15 maj 2018

Biłgorajskie Mieszkania Poezji 2018


Festiwal Miasto Poezji  to cykl wydarzeń kulturalnych organizowanych przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. Wydarzenia o zróżnicowanym charakterze – od artystycznych poprzez popularyzatorskie, po naukowe – związane z literaturą oraz jej obecnością w Lublinie odbywają się na przestrzeni całego roku, a ich kulminacją jest majowy festiwal, który w tym roku będzie trwał w dniach 23 – 26 maja. Majowa kulminacja wydarzeń festiwalowych organizowana jest od 2008 roku i zatacza coraz szersze kręgi.
Jedną z form działań są Mieszkania Poezji, czyli otwarcie się na przestrzeń prywatną bądź zaanektowaną z przestrzeni publicznej i wkomponowanie jej w Festiwal, co pozwala na jego współtworzenie przez każdego zainteresowanego. Część zdarzeń festiwalowych odbędzie się w miejscach, których gospodarze wyrażą na to zgodę, umożliwiając zaistnienie wydarzenia kulturalnego o charakterze społecznym.  W czasie tych spotkań ich uczestnicy będą mogli czytać swoje ulubione wiersze, opowiadać o swojej fascynacji poezją czy też konkretnym poetą. W tym roku twórcy festiwalu zaprosili do organizowania Mieszkań Poezji na terenie całej Lubelszczyzny, w każdym mieście, miasteczku czy prywatnych domach.

W tym roku dwa będą działały dwa Mieszkania Poezji w Biłgoraju

       23 maja o godz. 16:00 biłgorajscy poeci spotkają się w Mieszkaniu Poezji u mnie. Zapowiedzieli się: Ewa Bordzań, Piotr Kupczak, Halina Olszewska, Ela Sokołowska, Jacek Żybura i pisząca te słowa Iwona Startek. Poza tym zapraszam wirtualnie wszystkich przyjaciół, twórców, poetów i wielbicieli poezji do kontaktu poprzez blog lub drogą majlową do włączenia się do naszego spotkania. Tematem będzie "Milczenie jako część mowy" - w 135. rocznicę śmierci Cypriana Norwida. Rozmawiamy więc o Norwidzie, czytamy Norwida, Norwidem się inspirujemy... :-)) 

      24 maja z kolei serdecznie zapraszamy tych, którzy poezję czytają i piszą do Mieszkania Poezji w ZSBiO. 
        Można wstąpić na kilka chwil bądź na dłużej, włączyć się w poszczególne przedsięwzięcia, które 24 maja wypełnią przestrzeń szkolnej biblioteki. Chętnych gości, planujących odwiedzić biłgorajskie Mieszkanie Poezji w bibliotece ZSBiO prosimy o wcześniejszy kontakt  z koordynatorkami Mieszkania Poezji – Iwoną Startek lub Dorotą Szymanek.

Program Mieszkania Poezji - biblioteka ZSBiO, ul. Cegielniana 24

10:00 – 10:45 – Poezja dnia powszedniego: poezja uliczna i poezja ulicy; prezentacja multimedialna, czytanie wierszy, także własnych, inspirowanych codziennością;
10:50 – 11:45 – Biłgoraj wart jest poezji – prezentacja tomiku Jacka Żybury „Biłgoraj ze „starych fotografii”;  spotkanie z autorem i wydawcą; będzie można nabyć tomik
12:00 – 13:20 – Lubelszczyzna i Biłgorajszczyzna inspirują – czytanie wierszy poetów regionu, lubelskich, zamojskich, biłgorajskich; zachęcamy do zaprezentowania swoich ulubionych utworów; spotkanie z poetami Biłgoraja: Ewą Bordzań, Piotrem Kupczakiem, Haliną Olszewską, Elżbietą Sokołowską, Iwoną Startek, Jackiem Żyburą
13:30– 14:30 – warsztaty pisania haiku – prowadzą Iwona Startek i Halina Olszewska;
15:00 – 16:00 – Kto pisze, nie błądzi! – prezentacja wierszy własnych, każdy może przynieść i zaprezentować to, co pisze; bez ocen, bez krytyki, po prostu dla siebie i innych;
Uwaga! Program może ulec nieznacznym zmianom z przyczyn niezależnych od organizatora.
                                                                           ZAPRASZAM!


17 kwi 2018

"płynie echo przeszłości po czasów oddali"

   
         Biłgoraj zasługiwał na taką książkę od dawna. Wymagała ona głębokiego zanurzenia w czas miniony i zasłuchania w niesłyszalne głosy przeszłości. Wymagała pieczołowitości w uważnym zapatrzeniu w szczelinę rzeczywistości, tę szczelinę, przez którą widać – jak sugeruje Roberto Calasso – inną rzeczywistość, sytuując literaturę w przestrzeni „długiego trwania”.  Najnowszy tomik Jacka Żybury „Biłgoraj „ze starych fotografii” udowadnia, że poetycka „zemsta ręki śmiertelnej” prowadzi ku nieśmiertelności.
Jeśli przyjąć, że literatura jest specyficznym rodzajem komunikacji, to „Biłgoraj ze starych fotografii” Jacka Żybury pełni tę funkcję w sposób szczególny: osadzony w konkretnej topografii miasta świat tych wierszy żyje kulturowym i obyczajowym bogactwem dawnych mieszkańców. Miejska przestrzeń, wyznaczona rogatkami, ulicami (których nazwy przetrwały częściowo do dzisiaj), młynem nad Ładą i dzwonnicami kościołów, zaludnia się wielokulturową społecznością modlących się Żydów, gromadnie wyruszającymi i powracającymi sitarzami, chłopami i babami z okolicznych wiosek przyjeżdżającymi na jarmark i żołnierzami kozackiej sotni. Sceny codziennego małomiasteczkowego gwaru uderzają zmysłowymi opisami wielorakich dźwięków, zapachów i kolorów. Od ruchliwego targowego tłumu („Czwartek na biłgorajskim rynku”) przechodzimy do szabasowych żydowskich pieśni („W szabasowy wieczór”), od sielankowego dworskiego ogrodu do starego kirkutu, na którym „w fałdach czasu/ zamknięte w akrostych/ gasną powoli zatarte daty imiona …”
Czytelnik prowadzony przez uważnego kronikarza uczestniczy w odświętnych wydarzeniach organizujących rytm życia miejskiej gromady: jesiennym powitaniu i wiosennym pożegnaniu sitarzy, pielgrzymce wiernych na odpust do Puszczy Solskiej, żydowskim weselu, przygotowywaniu wigilijnej wieczerzy, koncercie kozackiej orkiestry. Na granicy miasta i wsi, w zaułkach i ogródkach czas płynie wolniej, nad kwietnymi zagonami słychać krowy, koguty, psy, a gdzieś daleko niesie się echo końskich kopyt na bruku. Ma się wrażenie, że ciekawski obserwator przeszedł wszystkimi ulicami, zajrzał do sitarskich zagród i żydowskich sklepików, wtopił się w tłum uważnie nasłuchując rozmów, śmiechu i płaczu, modlitw zza okien i wrzasków z nocnych spelunek.
Siłą poetyckich obrazów Jacka Żybury jest mnogość sensualistycznych doznań: zapachy ziół, chleba, świec, dźwięki dzwonów, skrzypiących wozów, okrzyki, kolory kwiatów, domów, ścian, kształty, kalejdoskop ludzkich gestów jak na filmowej taśmie: mężczyzn pracujących w tartaku, dzieci bawiących się w chowanego, krzątających się kobiet, fruwające motyle, kaczki, kury, indyki spacerujące  w obejściach; tylko staruszki drzemią nieruchomo na ławce.  Dominujący w opisach czas teraźniejszy, utrwalając przeszłość w wiecznym „teraz”, sprawia wrażenie, jakby świat  na moment tylko zastygł: „ktoś wyszedł z domu ogrodnika…” zdaje się, że tylko na chwilę… zaraz wróci i życie potoczy się dalej dawnym rytmem (za wjazdową kutą bramą…).
Najciekawszy efekt poetyckiej kreacji pojawia się w utworach, w których dynamika dnia wstającego po nocy lub przemiany dnia w zmierzch, gdy „maleją dachy rosną ścian pochyłe cienie” a blask księżyca oświetla nocny Rynek. Mgła spływająca „nocnym brokatem” z Ratusza, potęgując zapachy piekarni i kościelne dzwony, tworzy czechowiczowski klimat przestrzeni baśniowej („Rynek –nocny pejzaż z księżycem”). Symultaniczność zdarzeń i obrazów podkreślają paralelnie uszeregowane konstrukcje składniowe: a w saskim skwerku… a w lupanarze…, a słońce… oraz współrzędnie łączone spójnikiem „i”.
       Trafnie zastosowana w tytule tomiku analogia do fotografii znajduje potwierdzenie w postawie podmiotu mówiącego, który zdaje się zwracać do czytelnika słowami Mickiewicza: „widzę i opisuję” . Jest to jednak postać naszych czasów, ktoś z naszego świata, kto patrzy w przestrzeń nie tak odległą, a przecież minioną, poprzez obrazy poetyckie rozwijając nić porozumienia „między dawnymi i młodszymi laty”. Owa dawność kulturowa żydowsko-sitarskiego miasteczka na Lubelszczyźnie, wywoływana zasobem leksykalnym bogatym w archaizmy rzeczowe i słownictwo związane z obyczajowością żydowską, realizuje poetycki „głód konkretu” zdefiniowany przez Zbigniewa Chojnowskiego jako „antidotum na zagrożoną i rozmydlaną przez anomię, masowość, redukcję refleksji, inwazję kiczu, a nade wszystko wirtualizację rzeczywistości, podmiotową strukturę człowieka współczesnego…” Realizm szczegółów prowadzi do odkrywania w poetyckiej formie śladów ludzkiego bytowania, będących zapisem wspólnego losu wielokulturowej społeczności.

      Dopełnieniem tomiku są bogate przypisy wyjaśniające wiele zapomnianych dzisiaj obyczajów sitarskiej i żydowskiej społeczności. Wiele z nich odnosi się także do szczegółów topograficznych, rozmieszczenia ulic, zmiany ich nazwy czy lokalizacji budynków, o których mowa, a które dzisiaj nie istnieją. Istotny wpływ na odbiór tomiku mają wykonane na zamówienie czarno-białe grafiki ściśle korespondujące z treścią utworów. Całość została pomyślana i skomponowana jako jak najwierniejsze odtworzenie specyficznego ducha miasteczka poprzez zaangażowanie wszystkich zmysłów i poruszenie wyobraźni, aby po lekturze idąc niedzielnym popołudniem usłyszeć echo pułkowej orkiestry Kozaków Dońskich, a przy figurze św. Jana Nepomucena zobaczyć odchodzących w świat sitarzy. 

Biłgorajskie Studio Wydawnicze Suite 77 jedzie z tak bardzo biłgorajskim tomikiem na Międzynarodowe Targi Książki, które w najbliższy weekend (20 - 22 kwietnia) odbędą się w Białymstoku w ramach festiwalu literackiego "Pogranicze kultur". Jacek Żybura będzie podpisywał na nim swoje najnowsze wiersze, a Biłgoraj w ten sposób będzie godnie reprezentowany w szeregu innych publikacji i autorów. 


Zdjęcie okładki ze strony Studia Wydawniczego Suite 77
W nocie wykorzystałam swój wstęp do tomiku "Biłgoraj w scenach widzenia Jacka Żybury"                                                                                                                                        

10 kwi 2018

Stefan Knapp - biłgorajanin w świecie

       Sława małych miasteczek budowana jest dzięki osiągnięciom ich  mieszkańców. To oni niosą w świat rodzinne strony nawet jeśli przyjdzie im żyć na obczyźnie, gdzie tworzą, dokonują odkryć, pracują, prowadzą różnoraką działalność społeczną. Biłgoraj na Lubelszczyźnie ma swojego ambasadora w osobie Stefana Knappa (1921 - 1996) wybitnego powojennego malarza, którego dzieła można oglądać w wielu krajach na kilku kontynentach, m.in. w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Meksyku, Gwatemali, Japonii, czy Indiach. Są oczywiście także w Polsce.
       Urodzony w Biłgoraju, tutaj spędził pierwsze lata życia i czas uczęszczania do szkoły powszechnej. Dalszy etap edukacji podjął we Lwowie, gdzie zastał go wybuch II wojny światowej.  Podobnie do wielu mieszkańców wschodniego pogranicza przeszedł syberyjską odyseję: od więzienia w Rawie Ruskiej, przez  więzienie lwowskie,  pobyt w Chersoniu nad Morzem Czarnym, po  skazanie na 5 lat łagrów w pobliżu Archangielska, gdzie pracował przy budowie kolei. Doświadczenia zesłańcze opisał w angielskojęzycznej wspomnieniowej książce "The Square Sun" (1957), która dopiero 30 lat później ukazała się w polskim tłumaczeniu "Kwadratowe słońce" (1987). Wolność odzyskał w 1941 roku na podstawie amnestii w wyniku układu Sikorski-Majski. Zgłosił się do tworzonego Wojska Polskiego, składając akces do lotnictwa. W Wielkiej Brytanii przeszedł szkolenie lotnicze i kursy pilotażu, w wyniku których ostatecznie został pilotem RAF i  otrzymał przydział do 318 "Gdańskiego" Dywizjonu Myśliwsko-Rozpoznawczego, w którym służył do końca wojny. 
 Stefan Knapp jako pilot RAF

Za wojenną służbę został odznaczony  między innymi Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. To właśnie wtedy także zmienił pisownię swojego nazwiska z Knap na Knapp, dodając podwójne "p". 
        Stefan Knapp talent malarski przejawiał od dzieciństwa. Malował rysunki z natury, a w czasie służby wojskowej portretował kolegów. Podczas pobytu na zesłaniu lepił figurki z więziennego chleba. Jednakże regularną edukację w tej dziedzinie podjął dopiero po wojnie w Central School of Arts w Londynie, a następnie na wydziale Slade Scholl of Fine Art University College London, który ukończył uzyskaniem dyplomu w 1950 roku. W wyniku kilkuletniego poszukiwania własnej drogi twórczej wypracował własny rozpoznawalny styl w postaci wielkich kolorowych murali i panneau wykonywanych z łączonych stalowych blach malowanych emalią. Dzieła te przyciągają wzrok wielkością, kolorystyką i symboliczna wymowa kształtów i barw. Wielokrotnie dawał w nich wyraz, zwłaszcza w pierwszych latach twórczości, traumatycznym przeżyciom z czasów wojny, zwłaszcza zesłania. Z czasem Stefan Knapp stał się artysta znanym i cenionym o czym świadczą liczne zamówienia jakie otrzymywał z różnych zakątków świata. 
         Jego wielkie przestrzenne dzieła kolorowo emaliowanych stalowych blach zobaczyć można na londyńskim lotnisku  Heathrow,  w Paramus w stanie New Jersey, zdobią budynek sieci Aleksander`s w Nowym Jorku oraz St Anne`s College w Oxfordzie czy siedzibę ONZ w Genewie.  Murale Knappa oglądać mogą mieszkańcy Ontario (gmach Synagogi), Hagi (gmach Hearsh) ,  Dusseldorfu (Szpital Miejski), Paryża (gmach C.I.N.), Hamburga ( gmach Unilever). Obrazy mniejszych rozmiarów, aczkolwiek także  tworzone nowatorską techniką emalii, znajdują się w państwowych  i prywatnych galeriach w Japonii, Meksyku czy Indii. Jednocześnie artysta przez wiele lat prezentował swoje prace na licznych wystawach w galeriach Europy (Londyn,  Monachium, Amsterdam,  Manchester,  Bordeaux,  Linz,  Paryż),  w Stanach Zjednoczonych (Nowy Jork, Detroit, San Jose w Kalifornii),  Ameryce Południowej (Argentyna, Wenezuela, Peru). 
        Jednym z najsłynniejszych dzieł Stefana Knappa jest olbrzymich rozmiarów (60 na 15 metrów) mural wykonany w Paramus (New Jersey):


Jego dzieła znajdują się też w Polsce, gdyż artysta nigdy nie zerwał kontaktów z krajem ojczystym i często tutaj przyjeżdżał zarówno w celach artystycznych, jak i prywatnych, odwiedzając rodzinny Biłgoraj. Uwagę zwraca mural na ścianie głównej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu czy na dziedzińcu planetarium w Olsztynie. Oba w sposób plastyczny nawiązujące do kosmicznych wizji:


        Planetarium w Olsztynie


Mural w Toruniu 

Mikołaj Kopernik widoczny na muralu, sportretowany został przez Stefana Knappa także jako dar dla szkoły w rodzinnym mieście Biłgoraju:



Inny dar dla rodzinnego miasta to  obraz Krzyż, który miałam okazję oglądać  podczas wystawy w Kościele pw. św. Jerzego w Biłgoraju. Obraz upamiętnia wizytę Jana Pawła II w Lublinie w 1987 roku. 


      Stefan Knapp należał do najsłynniejszych polskich artystów znanych w świecie w II połowie XX wieku. Swoją techniką rozpoczął nowy kierunek sztuki współczesnej malowania emalią, a jego dzieła wzbudzają zainteresowanie zwykłych ludzi i młodszych pokoleń artystów. Warto zwrócić na nie uwagę, gdy  będziemy w miastach , gdzie zostawił swój ślad. Możemy być jako Polacy dumni z osiągnięć,  do jakich doszedł, zawsze przy tym, mimo wielu lat spędzonych na emigracji, powtarzając: "Urodziłem się w Biłgoraju, jestem Polakiem".  


Tekst opublikowany w najnowszym 116. numerze "Listów z Daleka", luty - marzec 2018,  polonijnego czasopisma wydawanego w Liege, Belgia.

PS Zdjęcia się niektóre nie mieszczą ;-)

25 mar 2018

Muzyka w nastroju wielkopostnym

      Albert Schweitzer twierdził, że w "muzyce Buxtehudego interesujące jest wszystko".  I chociaż miał na myśli jego twórczość instrumentalną, z powodzeniem można te słowa odnieść także do dzieł głosowych, jak "Membra Jesu nostri patientis sanctissima" (Najświętsze członki naszego cierpiącego Jezusa) z 1680 roku. Wielki Post, a szczególnie Wielki Tydzień od wieków inspirował kompozytorów, czego świadectwem są liczne Pasje, z Bachowskimi na czele, Ciemne Jutrznie, jak chociażby cykle Charpentiera, czy mnogość wersji Stabat Mater od czasów baroku (np. Pergolesiego) po współczesne (np. skomponowane przez  Marco Rosano specjalnie dla Andreasa Scholla).
      Dietrich Buxtehude przez prawie 40 lat mieszkał w Lubece, gdzie pełniąc funkcję organisty, kierownika chóru i kompozytora przygotowywał muzyczną oprawę liturgiczną. Niemniej często jego utwory nie powstawały na zamówienie a z potrzeby serca inspirowanej tekstami biblijnymi i średniowieczną poezją. "Membra Jesu nostri" jest utworem wpisującym się w obchody Wielkiego Piątku, a zarazem libretto stanowi połączenie tekstu trzynastowiecznego poety Arnulfa z Louvain i fragmentów biblijnych, w tym kilku z Pieśni nad pieśniami. Siedmioczęściowa całość rozważa mękę Jezusa w kolejnych jego ranach (nawiązanie do nabożeństwa ku czci Siedmiu Ran Chrystusa): stóp, kolan, rąk, przebitego boku, piersi, serca i głowy. Od części ciała pochodzą tytuły kolejnych kantat wchodzących w skład całości, a są to:

1. Ad pedes: Ecce super montes
2. Ad genua: Ad uber portabimini
3. Ad manus: Quid sunt plagae istae
4. Ad latus: Surge amica mea
5. Ad pectus: Sicut modo geniti infantes
6. Ad cor: Vulnerasti cor meum
7. Ad faciem: Illustra faciem tuam

     Kompozycja rozpisana została na pięć głosów: dwa soprany, alt, tenor i bas, które wykonują solówki w kolejnych kantatach, z wyjątkiem piątej, w której wybijają się alt, tenor i bas oraz szóstej z udziałem sopranów i basu. Głosom towarzyszy kameralny zestaw instrumentów: dwoje skrzypiec, wiola i continuo.
      W sobotę 24 marca niezwykle emocjonalne dzieło Buxtehudego usłyszeliśmy w kościele Wniebowzięcia NMP w wykonaniu muzyków lubelskich: The Snopkers Ensmble i Zespołu Instrumentów Dawnych Senza Battuta z chórem i solistami: Ewą Lalką (sopran), Michałem Wajda Chłopickim (alt), Rafałem Grozdewem (tenor) i Łukaszem Rynkowskim (bas). Całością dyrygował Dominik Mielko. Niestety, biłgorajska publiczność nie dopisała. Być może natłok wydarzeń,w tym przygotowań świątecznych i nabożeństw rekolekcyjnych sprawił, że niewielu chętnych przyszło posłuchać wybitnego dzieła barokowej muzyki. Z drugiej strony trzeba przyznać, że rozwieszenie plakatów na słupach to za mało,a by przyciągnąć współczesne młode internetowe pokolenie. W sferze zareklamowania koncertu można było zrobić o wiele więcej, np. opublikować informacje o kompozytorze i utworze na lokalnych portalach informacyjnych, rozpropagować wydarzenie poprzez przybliżenie postaci i tematu w ogłoszeniach parafialnych - a każda parafia ma przecież własną stronę internetową. Dziwi też mizerna aktywność w zakresie popularyzacji biłgorajskich przybytków kultury: Biłgorajskiego Centrum Kultury, Młodzieżowego Domu Kultury czy Szkoły Muzycznej. Takie wydarzenia powinny szczególnie te instytucje interesować. Tymczasem przybyła garstka pasjonatów, a honor biłgorajskiego środowiska muzycznego ratował Henryk Nizio, były dyrygent Męskiego Chóru Ziemi Biłgorajskiej.
      Z osobą Dietricha Buxtehudego związany jest nierozerwalnie Jan Sebastian Bach, który według popularnej legendy w 1705 pieszo wędrował 400 km z Arnstadt do Lubeki, aby posłuchać mistrza organistyki. badacze, mają wątpliwości, czy rzeczywiście wędrówka mogła odbyć się na piechotę, ale nie ulega wątpliwości, że Bach spędził w Lubece 4 miesiące. Do dzisiaj rozważa się jak wielki wywarło to wpływ na kształtowanie muzycznej osobowości wielkiego kantora z Lipska, doszukując się w jego dziełach śladów muzycznego przetworzenia rodem z dzieł Buxtehudego. Toteż poznając kompozycje barokowego mistrza z Lubeki, poznajemy wielką tradycje i drogę, z której wyrósł największy jego następca i autor muzyki chorałowej.

Buxtehude: Membra Jesu nostri: Ad cor


20 mar 2018

Hetka z pętelką, czyli jak mit Grodów Czerwieńskich okazał się prawdą

      Przywykło się kojarzyć najznakomitsze odkrycia archeologiczne z terenami dawnych cywilizacji w Egipcie, Chinach, dorzeczu Eufratu czy Ziemi Świętej. Pierwsze skojarzenie przypomina nam zwykle upartego Schliemanna, który z "Iliadą" w ręce odkrył położenie Troi na tureckim wybrzeżu  czy legendarna klątwę Tutanchamona, o którym nawet swego czasu powstawały piosenki. Tymczasem tuż obok, niemal za progiem w latach 2010-2011 dokonane zostało odkrycie, za które polscy archeolodzy - badacze z Instytutu Archeologii UMCS - prof. dr hab. Andrzej Kokowski, mgr Marcin Piotrowski oraz Artur Troncik - otrzymali tytuł Odkrycia Roku National Geographic 2011.
      Ale zacznijmy od początku, czyli Czerwienia, legendarnej stolicy Grodów Czerwieńskich, leżących gdzieś na pograniczu polsko-ruskim, między Sandomierszczyzną, ziemią chełmską, przemyską po Wołyń. Z racji położenia od początku, to znaczy od X wieku, z którego pochodzą pierwsze wzmianki, stały się one terenem spornym w walce o terytorium. Podobno wchodziły w skład państwa Mieszka I, potem zagarnął je Włodzimierz Wielki, następnie odzyskał Bolesław Chrobry, a wkrótce potem nazwa znika w pomroce dziejów. Czerwień przepadł i przeobraził się w legendę o zaginionej Atlantydzie wschodnich Słowian. 
      W 2010 roku gruchnęła wieść, że na owalnym wzgórzu w pobliżu Czermna, niewielkiej wsi nad Huczwą w gminie Tyszowce powiatu tomaszowskiego odkryto najpierw skarb, a  następnie za pomocą nieinwazyjnych metod badawczych (z wykorzystaniem tzw. archeologii lotniczej) potwierdzono istnienie w głębi ziemi ruin fundamentów katedry potwierdzające istnienie w tym miejscu grodziszcza utożsamianego z legendarnym Czerwieniem. Odkrytych skarbów było kilka, w sumie pięć, ale najcenniejsze rzeczy znaleziono w zakopanym garnku. Były to między innymi bransolety, pierścienie, zausznice, kołty (ozdoby noszone na skroniach). Luzem zaś odnaleziono ponad półtora tysiąca przedmiotów świadczących o istnieniu bogatego i wysoko rozwiniętego życia społeczno-politycznego. 
       Opis prac i przedmiotów znajdziemy w artykule pod linkiem Wspaniałe skarby z Czermna Od momentu odkrycia trwały kilkuletnie prace, w  tym przygotowano popularyzującą wystawę Czerwień - gród między Wschodem a Zachodem, która była już prezentowana w wielu miastach w Polsce. W 2013 roku będąc w Krakowie miałam okazję obejrzeć ją, poznając naocznie po raz pierwszy skarby z glinianego garnka ;-) Obecnie wystawa przywędrowała wreszcie do Biłgoraja i można ją oglądać w Muzeum Ziemi Biłgorajskiej. Bogactwo i piękno wielu przedmiotów, zwłaszcza biżuterii,  jest zadziwiające. Srebrne bransolety, pierścionki, ozdobne sprzączki, guziki, nawet różnorodne kształty guzików mogłyby z powodzeniem służyć współcześnie i nikt nie rozpoznałby, że pochodzą z X-XIV wieku. Natomiast przedmioty codziennego użytku, takie jak szydła, sierpy, kosy, szalki wagi świadczą jak wysoko rozwinięta była ówczesna kultura materialna. 
       Wystawa ma też - poza aspektem historycznym - walor edukacyjnej ciekawostki. Na przykład co z ta hetką? Znane powiedzenie "hetka z pętelką" ma w polszczyźnie potocznej znaczenie metaforyczne, gdy tymczasem jest to nazwa rodzaju zapięcia: hetka to guzik w kształcie niewielkiego kołeczka czy walca z lekkim wyżłobieniem lub dziurką w środku, na który zakładana jest pętelka. Popularne kołeczki niegdyś powszechne przy kożuchach to właśnie owe hetki. Wśród znalezionych na wzgórzu w Czermnie przedmiotów znajdują się hetki z dziurkami. Nie wiadomo, czy służyły jako zapięcie, gdyż istnieją trzy teorie na temat ich zastosowania: jako guziki, jako instrumenty muzyczne i jako elementy naszyjnika. W każdym razie to jeszcze jeden przyczynek do zainteresowania się niesamowitym znaleziskiem. Podobnie jak relikwiarze w kształcie małych zamykanych krzyżyków, tzw. enkolpiony. 
       Wał ziemny skrywający tajemnice Czerwienia nadal porasta trawa. Trzeba jeszcze czasu i wiele pracy, aby dotrzeć do fundamentów. Marzyłoby się jednak ostateczne odsłonięcie tego, co być może skrywa ziemia i zebranie wszystkiego w jedno spójne zrekonstruowane średniowieczne "miasteczko". Mielibyśmy u siebie na Zamojszczyźnie swój własny niepowtarzalny "Biskupin", czyli Czerwień - stolicę Czerwieńskich Grodów.


Dzbanek, w którym znaleziono główny skarb - biżuterię













Biżuteria





Czerwieńska elegantka


Ozdobne klucze


Różności


Sierp i kosa


Krzyże


Plan rozmieszczenia grodu

13 mar 2018

Na literackiej mapie Polski - Objazda


            Objazda jako forma życia duchowego*

Wśród wielu sposobów patrzenia na życie literackie po roku 1989 pojawiły się w humanistyce nowe tendencje geopoetyki akcentującej przekraczanie granic między tym, co lokalne i globalne. Współczesne analizy wydobywają literaturoznawczy potencjał regionu, którego istotnymi czynnikami są miejsce, przestrzeń geograficzna i historyczna, subiektywnie odczuwany krajobraz, tło socjologiczne, kultura materialna i niematerialna obecna w tradycji i kształtująca współczesność.  Tak rozumiane  miejsca, nierozerwalnie związane z określonymi dziełami literackimi i ich twórcami,  od dawna pobudzają masową wyobraźnię czytelników. Na literackiej mapie świata Dublin ma swój drogowskaz w  „Ulissesie” Joyce`a, Paryż możemy poznawać z bohaterami  „Łuku tryumfalnego” Remarque`a, ulice Moskwy przemierzamy ze świtą Wolanda, a Orhan Pamuk nieustannie oprowadza nas po ulicach dawnego i współczesnego Stambułu. Skoro już przy stolicach jesteśmy, nie może zabraknąć Warszawy Prusa czy bardziej współczesnej w „Małej apokalipsie” Konwickiego. To jednak byłaby niezbyt dokładna mapa, ponieważ brakuje na niej ogromnych przestrzeni peryferyjnych, prowincjonalnych czy też regionalnych, które również doczekały się literackich przewodników. W atmosferę Gdańska wprowadzi nas chociażby Paweł Huelle, koloryt Wrocławia odnajdują pasjonaci kryminałów Krajewskiego, a uliczkami przedwojennego Lublina przemykają czytelnicy wraz z przestępcami i śledczymi w powieściach Wrońskiego. Lublin jest także  co roku podczas Festiwalu „Miasto Poezji” odczytywany i poznawany na różne sposoby przez pryzmat wierszy niewątpliwie jednego z najwybitniejszych lubelskich twórców - Józefa Czechowicza. Czytelnicy mając przed oczami „Poemat o mieście Lublinie” przemierzają ulice opisywane w kolejnych utworach, porównują ich klimat z lat międzywojennych i współczesny, szukają analogii, próbują w wyobraźni wskrzesić dawne miasto i jego niepowtarzalną wielokulturową atmosferę.
    Poza obszarami urbanistycznymi rozciągają się ponadto ogromne terytoria literackich pejzaży, którym Rada Europy czasami nadaje tytuł Europejskich Szlaków Kulturowych jak hiszpańskiemu pejzażowi La Mancha prowadzącemu śladami Don Kichota. Czy musimy jednak sięgać tak daleko? W polskiej kulturze funkcjonuje przecież wciąż żywy, o czym świadczą liczne publikacje, mit Kresów, raju utraconego, po którego drogach, lasach, stepach i rzekach prowadzili dawni pisarze, od romantyków poczynając, przez Miłosza, Vincenza, Konwickiego, Kuśniewicza, Stryjkowskiego, po „Opowieści galicyjskie” Stasiuka czy reminiscencje wołyńskie w poezji chełmianina Krzysztofa Kołtuna. Literackie pejzaże kresowe w wielu swoich książkach przypomina Katarzyna Węglicka, a „Kresy, czyli obszary tęsknot” Tadeusza Chrzanowskiego w sposób historyczny i kulturowy nakreśliły genezę kresowego mitu, zarazem żegnając się z samymi Kresami jako terytorium niegdyś geograficzno-politycznym, a dzisiaj obecnym już tylko w sferze kulturowej i psychicznej. Na samych Kresach zaś badacze kulturowych i literackich map wyodrębniają osobne regiony, jak Wołyń, Podole, Wileńszczyzna czy Huculszczyzna. [...]
Za sprawą książki Czesławy Długoszek „Jeśli będziemy jak kamienie” na kulturowej mapie kraju pojawiła się Objazda – niewielka miejscowość w powiecie słupskim województwa pomorskiego. Wcześniej zaistniała już jako wirtualny punkt na platformie internetowej, ponieważ Autorka prowadzi blog „Słowa na wiatr” pod adresem objazdowy.bloog.pl . Książka ściśle wyrasta z blogowej twórczości, gdyż większość rozdziałów miała swój pierwodruk w formie blogowych wpisów na żywo komentowanych przez czytelników. Podtytuł „Reportaże z Objazdy i okolic” sugeruje autentyczność opisywanych osób i zdarzeń, jak bowiem zauważa Zbigniew Chojnowski, „ten typ pisarstwa ma nade wszystko znaczenie antropologiczne, odnosi się do człowieka z imienia i nazwiska” („Punkty wyjścia, punkty dojścia”, 2002).  Czesława Długoszek udziela głosu bohaterom swoich reportaży, a nawet prowadząc narrację w trzeciej osobie, opisuje losy maksymalnie usuwając w cień siebie, eksponując zaś punkt widzenia i emocje postaci. Książka w przeważającej części jest owocem wnikliwej, żmudnej pracy badawczej, historycznych dociekań, porównań i  analiz opatrzonych poetyckim dopełnieniem autorki. Fragmenty „Kroniki Objazdy” spisywanej przez Romana Zuba, jego też „Pamiętnik”, obok zaś sybirskie wspomnienia z Józefa Cieślika spisane przez jego żonę są przykładami wprowadzenia narracji pierwszoosobowej, nadającej relacji walor autentyzmu przeżyć,  postrzegania biegu zdarzeń,  własnych losów zanurzonych w historii oraz indywidualizacji języka bohaterów. Wyznaczniki reportażu są jednak w mojej ocenie absolutnie niewystarczające dla uchwycenia charakteru i rangi obszernej książki. Już samo wprowadzenie poezji jako lirycznego dopełnienia poruszanych tematów wykracza poza ramy ściśle pojętego reporterskiego spojrzenia. Rozdziały takie jak ”Lipowe łapcie”, „Jak opowiedzieć Kresy?”, „Rówieśnicy Niepodległej” czy „Anna” penetrując losy rodziny autorki, dziadków, rodziców, krewnych, wpisują się w pewien rodzaj kroniki rodzinnej, opartej na wspomnieniach, ale i udokumentowanej źródłami  historycznymi, listami, fotografiami. 
     Wobec różnorodności form, bogactwa tematyki i punktów widzenia czy narracyjnych odmian jednoznaczne określenie gatunkowe książki Czesławy Długoszek nastręcza trudności i wydaje się wręcz niemożliwe. Być może jednak zastanawianie się nad tą kwestią nie ma racji bytu, a istota rzeczy kryje się zgoła gdzie indziej. Mianowicie w konsekwentnej jednostkowej, indywidualnej perspektywie zastosowanej do opisywania dawnych i współczesnych wycinków rzeczywistości Objazdy i jej mieszkańców. Punktem wyjścia dziejów społeczności, dziejów miejscowości jest konkret: legenda o budowie kościoła w Rowach,  historyczne zdjęcia, powstanie pierwszego sklepu, szkoły, parafii, fragment listu Józefa Turka, lipowe łapcie repatriantów z Polesia itp. Wielka historia uobecnia się w losach pojedynczych nieznanych podręcznikom ludzi, jak w exodusie Julii Matulisowej, z domu Pawłowskiej, żegnającej na zawsze poleską ojczyznę, gdyż „wszystko trzeba było zostawić,  tak zdecydowali Franklin Delano Roosevelt, Winston Churchill i Józef Stalin w dniach 4 – 11lutego 1945 roku na konferencji w pałacu Potockich w Liwadii pod Jałtą na Krymie”.  Jeśli bowiem uznać, że dzieło Czesławy Długoszek jest w dużym stopniu ściśle związane z zanurzeniem się w dziejach niewielkiego w gruncie rzeczy wycinka domowej ojczyzny, to realizuje ono najpełniej przekonanie Tadeusza Łopalewskiego „odczuwania świata zmysłami własnego regionu” („Regionalizm a literatura”, 1931). [...]
       Współczesne szlaki kulturowe mają za zadanie łączyć regiony i prowadzić do dialogu. Podkreślanie różnic, odrębności czasami wręcz interpretowanej jako dążenia separatystyczne, widoczne w pracach regionalistycznych minionych lat, ustępuje projektom wielokulturowości, która nikogo nie wyklucza. Na ile idea ta ma szansę realizacji, czas pokaże, ale mały świat okołoobjazdowy już znalazł swoje miejsce w kulturowym świecie Europy za sprawą odnowienia Europejskiego Szlaku Kulturowego Drogi św. Jakuba, którego Droga Pomorska została niedawno włączona w część europejską. Kulturowe dziedzictwo Drogi św. Jakuba, o której reaktywacji pisze Długoszek w jednym z  końcowych rozdziałów książki, jest bowiem znacznie starsze od współczesnych dróg dojazdu turystów do letniskowych domków nad morzem. Na kształt życia tu i teraz wpływ mają minione wieki, nie tylko lata naszej indywidualnej egzystencji. Także rejestrowanie i opisywanie zmian życia społecznego nie jest całkowicie oderwane od przeszłości, lecz jest jej kontynuacją, bowiem zadaniem każdej sztuki, także reportażowo-wspomnieniowo-poetyckiej, jest „odtwarzanie na nowo, na innej płaszczyźnie odziedziczonych ze krwi form egzystencji” (Tomasz Mann, „Lubeka jako forma życia duchowego”, odczyt, 1926).
__________
*”Lubeka jako forma życia duchowego”, tytuł odczytu Tomasza Manna wygłoszonego 5 czerwca 1926 roku w Lubece z okazji 700-lecia tego miasta

PS Pozwoliłam sobie zacytować fragmenty mojego Posłowia do książki Czesławy Długoszek "Jeśli będziemy jak kamienie" wydanej przez Starostwo Powiatowe w Słupsku. Obszerne niemal monograficzne dzieło, przedstawiające historyczne i współczesne zjawiska tworzące lokalną społeczność,  może być przykładem właściwie rozumianej promocji regionu i wspierania kulturalnej inicjatywy lokalnej społeczności. Kulturowe i historyczne przyczynki publikowane przez autorkę na blogu zyskały uznanie czytelników, którzy postanowili pomóc w sfinansowaniu publikacji książkowej.  Jestem dumna, że zostałam przez autorkę zaproszona do współtworzenia książki, będącej niezwykłym świadectwem trwałości i ciągłości dziejów "małej ojczyzny" uobecnionej w indywidualnych losach jej mieszkańców. 

6 mar 2018

Z prowincjonalnego skarbca

       Przywykło się uważać, że wielkie dzieła sztuki znajdują się w wielkich ośrodkach kultury. Okoliczności historyczne sprawiły, że rzeczywiście aby zobaczyć Monę Lisę trzeba pojechać do Paryża, a "polski" Leonardo (Dama z łasiczką) wespół z Rembrandtem (Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem) wiszą w Krakowie. Stąd też prowincja kojarzy się źle, najczęściej z kiczowatością, odpustowym jarmarkiem i kulturową pustką. Tymczasem wielkie dzieła sztuki potrafią zaskakiwać nieoczekiwanymi objawieniami. Może trzeba nieco wiedzy,  może zainteresowania, a może wystarczą otwarte oczy, aby je zobaczyć.  
        Doskonałym przykładem są obrazy Domenica Tintoretta z kościoła Przemienienia Pańskiego w Tarnogrodzie. Pełnopostaciowe wizerunki Św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty prezentowane były ostatnio w Galerii Jednego Obrazu na Zamku Królewskim w Warszawie. Ich losy zapoczątkowane przez kanclerza Jana Zamoyskiego, który zamówił dzieła do zamojskiej kolegiaty, ostatecznie związane zostały z kościołem w Tarnogrodzie. Stanowią przy tym  świadectwo renesansowego humanistycznego wykształcenia kanclerza i są przykładem wielorakich związków polskiej szesnastowiecznej kultury z europejskimi prądami epoki.
        Św. Jan Chrzciciel i św. Jan Ewangelista, bo o nich  mowa, są dziełem Domenica Tintoretta, syna Jacoba Tintoretta (1518 - 1594). Tintoretto senior, wenecki malarz renesansowy, miał siedmioro dzieci, z których troje poszło w artystyczne ślady ojca. Naprawdę nazywał się Robusti, lecz do historii sztuki wszedł jako Tintoretto, a po nim przydomek wraz z pracownią malarską odziedziczył jego syn Domenico (1560 - 1635). W pierwszym okresie twórczości, kiedy Domenico kształcił się pod okiem ojca, widać wiele cech wspólnych w malarstwie obu. Zresztą, wiele prac wykonywali wspólnie, jak Koronację NMP oraz Męczeństwo świętego Stefana w kościele San Giorgio Maggiore i Raj w Pałacu Dożów. Niemniej Domenico szybko się usamodzielnił i zyskał swoją własną klientelę, do której należeli między innymi Małgorzata Austriacka, przyszła królowa Hiszpanii,  książę Vincenzo I Gonzaga, książę Arundell, weneccy dożowie, włoscy arystokraci i magnaci z Europy. Znalazł się w tym towarzystwie kanclerz Jan Zamoyski (1542 - 1605), który za pośrednictwem działającego w Krakowie bankiera Sebastiana Montelupiego złożył zamówienie na obrazy do ufundowanej przez siebie kolegiaty w Zamościu. Kolegiatę wzniesiono według planu architekta miasta idealnego, czyli Bernarda Moranda, który wykonał też projekt głównego ołtarza. Zamoyski zadbał też o jej wyposażenie, czego dowodem dokładne zapisy znajdujące się w testamencie sporządzonym w 1601 roku. Zależało mu, aby wyposażenie ufundowanej kolegiaty prezentowało najwyższy poziom artystyczny, toteż zamierzał nawet sprowadzić malarza z Włoch. Kiedy się to nie udało ze względu na ogrom zamówień, jakie otrzymywali malarze włoscy z całej Europy, za pośrednictwem Montelupiego, który z kolei zatrudnił do zadania kupiecko-bankierską rodzinę Capponich w Wenecji, kanclerz zamówił obrazy dwóch swoich patronów, św. św. Janów  u Domenica Tintoretta.
       Na uwagę zasługuje fakt, że wykształcony humanista Zamoyjski miał bardzo określoną wizję dzieł i podał wręcz szczegółowe dyspozycje co do sposobu przedstawienia postaci a nawet kolorystyki. Obie postaci zostały przedstawione w całości na tle pejzażu. Św. Jan Chrzciciel jest młodszym mężczyzną o ciemnym zaroście, a św. Jan Ewangelista jako starszy z już posiwiałą długą brodą i łysiną z przodu, podpierający o ciało rozłożoną wielką księgę. Atrybutami Jana Chrzciciela są kostur zwieńczony krzyżem z napisem na wstędze ECCE AGNUS DEI oraz baranek u jego stóp. Zgodnie z ewangelicznym przekazem ubrany jest w skórę nałożoną na tunikę. Z kolei postać Jana Ewangelisty, poza księgą, czyli Apokalipsą, dopełniają orzeł i złoty kielich, z którego czary wysuwa się wąż. Obaj Janowie mają twarze zwrócone ku górze, Ewangelista nieco bardziej w lewo (nasze prawo). Nad głowami widnieje świetlisty obłok, a w dalszym tle niebo, niżej skalisty pejzaż, przy czym za Janem Chrzcicielem jest więcej szczegółów, gdyż można tam odnaleźć rzekę, pagórki i dwie budowle: jedną w ruinie i drugą piękną świątynię z błyszczącą kopułą. Pejzaż za Janem Ewangelistą utrzymany jest w nieco ciemniejszej tonacji, a daleko, daleko są podobno wyobrażone górskie szczyty przykryte śniegiem, co jednak trudno zobaczyć. W każdym razie wszystkie szczegóły dość łatwo zinterpretować w kontekście roli jaką odegrali obaj święci w historii Zbawienia.

        Co jest charakterystyczne dla twórczości Domenica Tintoretta w ogóle? Na przykład postawa świętych w kontrapoście - z wysuniętą jedną nogą do przodu, gdy tułów skręcony jest w stronę przeciwną. U Jana Chrzciciela wyraźnie widoczną, ponieważ nogi ma odkryte. Wyrazista gestykulacja i ułożenie głowy są czytelne i plastycznie wydobyte. Domenico zyskał sławę jako wytrawny portrecista i tutaj także widać, ile emocji wyrażają twarze świętych. Poza tym szczegółowość pejzaży tworzących tło. Gdy patrzymy z prawej strony obu postaci, za fałdami szat Ewangelisty można dostrzec jeziorko, nad którym rośnie drzewo, a za plecami Chrzciciela między łagodnymi pagórkami wije się coraz wyżej rzeka, prawdopodobnie w nawiązaniu do sceny chrztu Jezusa w Jordanie. Zwróćcie uwagę na misterny węzeł zawiązany na szacie Jana Ewangelisty. Wyznacza jakby środek ciężkości całej postaci.
        Docelowo Jan Zamoyski zamówił cztery obrazy, gdyż w centrum ołtarza miał się znaleźć wizerunek św. Tomasza Apostoła z Jezusem Zmartwychwstałym (kolegiata zamojska jest pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła), a w zwieńczeniu wizerunek Boga Ojca. Po przenosinach (w 1782 r.)  ołtarza z kolegiaty zamojskiej (do której zamówiono całkiem nowe wnętrze w stylu  rokokowym, co zresztą nie zostało zrealizowane i ostatecznie powstał ołtarz rokokowo-klasycystyczny) do parafialnego kościoła Przemienienia Pańskiego w Tarnogrodzie obrazy te zaginęły, a zachowały się tylko tylko dwaj Janowie.
      Na mapie powiatu biłgorajskiego można znaleźć także dzieła współczesnych artystów, bo przecież historia sztuki nie kończy się na zabytkach przeszłości. Mam tu na myśli malarstwo religijne Antoniego Michalaka (1902 - 1975), malarza zakorzenionego w Kazimierzu Dolnym. Trwająca obecnie na Zamku Lubelskim wystawa pod tytułem "Dla nieba i ziemi" odświeża ze zbiorowej niepamięci dorobek tego artysty obecnego na co dzień w wielu kościołach Lubelszczyzny, w tym powiatu biłgorajskiego i okolic. Wymienić można chociażby Górecko Kościelne, Tereszpol, a z miejscowości w pobliżu powiatu położonych Gorajec-Starą Wieś. W każdej z nich w parafialnych kościołach znajdują się obrazy Antoniego Michalaka. Najbardziej niezwykły to obraz "Święta Barbara zamykająca oczy umierającemu" w Górecku Kościelnym.  

Niezwykłość ujęcia polega na niespotykanym przedstawieniu świętej jako patronki śmierci. Kompozycja w warstwie dosłownej zawiera liczne elementy znane w ikonografii hagiograficznej, ale kompozycja przypomina znany symboliczny obraz Jacka Malczewskiego "Śmierć".
 Dla porównania:
         

      Tereszpol może się poszczycić jednym z obrazów z serii Pasji malowanych przez Michalaka wielokrotnie i w różnych ujęciach. Tutaj mamy do czynienia z obrazem łączącym tradycyjny temat Ukrzyżowania z ikonografią chusty św. Weroniki trzymającej pod krzyżem czystą, białą szatę bez odbicia twarzy Chrystusa. Wymowa tej sceny nacechowana symboliką przemawia do wyobraźni i emocji.

       We wspomnianym wyżej Gorajcu-Starej Wsi dzieło "Tron  Łaski" również łączy elementy w jeden spójny teologicznie przekaz. Centralna kompozycja postaci Trójcy Świętej uzupełnia postać anioła zbierającego do kielicha krew Chrystusa. Wszystkie postacie zawieszone zostały niejako w powietrzu, w przestrzeni bezkresnego nieba, ponad swojskim pejzażem z domami, polami i ludźmi zajętymi codzienną zwykłą pracą. Tajemnica Odkupienia odbywa się nad procesem ludzkiej pracy i krzątaniny o dobrobyt. W tle pejzażu rozpoznać można znajome elementy architektury Kazimierza Dolnego, gdzie malarz spędził większość swojego życia. Dlatego też i w samym Kazimierzu nie mogło zabraknąć jego dzieł. Jednym z nich jest "Chrystus Król" z kościoła św. Anny, łączący w sobie ideę Chrystusa Króla w cierniowej koronie z symboliką Serca Jezusa. Ciekawym rozwiązaniem jest podwójna korona Chrystusa, gdyż najpierw jest znana z Golgoty korona cierniowa, a dopiero ponad nią ręce nakładające koronę drugą, królewską.


     Już ten pobieżny przegląd pokazuje, że warto uważnie poznawać nie tylko dalekie i renomowane galerie i stolice sztuki. Czasami w najbliżej okolicy znajdziemy skarby warte uwagi. Jest jeszcze wiele nieodkrytych, a może tylko nam nieznanych wartościowych zabytków, dzieł sztuki, śladów dawnej i nowszej kultury, które warto poznać, żeby stare przysłowie "cudze chwalicie, swego nie znacie" nie tylko się nie sprawdziło, ale i nie zostało przez nas samych przekute na "daleko jeździcie, a blisko nie widzieliście". 

26 lut 2018

Średniowieczny Sandomierz

        Średniowieczny Sandomierz jest bohaterem drugiej powieści Ewy Bajkowskiej "Pamięć murów".  Główny trzon narracji stanowią pamiątki architektoniczne i artystyczne oraz postacie żyjące w XII i XIII wieku, mimo to autorka częstokroć wykracza poza te ramy dopełniając czy to losy poszczególnych bohaterów, czy też dramatyczne wątki świadczące o płynnej zmienności czasu i nakładaniu się epok. Bowiem, jak czytamy w rozdziale "Magia czasu", wchodząc wprost z chodnika w mrok murów pamiętających czasy sprzed ośmiu wieków, od współczesności "dzieli nas przecież jedynie krok". 
       W książce Ewy Bajkowskiej odzywa dawny, romański i gotycki Sandomierz, budowany żmudną pracą pokoleń i wstrząsany dramatycznymi wydarzeniami historii, których świadectwa zostały zapisane w kościelnych i zamkowych murach, dziełach sztuki, zapiskach kronikarzy i dźwięku dzwonów. Ideały średniowiecznego uniwersalizmu znajdują potwierdzenie w działalności władców, rycerzy, wykształconych przedstawicieli duchowieństwa i świętych. Należą do nich także niezwykłe kobiety, którym autorka poświęca odrębny najdłuższy prawie rozdział. Obraz epoki i miasta zachowuje dzięki temu równowagę, gdyż nie tylko mężczyźni tworzyli historię i należy zachować równowagę w obiektywnym spojrzeniu na udział kobiet: księżnych, królowych i świętych. 
        Podobnie jak w książce "Chodząc ulicami miasta", o której pisałam wcześniej, także i tutaj wyraźny jest ton osobistej refleksji historiozoficznej. Ewa Bajkowska odczytuje ducha przeszłości ze śladów, które przetrwały do dzisiaj. Łatwo jest podążać za tokiem narracji, w której pojawiają się nazwy ulic, budowli, opisy zaułków, gdzie rozgrywały się wydarzenia lub pozostały materialne dowody wielosetletniego trwania, jak Dom Długosza czy kościół św. Jakuba górujący nad miastem od ośmiuset lat. Tam, gdzie brak jednoznacznych dowodów autorka uzupełnia obraz mocą wyobraźni wspomaganej przekazami historycznymi z innych podobnych miejsc i czasów.
        Na tle dramatycznych historycznych wydarzeń podążamy śladami osób, które odcisnęły piętno na rozwoju miasta, jego materialnym kształcie w postaci budowli, fundowanych kościołów i ich wyposażenia, zamku zmieniającego kształty, powstających gwarnych podgrodzi. Wybitnym postaciom wywodzącym się z Sandomierza lub w nim urzędującym autorka poświęca osobne rozdziały bądź obszerne ich fragmenty. Na czoło wysuwa się pierwszy dzielnicowy władca Henryk Sandomierski, któremu już wcześniej Ewa Bajkowska poświęciła całą książkę "Dramat samotnego jeźdźca", Sandomierz 2010. W "Pamięci murów" staje on w szeregu innych bohaterów związanych z najstarszym okresem historii miasta: św. Jackiem Odrowążem, Kazimierzem Sprawiedliwym, Leszkiem Białym, Wincentym Kadłubkiem, Janem Długoszem wreszcie i wielu innych. Sandomierz w tej perspektywie działalności osób wyjątkowych pokazuje wole trwania i odnawiania się nawet po najcięższych doświadczeniach, jakim były najazdy Tatarów, pożary i dziejowe kataklizmy. Miasto odradzało się jak feniks z popiołów znacząc ziemię krwią męczenników, jak po słynnej rzezi mieszkańców i 49 sandomierskich dominikanów w lutym 1260 roku. Pamięć o tym wydarzeniu trwa do dzisiaj a uwieczniają je obrazy i polichromie w sandomierskim kościele św. Jakuba Apostoła oraz obrazy Karola de Prevo w bazylice katedralnej.
         Opowieść o dziejach miasta jest jednocześnie opowieścią o pamięci utrwalonej w różnych formach kultury materialnej: architekturze, malarstwie, dokumentach pisanych, kronikach i literaturze pięknej. Autorka łączy narrację o miejscach, osobach i świadectwach ich działalności z refleksją egzystencjalną o życiu, trwaniu, ludzkiej naturze, konieczności wyboru w obliczu historii. Chwilami ujawnia się osobista nuta historyka, jakim z wykształcenia jest Ewa Bajkowska, pochylającego się z zadumą nad meandrami ludzkiej duszy i niezmiennością natury. Rys osobisty pozwala czytelnikowi poczuć się mieszkańcem Sandomierza, znajdując w nim archetyp własnej ojczyzny dziejowej i genealogii miejsca rodzinnego. Mimo bogatego tła historycznego książka nie przeraża nadmiarem faktów i dat, a autorka mając niejako na uwadze czytelnika mniej rozeznanego choćby w koligacjach Piastowiczów, częstokroć przypomina kto jest kim, nawiązując do informacji już wcześniej podanych. To znacznie ułatwia lekturę, pozwalając bez wysiłku śledzić tok wydarzeń.
        "Pamięć murów" jest nie tylko opisem średniowiecznego Sandomierza. Jest opowieścią o trwaniu w historii, legendzie i pamięci. Jest portretem ludzi tworzących społeczność, wdrażających wielkie idee w zasiedlaną przestrzeń. To obraz epoki rysowany za pomocą prezentacji postaci dla tej ziemi ważnych, których ślady do dziś dają się odnaleźć w materialnym trwaniu miasta lub odczuć w aurze sandomierskich wzgórz. Ewa Bajkowska potrafi je odczytywać, a w dźwięku dzwonów usłyszeć ten sam głos, który od najdawniejszych czasów głosi znikomość ludzkiego życia i echo przeszłości.

Ewa Bajkowska: Pamięć murów. Szkice z historii Sandomierza XII i XIII wieku. Sandomierz 2015.

Książka dostępna na stronie wydawnictwa: 
        http://wds.pl/wds-sandomierz-pamiec-murow,c2,p509,pl.html

21 lut 2018

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego :-)

Szeleszcząca jesienią pod stopami jak liście,
W wieczornym poszumie drzew zawieszona,
Nad łąkami w gasnącym słońcu ogniście
Skąpana, pełna blasku piastowska korona.

W mazurkach Chopina i wieszczych wierszach
Znajdziesz ją zawsze wierzbowo rozwianą,
W jęku dzwonów i siekących deszczach,
W cichym płaczu strumienia i mgle nad polaną.

- Jak trzeszczące szkło między zębami -
Mówią obcy o naszego języka dźwiękach,
Raz toczą się samogłoski wielkimi kołami,

To znowu echo ogromnieje w brzękach.
Gdziekolwiek jesteś, rozpoznasz bezbłędnie
Jej błękitem powietrze przesycone podniebnie:

- Polszczyzna!

5 lut 2018

zimowy las


symetria


między pniami


idę