów przeszłości Biłgoraja, którego autentyczność mogą potwierdzić najstarsi mieszkańcy. Niedługo zabraknie i tych ostatnich świadków. Pozostaną wiersze.
    Nie mam zdjęć z Biblioteki, więc przypomnę tylko te ze spotkania w Mieszkaniu Poezji w ZSBiO. 





3 cze 2018

Biłgorajskie Mieszkanie Poezji

        24 maja biblioteka ZSBiO stała się tymczasową stolicą poezji w Biłgoraju, gdzie zgromadzili się twórcy, czytelnicy i wielbiciele poetyckiego słowa. Kilkugodzinne spotkanie wymagało nie lada kondycji, ale udało się dotrwać prawie do samego końca ;-) Czytaliśmy wiersze, słuchaliśmy jak czytają inni, próbowaliśmy pisać sami, przenieśliśmy się do początku XX wieku, kiedy rodziły się futurystyczne manifesty słów na wolności i zawędrowaliśmy na Daleki Wschód do Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie w XVII wieku powstawała poezja haiku. Nasi goście opowiadali o twórczości, o poezji, o wydawaniu książek, o roli wyobraźni, kiedy brakuje słów i o słowach, które zastępują świat. Pierwsze Mieszkanie Poezji w Biłgoraju miało rozmach, oprawę i atmosferę nieformalnego chaosu ;-) Zaproszeni goście docierali do nas w odstępach czasu pozwalających na spektakularne wejścia.  Ewa Bordzań, Halina Ewa Olszewska, Elżbieta Sokołowska, Jacek Żybura i Piotr Kupczak  "potulnie" dostosowali się do pomysłów organizatorek i odpowiadali na pytania, czytali swoje wiersze, "nakręcali" atmosferę twórczej improwizacji. Nawet do zdjęcia "na ściance" niektórzy dali się ustawić. Dawno już w Biłgoraju nie było takiej akcji, w której poeci mieliby czas i miejsce zaprezentować się w tak wielostronny sposób. Może uda się kiedyś to jeszcze powtórzyć ;-)

Plakat Mieszkania Poezji 2018 - program spotkania

Mieszkanie Poezji 2018

Hasło tegorocznego festiwalu Miasta Poezji

Stoisko wydawnictwa Suite 77

Trzy Charyty prowadzące spotkanie

Twórczy namysł przy czerwonym stoliku

Jacek Żybura podpisuje tomik

Biłgoraj ze starych fotografii: ryciny i wiersze

Nawet słuchają ;-)

Publiczność

"Na ściance" poeta i jego wydawca

Co nowego w poezji


28 maj 2018

Norwidowo


      Pierwszego dnia festiwalu Miasto Poezji - 23 maja - spotkaliśmy się z okazji 135. rocznicy śmierci Cypriana Norwida. My to znaczy biłgorajscy poeci: Ewa Bordzań, Halina Ewa Olszewska, Elżbieta Sokołowska, Jacek Żybura i pisząca te słowa - Iwona Startek. Niewielki metraż Mieszkania Poezji zapełnił się ponad zwykłą miarę wszelakim dobrem: wierszami, dyskusją, biłgorajskim pierogiem gryczanym, pasztetem, lodami, nalewkami i duchem wieszczym. Wychodząc od Norwidowskiej koncepcji milczenia jako części mowy zastanawialiśmy się bowiem, co przemilcza współczesna poezja. W zasadzie niewiele, aczkolwiek odpowiedzialność nie jest tematem silnie obecnym. Czy to jednak może wróżyć - zgodnie z teorią autora "Fortepianu Szopena" - że poezja przyszłości będzie głosić pochwałę odpowiedzialności? Powiedzmy za 50 lat? Zachodzi poważna obawa, że za 50 lat zapanuje raczej totalny chaos. Ja jednak wierzę, że prawdziwa poezja się obroni. 
     Może więc dajmy spokój wieszczeniom. Jacek Żybura zadawał nam zagadki: jaki błąd fleksyjny znajduje się w wierszu Norwida "Moja piosnka II", dlaczego poemat "Polka"przypomina disco polo... Nie, no przepraszam, nie zgadzam się. W pierwszym przypadku chodzi raczej o konstrukcję eliptyczną niż błąd fleksyjny, a w drugim pieśń Harfiarza jest i tak bardziej strawna niż discopolowe prymitywne piosenki ;-) Norwid może być wkurzający, z Norwidem można się nie zgadzać, ale nie jest prymitywny! 
      Ewa Bordzań czytała na chybił trafił i okazało się, że Norwid pasuje na każdy temat. Był czy nie był Bezdomny Poeta wielkim acz niedocenionym? Trochę na własne życzenie, niestety. Czy pychą jest mieć świadomość, że się przerasta tłum dookoła, nie znajdując zrozumienia u współczesnych? Czy to tylko skrajna bezkompromisowość i odwaga raczej trzymania się własnego rozumienia poezji i sztuki? Mieliśmy nawet "telekonferencję" z artystką z Olsztyna - Hanną Fogel - autorką tomiku "Wysoko niebo, głęboko ziemia". Klęczałam na środku pokoju z ręką w górze łapiąc zasięg telefonem. Telefonia zdała egzamin - połączenia nam nie zerwało ;-) 
      Wszystkich tematów poruszanych na spotkaniu nie ujawnię, część zostanie polem domysłów ;-) Nie zdradza się tajemnic poetyckich inspiracji. Natomiast niech żałują ci, którzy na spotkanie nie dotarli, choć byli zaproszeni (nazwiska litościwie pominę). W każdym razie stanęło na ważnym postanowieniu: powołujemy do życia biłgorajską bohemę! :-) Następne spotkanie już wkrótce. 

PS Coś czytałam na zakończenie spotkania, ale zapomniałam co ;-) Trudno, niech będzie zastępczo, oczywiście też Norwid:

Ale cóż? - ptaki, co im się przywidzi,
To wyśpiewują, przysiadłszy na tarczy
Albo na hełmie moim - a duch widzi,
Że kłamią - prawda jedynie wystarczy
Nam, co za prawdą gonim, Don Kichotom,
Przeciwko smokom, jadom, kulom, grotom!...

15 maj 2018

Biłgorajskie Mieszkania Poezji 2018


Festiwal Miasto Poezji  to cykl wydarzeń kulturalnych organizowanych przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. Wydarzenia o zróżnicowanym charakterze – od artystycznych poprzez popularyzatorskie, po naukowe – związane z literaturą oraz jej obecnością w Lublinie odbywają się na przestrzeni całego roku, a ich kulminacją jest majowy festiwal, który w tym roku będzie trwał w dniach 23 – 26 maja. Majowa kulminacja wydarzeń festiwalowych organizowana jest od 2008 roku i zatacza coraz szersze kręgi.
Jedną z form działań są Mieszkania Poezji, czyli otwarcie się na przestrzeń prywatną bądź zaanektowaną z przestrzeni publicznej i wkomponowanie jej w Festiwal, co pozwala na jego współtworzenie przez każdego zainteresowanego. Część zdarzeń festiwalowych odbędzie się w miejscach, których gospodarze wyrażą na to zgodę, umożliwiając zaistnienie wydarzenia kulturalnego o charakterze społecznym.  W czasie tych spotkań ich uczestnicy będą mogli czytać swoje ulubione wiersze, opowiadać o swojej fascynacji poezją czy też konkretnym poetą. W tym roku twórcy festiwalu zaprosili do organizowania Mieszkań Poezji na terenie całej Lubelszczyzny, w każdym mieście, miasteczku czy prywatnych domach.

W tym roku dwa będą działały dwa Mieszkania Poezji w Biłgoraju

       23 maja o godz. 16:00 biłgorajscy poeci spotkają się w Mieszkaniu Poezji u mnie. Zapowiedzieli się: Ewa Bordzań, Piotr Kupczak, Halina Olszewska, Ela Sokołowska, Jacek Żybura i pisząca te słowa Iwona Startek. Poza tym zapraszam wirtualnie wszystkich przyjaciół, twórców, poetów i wielbicieli poezji do kontaktu poprzez blog lub drogą majlową do włączenia się do naszego spotkania. Tematem będzie "Milczenie jako część mowy" - w 135. rocznicę śmierci Cypriana Norwida. Rozmawiamy więc o Norwidzie, czytamy Norwida, Norwidem się inspirujemy... :-)) 

      24 maja z kolei serdecznie zapraszamy tych, którzy poezję czytają i piszą do Mieszkania Poezji w ZSBiO. 
        Można wstąpić na kilka chwil bądź na dłużej, włączyć się w poszczególne przedsięwzięcia, które 24 maja wypełnią przestrzeń szkolnej biblioteki. Chętnych gości, planujących odwiedzić biłgorajskie Mieszkanie Poezji w bibliotece ZSBiO prosimy o wcześniejszy kontakt  z koordynatorkami Mieszkania Poezji – Iwoną Startek lub Dorotą Szymanek.

Program Mieszkania Poezji - biblioteka ZSBiO, ul. Cegielniana 24

10:00 – 10:45 – Poezja dnia powszedniego: poezja uliczna i poezja ulicy; prezentacja multimedialna, czytanie wierszy, także własnych, inspirowanych codziennością;
10:50 – 11:45 – Biłgoraj wart jest poezji – prezentacja tomiku Jacka Żybury „Biłgoraj ze „starych fotografii”;  spotkanie z autorem i wydawcą; będzie można nabyć tomik
12:00 – 13:20 – Lubelszczyzna i Biłgorajszczyzna inspirują – czytanie wierszy poetów regionu, lubelskich, zamojskich, biłgorajskich; zachęcamy do zaprezentowania swoich ulubionych utworów; spotkanie z poetami Biłgoraja: Ewą Bordzań, Piotrem Kupczakiem, Haliną Olszewską, Elżbietą Sokołowską, Iwoną Startek, Jackiem Żyburą
13:30– 14:30 – warsztaty pisania haiku – prowadzą Iwona Startek i Halina Olszewska;
15:00 – 16:00 – Kto pisze, nie błądzi! – prezentacja wierszy własnych, każdy może przynieść i zaprezentować to, co pisze; bez ocen, bez krytyki, po prostu dla siebie i innych;
Uwaga! Program może ulec nieznacznym zmianom z przyczyn niezależnych od organizatora.
                                                                           ZAPRASZAM!


17 kwi 2018

"płynie echo przeszłości po czasów oddali"

   
         Biłgoraj zasługiwał na taką książkę od dawna. Wymagała ona głębokiego zanurzenia w czas miniony i zasłuchania w niesłyszalne głosy przeszłości. Wymagała pieczołowitości w uważnym zapatrzeniu w szczelinę rzeczywistości, tę szczelinę, przez którą widać – jak sugeruje Roberto Calasso – inną rzeczywistość, sytuując literaturę w przestrzeni „długiego trwania”.  Najnowszy tomik Jacka Żybury „Biłgoraj „ze starych fotografii” udowadnia, że poetycka „zemsta ręki śmiertelnej” prowadzi ku nieśmiertelności.
Jeśli przyjąć, że literatura jest specyficznym rodzajem komunikacji, to „Biłgoraj ze starych fotografii” Jacka Żybury pełni tę funkcję w sposób szczególny: osadzony w konkretnej topografii miasta świat tych wierszy żyje kulturowym i obyczajowym bogactwem dawnych mieszkańców. Miejska przestrzeń, wyznaczona rogatkami, ulicami (których nazwy przetrwały częściowo do dzisiaj), młynem nad Ładą i dzwonnicami kościołów, zaludnia się wielokulturową społecznością modlących się Żydów, gromadnie wyruszającymi i powracającymi sitarzami, chłopami i babami z okolicznych wiosek przyjeżdżającymi na jarmark i żołnierzami kozackiej sotni. Sceny codziennego małomiasteczkowego gwaru uderzają zmysłowymi opisami wielorakich dźwięków, zapachów i kolorów. Od ruchliwego targowego tłumu („Czwartek na biłgorajskim rynku”) przechodzimy do szabasowych żydowskich pieśni („W szabasowy wieczór”), od sielankowego dworskiego ogrodu do starego kirkutu, na którym „w fałdach czasu/ zamknięte w akrostych/ gasną powoli zatarte daty imiona …”
Czytelnik prowadzony przez uważnego kronikarza uczestniczy w odświętnych wydarzeniach organizujących rytm życia miejskiej gromady: jesiennym powitaniu i wiosennym pożegnaniu sitarzy, pielgrzymce wiernych na odpust do Puszczy Solskiej, żydowskim weselu, przygotowywaniu wigilijnej wieczerzy, koncercie kozackiej orkiestry. Na granicy miasta i wsi, w zaułkach i ogródkach czas płynie wolniej, nad kwietnymi zagonami słychać krowy, koguty, psy, a gdzieś daleko niesie się echo końskich kopyt na bruku. Ma się wrażenie, że ciekawski obserwator przeszedł wszystkimi ulicami, zajrzał do sitarskich zagród i żydowskich sklepików, wtopił się w tłum uważnie nasłuchując rozmów, śmiechu i płaczu, modlitw zza okien i wrzasków z nocnych spelunek.
Siłą poetyckich obrazów Jacka Żybury jest mnogość sensualistycznych doznań: zapachy ziół, chleba, świec, dźwięki dzwonów, skrzypiących wozów, okrzyki, kolory kwiatów, domów, ścian, kształty, kalejdoskop ludzkich gestów jak na filmowej taśmie: mężczyzn pracujących w tartaku, dzieci bawiących się w chowanego, krzątających się kobiet, fruwające motyle, kaczki, kury, indyki spacerujące  w obejściach; tylko staruszki drzemią nieruchomo na ławce.  Dominujący w opisach czas teraźniejszy, utrwalając przeszłość w wiecznym „teraz”, sprawia wrażenie, jakby świat  na moment tylko zastygł: „ktoś wyszedł z domu ogrodnika…” zdaje się, że tylko na chwilę… zaraz wróci i życie potoczy się dalej dawnym rytmem (za wjazdową kutą bramą…).
Najciekawszy efekt poetyckiej kreacji pojawia się w utworach, w których dynamika dnia wstającego po nocy lub przemiany dnia w zmierzch, gdy „maleją dachy rosną ścian pochyłe cienie” a blask księżyca oświetla nocny Rynek. Mgła spływająca „nocnym brokatem” z Ratusza, potęgując zapachy piekarni i kościelne dzwony, tworzy czechowiczowski klimat przestrzeni baśniowej („Rynek –nocny pejzaż z księżycem”). Symultaniczność zdarzeń i obrazów podkreślają paralelnie uszeregowane konstrukcje składniowe: a w saskim skwerku… a w lupanarze…, a słońce… oraz współrzędnie łączone spójnikiem „i”.
       Trafnie zastosowana w tytule tomiku analogia do fotografii znajduje potwierdzenie w postawie podmiotu mówiącego, który zdaje się zwracać do czytelnika słowami Mickiewicza: „widzę i opisuję” . Jest to jednak postać naszych czasów, ktoś z naszego świata, kto patrzy w przestrzeń nie tak odległą, a przecież minioną, poprzez obrazy poetyckie rozwijając nić porozumienia „między dawnymi i młodszymi laty”. Owa dawność kulturowa żydowsko-sitarskiego miasteczka na Lubelszczyźnie, wywoływana zasobem leksykalnym bogatym w archaizmy rzeczowe i słownictwo związane z obyczajowością żydowską, realizuje poetycki „głód konkretu” zdefiniowany przez Zbigniewa Chojnowskiego jako „antidotum na zagrożoną i rozmydlaną przez anomię, masowość, redukcję refleksji, inwazję kiczu, a nade wszystko wirtualizację rzeczywistości, podmiotową strukturę człowieka współczesnego…” Realizm szczegółów prowadzi do odkrywania w poetyckiej formie śladów ludzkiego bytowania, będących zapisem wspólnego losu wielokulturowej społeczności.

      Dopełnieniem tomiku są bogate przypisy wyjaśniające wiele zapomnianych dzisiaj obyczajów sitarskiej i żydowskiej społeczności. Wiele z nich odnosi się także do szczegółów topograficznych, rozmieszczenia ulic, zmiany ich nazwy czy lokalizacji budynków, o których mowa, a które dzisiaj nie istnieją. Istotny wpływ na odbiór tomiku mają wykonane na zamówienie czarno-białe grafiki ściśle korespondujące z treścią utworów. Całość została pomyślana i skomponowana jako jak najwierniejsze odtworzenie specyficznego ducha miasteczka poprzez zaangażowanie wszystkich zmysłów i poruszenie wyobraźni, aby po lekturze idąc niedzielnym popołudniem usłyszeć echo pułkowej orkiestry Kozaków Dońskich, a przy figurze św. Jana Nepomucena zobaczyć odchodzących w świat sitarzy. 

Biłgorajskie Studio Wydawnicze Suite 77 jedzie z tak bardzo biłgorajskim tomikiem na Międzynarodowe Targi Książki, które w najbliższy weekend (20 - 22 kwietnia) odbędą się w Białymstoku w ramach festiwalu literackiego "Pogranicze kultur". Jacek Żybura będzie podpisywał na nim swoje najnowsze wiersze, a Biłgoraj w ten sposób będzie godnie reprezentowany w szeregu innych publikacji i autorów. 


Zdjęcie okładki ze strony Studia Wydawniczego Suite 77
W nocie wykorzystałam swój wstęp do tomiku "Biłgoraj w scenach widzenia Jacka Żybury"                                                                                                                                        

10 kwi 2018

Stefan Knapp - biłgorajanin w świecie

       Sława małych miasteczek budowana jest dzięki osiągnięciom ich  mieszkańców. To oni niosą w świat rodzinne strony nawet jeśli przyjdzie im żyć na obczyźnie, gdzie tworzą, dokonują odkryć, pracują, prowadzą różnoraką działalność społeczną. Biłgoraj na Lubelszczyźnie ma swojego ambasadora w osobie Stefana Knappa (1921 - 1996) wybitnego powojennego malarza, którego dzieła można oglądać w wielu krajach na kilku kontynentach, m.in. w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Meksyku, Gwatemali, Japonii, czy Indiach. Są oczywiście także w Polsce.
       Urodzony w Biłgoraju, tutaj spędził pierwsze lata życia i czas uczęszczania do szkoły powszechnej. Dalszy etap edukacji podjął we Lwowie, gdzie zastał go wybuch II wojny światowej.  Podobnie do wielu mieszkańców wschodniego pogranicza przeszedł syberyjską odyseję: od więzienia w Rawie Ruskiej, przez  więzienie lwowskie,  pobyt w Chersoniu nad Morzem Czarnym, po  skazanie na 5 lat łagrów w pobliżu Archangielska, gdzie pracował przy budowie kolei. Doświadczenia zesłańcze opisał w angielskojęzycznej wspomnieniowej książce "The Square Sun" (1957), która dopiero 30 lat później ukazała się w polskim tłumaczeniu "Kwadratowe słońce" (1987). Wolność odzyskał w 1941 roku na podstawie amnestii w wyniku układu Sikorski-Majski. Zgłosił się do tworzonego Wojska Polskiego, składając akces do lotnictwa. W Wielkiej Brytanii przeszedł szkolenie lotnicze i kursy pilotażu, w wyniku których ostatecznie został pilotem RAF i  otrzymał przydział do 318 "Gdańskiego" Dywizjonu Myśliwsko-Rozpoznawczego, w którym służył do końca wojny. 
 Stefan Knapp jako pilot RAF

Za wojenną służbę został odznaczony  między innymi Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. To właśnie wtedy także zmienił pisownię swojego nazwiska z Knap na Knapp, dodając podwójne "p". 
        Stefan Knapp talent malarski przejawiał od dzieciństwa. Malował rysunki z natury, a w czasie służby wojskowej portretował kolegów. Podczas pobytu na zesłaniu lepił figurki z więziennego chleba. Jednakże regularną edukację w tej dziedzinie podjął dopiero po wojnie w Central School of Arts w Londynie, a następnie na wydziale Slade Scholl of Fine Art University College London, który ukończył uzyskaniem dyplomu w 1950 roku. W wyniku kilkuletniego poszukiwania własnej drogi twórczej wypracował własny rozpoznawalny styl w postaci wielkich kolorowych murali i panneau wykonywanych z łączonych stalowych blach malowanych emalią. Dzieła te przyciągają wzrok wielkością, kolorystyką i symboliczna wymowa kształtów i barw. Wielokrotnie dawał w nich wyraz, zwłaszcza w pierwszych latach twórczości, traumatycznym przeżyciom z czasów wojny, zwłaszcza zesłania. Z czasem Stefan Knapp stał się artysta znanym i cenionym o czym świadczą liczne zamówienia jakie otrzymywał z różnych zakątków świata. 
         Jego wielkie przestrzenne dzieła kolorowo emaliowanych stalowych blach zobaczyć można na londyńskim lotnisku  Heathrow,  w Paramus w stanie New Jersey, zdobią budynek sieci Aleksander`s w Nowym Jorku oraz St Anne`s College w Oxfordzie czy siedzibę ONZ w Genewie.  Murale Knappa oglądać mogą mieszkańcy Ontario (gmach Synagogi), Hagi (gmach Hearsh) ,  Dusseldorfu (Szpital Miejski), Paryża (gmach C.I.N.), Hamburga ( gmach Unilever). Obrazy mniejszych rozmiarów, aczkolwiek także  tworzone nowatorską techniką emalii, znajdują się w państwowych  i prywatnych galeriach w Japonii, Meksyku czy Indii. Jednocześnie artysta przez wiele lat prezentował swoje prace na licznych wystawach w galeriach Europy (Londyn,  Monachium, Amsterdam,  Manchester,  Bordeaux,  Linz,  Paryż),  w Stanach Zjednoczonych (Nowy Jork, Detroit, San Jose w Kalifornii),  Ameryce Południowej (Argentyna, Wenezuela, Peru). 
        Jednym z najsłynniejszych dzieł Stefana Knappa jest olbrzymich rozmiarów (60 na 15 metrów) mural wykonany w Paramus (New Jersey):


Jego dzieła znajdują się też w Polsce, gdyż artysta nigdy nie zerwał kontaktów z krajem ojczystym i często tutaj przyjeżdżał zarówno w celach artystycznych, jak i prywatnych, odwiedzając rodzinny Biłgoraj. Uwagę zwraca mural na ścianie głównej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu czy na dziedzińcu planetarium w Olsztynie. Oba w sposób plastyczny nawiązujące do kosmicznych wizji:


        Planetarium w Olsztynie


Mural w Toruniu 

Mikołaj Kopernik widoczny na muralu, sportretowany został przez Stefana Knappa także jako dar dla szkoły w rodzinnym mieście Biłgoraju:



Inny dar dla rodzinnego miasta to  obraz Krzyż, który miałam okazję oglądać  podczas wystawy w Kościele pw. św. Jerzego w Biłgoraju. Obraz upamiętnia wizytę Jana Pawła II w Lublinie w 1987 roku. 


      Stefan Knapp należał do najsłynniejszych polskich artystów znanych w świecie w II połowie XX wieku. Swoją techniką rozpoczął nowy kierunek sztuki współczesnej malowania emalią, a jego dzieła wzbudzają zainteresowanie zwykłych ludzi i młodszych pokoleń artystów. Warto zwrócić na nie uwagę, gdy  będziemy w miastach , gdzie zostawił swój ślad. Możemy być jako Polacy dumni z osiągnięć,  do jakich doszedł, zawsze przy tym, mimo wielu lat spędzonych na emigracji, powtarzając: "Urodziłem się w Biłgoraju, jestem Polakiem".  


Tekst opublikowany w najnowszym 116. numerze "Listów z Daleka", luty - marzec 2018,  polonijnego czasopisma wydawanego w Liege, Belgia.

PS Zdjęcia się niektóre nie mieszczą ;-)

25 mar 2018

Muzyka w nastroju wielkopostnym

      Albert Schweitzer twierdził, że w "muzyce Buxtehudego interesujące jest wszystko".  I chociaż miał na myśli jego twórczość instrumentalną, z powodzeniem można te słowa odnieść także do dzieł głosowych, jak "Membra Jesu nostri patientis sanctissima" (Najświętsze członki naszego cierpiącego Jezusa) z 1680 roku. Wielki Post, a szczególnie Wielki Tydzień od wieków inspirował kompozytorów, czego świadectwem są liczne Pasje, z Bachowskimi na czele, Ciemne Jutrznie, jak chociażby cykle Charpentiera, czy mnogość wersji Stabat Mater od czasów baroku (np. Pergolesiego) po współczesne (np. skomponowane przez  Marco Rosano specjalnie dla Andreasa Scholla).
      Dietrich Buxtehude przez prawie 40 lat mieszkał w Lubece, gdzie pełniąc funkcję organisty, kierownika chóru i kompozytora przygotowywał muzyczną oprawę liturgiczną. Niemniej często jego utwory nie powstawały na zamówienie a z potrzeby serca inspirowanej tekstami biblijnymi i średniowieczną poezją. "Membra Jesu nostri" jest utworem wpisującym się w obchody Wielkiego Piątku, a zarazem libretto stanowi połączenie tekstu trzynastowiecznego poety Arnulfa z Louvain i fragmentów biblijnych, w tym kilku z Pieśni nad pieśniami. Siedmioczęściowa całość rozważa mękę Jezusa w kolejnych jego ranach (nawiązanie do nabożeństwa ku czci Siedmiu Ran Chrystusa): stóp, kolan, rąk, przebitego boku, piersi, serca i głowy. Od części ciała pochodzą tytuły kolejnych kantat wchodzących w skład całości, a są to:

1. Ad pedes: Ecce super montes
2. Ad genua: Ad uber portabimini
3. Ad manus: Quid sunt plagae istae
4. Ad latus: Surge amica mea
5. Ad pectus: Sicut modo geniti infantes
6. Ad cor: Vulnerasti cor meum
7. Ad faciem: Illustra faciem tuam

     Kompozycja rozpisana została na pięć głosów: dwa soprany, alt, tenor i bas, które wykonują solówki w kolejnych kantatach, z wyjątkiem piątej, w której wybijają się alt, tenor i bas oraz szóstej z udziałem sopranów i basu. Głosom towarzyszy kameralny zestaw instrumentów: dwoje skrzypiec, wiola i continuo.
      W sobotę 24 marca niezwykle emocjonalne dzieło Buxtehudego usłyszeliśmy w kościele Wniebowzięcia NMP w wykonaniu muzyków lubelskich: The Snopkers Ensmble i Zespołu Instrumentów Dawnych Senza Battuta z chórem i solistami: Ewą Lalką (sopran), Michałem Wajda Chłopickim (alt), Rafałem Grozdewem (tenor) i Łukaszem Rynkowskim (bas). Całością dyrygował Dominik Mielko. Niestety, biłgorajska publiczność nie dopisała. Być może natłok wydarzeń,w tym przygotowań świątecznych i nabożeństw rekolekcyjnych sprawił, że niewielu chętnych przyszło posłuchać wybitnego dzieła barokowej muzyki. Z drugiej strony trzeba przyznać, że rozwieszenie plakatów na słupach to za mało,a by przyciągnąć współczesne młode internetowe pokolenie. W sferze zareklamowania koncertu można było zrobić o wiele więcej, np. opublikować informacje o kompozytorze i utworze na lokalnych portalach informacyjnych, rozpropagować wydarzenie poprzez przybliżenie postaci i tematu w ogłoszeniach parafialnych - a każda parafia ma przecież własną stronę internetową. Dziwi też mizerna aktywność w zakresie popularyzacji biłgorajskich przybytków kultury: Biłgorajskiego Centrum Kultury, Młodzieżowego Domu Kultury czy Szkoły Muzycznej. Takie wydarzenia powinny szczególnie te instytucje interesować. Tymczasem przybyła garstka pasjonatów, a honor biłgorajskiego środowiska muzycznego ratował Henryk Nizio, były dyrygent Męskiego Chóru Ziemi Biłgorajskiej.
      Z osobą Dietricha Buxtehudego związany jest nierozerwalnie Jan Sebastian Bach, który według popularnej legendy w 1705 pieszo wędrował 400 km z Arnstadt do Lubeki, aby posłuchać mistrza organistyki. badacze, mają wątpliwości, czy rzeczywiście wędrówka mogła odbyć się na piechotę, ale nie ulega wątpliwości, że Bach spędził w Lubece 4 miesiące. Do dzisiaj rozważa się jak wielki wywarło to wpływ na kształtowanie muzycznej osobowości wielkiego kantora z Lipska, doszukując się w jego dziełach śladów muzycznego przetworzenia rodem z dzieł Buxtehudego. Toteż poznając kompozycje barokowego mistrza z Lubeki, poznajemy wielką tradycje i drogę, z której wyrósł największy jego następca i autor muzyki chorałowej.

Buxtehude: Membra Jesu nostri: Ad cor