5 lut 2018

zimowy las


symetria


między pniami


idę

3 lut 2018

Haiku zimowe i nie tylko

klasyczne

***
lecą pierzaste
na białym trawniku
czernieją wrony


nowoczesne

***
przy stoliku
twoja ręka moja noga
poplątało się

(drugie zdobyło 10 punktów w konkursie Eddiego)

30 sty 2018

Chodząc ulicami Sandomierza

      Sandomierz to jedno z tych miast, których genius loci co rusz objawia się w historii i literaturze. Za sprawą Wincentego Kadłubka, a w czasach współczesnych Jarosława Iwaszkiewicza i Wiesława Myśliwskiego miasto na wzgórzu na nadwiślańskim brzegu wrosło w literacką tradycję roztaczając niezaprzeczalny urok swojskości. Współczesny odbiorca kultury popularnej zapewne prędzej skojarzy je z filmowym "Ojcem Mateuszem" niż wybitną literaturą, ale są ludzie, którzy nadal umieją utrwalać słowem obrazy sandomierskich uliczek i schodów. Należy do nich Ewa Bajkowska, której książka "Chodząc ulicami miasta" jest pełnym nostalgii wspomnieniem sandomierskiego "kraju lat dziecinnych". 
       Za punkt wyjścia autorka obrała czasy dzieciństwa i wczesnej młodości spędzone w Sandomierzu, gdzie się urodziła. Bogactwo zmysłowych wrażeń utrwalonych dzięki dziecięcej wrażliwości wzbogacają refleksje melancholijnego pochylenia się nad światem minionym, którego już nie ma, ponieważ stopniowo został wyrugowany pod naciskiem cywilizacyjnych przemian. Mimo to obrazowość języka Ewy Bajkowskiej, jej umiejętność  wywoływania obrazów nasyconych barwami, zapachami i dźwiękami pozwala czytelnikowi zobaczyć nie tylko tamten Sandomierz lat 50. i 60. XX wieku, ale i odnaleźć własne przeżycia tamtego czasu. Z jednej strony książka jest bowiem bardzo osobistym obrazem przeszłości, ale z drugiej też uniwersalnym pożegnaniem świata polskiej prowincji małych miasteczek lat powojennych. I każdy, kto wyrósł w podobnym środowisku znajdzie w tej książce zapis także własnej przeszłości. 
       W pisarstwie Ewy Bajkowskiej zachwyca mnie umiejętność łączenia osobistego odbioru rzeczywistości z uogólniającą refleksją, czasem nawet mającą walor diagnozy przemian, którym podlegają społeczeństwa. Przykładem może być syntetyczne ujęcie przemian języka: "Młodzi tworzą nowomowę, środowiskowe slangi, chcąc się odróżnić i zaistnieć. Ale ta pozornie nieszablonowa językowa oryginalność szybko staje się rutyną. Nowomowy błyskawicznie kostnieją i zostają wyrzucone na językowe wysypisko. I wciąż zachwyca tradycyjna polszczyzna, która przetrwała nie tylko w dziełach klasyków, ale także w potocznym języku naszych przodków, zawarta w różnorodnych przekazach: pamiętnikach, listach, piosenkach, a nawet kulinarnych przepisach". 
      Bogactwo wspomnień Ewy Bajkowskiej wyróżnia niesamowity dar dostrzegania zmian w szczegółach: od zmian w budowaniu płotków wokół ogródków wzdłuż uliczek miasta, przez różne sposoby reperowania i odnawiania ubrań w siermiężnych czasach braku wszystkiego, po gwar jarmarcznych i odpustowych straganów stopniowo zastępowanych przez supermarkety. Wraz z autorką spacerujemy ulicami, schodzimy kozimi schodkami, podziwiamy esowate zakola Wisły, zaglądamy do ciemnych i groźnych w dziecięcej wyobraźni piwnic i słuchamy jak wujek Stach śpiewa pieśni Moniuszki. Wspomnienia rodzinnego domu sięgają czasów powstania styczniowego, prababci i pradziadka autorki, ich dzieci, wnuków, kolejnych pokoleń, których obecności wciąż można doświadczyć w mieszkaniu Ewy Bajkowskiej wypełnionym rodzinnymi pamiątkami. Kiedy czytam w książce o zdolnościach malarskich dziadka, widzę na ścianie w pokoju jego wnuczki oprawiony w drewnianą ramę przepiękny obraz chryzantem. Po przeciwnej stronie stoi maszyna do szycia prababci, a w drugim pokoju na ścianie wisi rodowy zegar. To tylko niektóre pamiątki, w których zaklęta jest przeszłość. 
       Pamięć ludzka jest niezgłębionym rezerwuarem obrazów, słów, melodii i emocji. Umieć z nich poskładać pełną smaków opowieść o życiu nie każdy potrafi. Ewie Bajkowskiej udała się ta sztuka bezbłędnie, bez jednego fałszu, ujęta w klamrę literackiej tradycji opisów Sandomierza w twórczości Myśliwskiego i Iwaszkiewicza, których autorka przywołuje jako tych pisarzy, dla których Sandomierz był czymś więcej niż dworcem na mapie podróży. Mimo świadomości, że świat opisany w książce już nie istnieje, ma się wrażenie, że będzie trwać wiecznie, a przynajmniej dopóty, dopóki znajdzie się choć jeden "szczęśliwy ten, który w latach dojrzałych nie podda się znużeniu, podejmie chwilę, zbliży ja do oczu, pojmie jej przemijającą wartość".

Ewa Bajkowska: Chodząc ulicami miasta. Sandomierz 2011

28 sty 2018

Nanga Parbat



wysokość marzeń
oddech zamiera
w białą ciszę

16 sty 2018

Poetycki album Hanny Fogel

        Mam oto przed sobą debiutancki tomik Hanny Fogel, poetki, artystki wszechstronnej, z równą łatwością operującej słowem i obrazem. Obrazem w formie kolaży, słowem poetyckim i słowem żywym na scenie, gdy bierze udział w swoistym misterium "teatru rapsodycznego" jako recytatorka.  Autorka z wielkim zaufaniem zwróciła się do mnie z prośbą o napisanie słowa wstępnego do tomiku, co uczyniłam z przyjemnością oraz obawą, czy próba opisu nie spłaszczy zapętlonego dramatu człowieczego losu, będącego jak się wydaje głównym tematem tych wierszy. Tytułem porządkującego przeglądu należy wspomnieć, że tomik składa się z trzech części: "Moje Betlejem", "Między zdarzeniami",  "Z oddalenia".  Wiersze każdej z nich kierują uwagę czytelnika w stronę określonego kręgu wartości, tematów i życiowych doświadczeń. 
       Czym jest i gdzie się znajduje Betlejem współczesnego człowieka? Żydowskie miasteczko, które stało się świadkiem narodzenia Boga, miejsce sacrum przeniesione w przestrzeń polskiego pejzażu i polskiej historii, zatraca swą materialną, topograficzną konkretność, zyskując w zamian głębokie warstwy sensu czy raczej sensów odczytywanych w kontakcie człowieka z naturą i własnym rodowodem.  Dominujące w tym zbiorze elementy przyrody, jak szum wiatru, rechot żab, dąb i leszczyna, śpiewające ptaki – tworzą wielogłosową pieśń natury. Jak łatwo byłoby zasłuchać się tylko powierzchownie, traktując obrazy i dźwięki jako jeszcze jeden ekologiczny głos sumienia, które „pieczętuje/ prawo drzew/ do korony”. Tymczasem ani dąb nie po to stoi, żeby dawać cień,  ani źródło nie służy tylko do nabrania wody. Istnienie każdego elementu, każdego okruchu opisywanego świata ma głęboki metafizyczny wręcz sens, ustanawiany za każdym razem przez określoną relację, jaką wobec niego zajmuje podmiot i bohater wierszy. (...) W koncepcji Levinasa tak pojmowana relacja między bytem poznającym a Nieskończonością, bytem transcendentnym, jest z założenia relacją etyczną „i spełnia właściwą intencję dążenia do prawdy”. Kiedy Hanna Fogel w utworze otwierającym cykl „Moje Betlejem” deklaruje: „na miliony sposobów/ wyśpiewam ci Ziemio? (…) księgę prawd”, brzmi to jak poetyckie przetworzenie filozoficznej myśli  Levinasa: „Prawda pojawia się tam, gdzie byt oddzielony od innego bytu nie pogrąża się w nim ale do niego mówi. (…) Prawda i mowa to kategorii idei Nieskończoności, czyli metafizyki”.
       Czym więc jest ostatecznie Betlejem Hanny Fogel? Gdzie się znajduje? Może to „obrazy lepszego świata”, a może „progi/ gdzie wskazówki/ mają swój początek”. Betlejem, czyli początek historii Boga w cielesnej i materialnej historii człowieka; Boskie sacrum w ludzkim profanum; metafizyczna Nieskończoność zamknięta w krótkiej chwili czasu; ludzkie życie gdzieś między przeszłością a przyszłością, „głęboko ziemia/ wysoko niebo”. (...)
           W części zatytułowanej „Między zdarzeniami” Hanna Fogel w stopniu jeszcze wyraźniejszym analizuje temat czasu, przemijania, podejmując próby zatrzymania chwil, momentów wyznaczających etapy ludzkiego życia: dzieciństwa, młodości, dojrzewania, dorastania, doświadczania życia. W krótkich chwilach pozornego zatrzymania czasu doznajemy niepokoju własnej tożsamości, zanurzamy się w „zakolach pamięci”, „prześcieradło/ zwija się/ z bólu”. Paradoksy, sentencje, krótkie myśli zamknięte niejednokrotnie w jednym zdaniu, wydobywając z jednej strony wielość doznań i doświadczeń, z drugiej potęgują wrażenie ulotności i przemijania. „W słonej kropelce/ miłość może ulec korozji” pisze Autorka, albo w innym miejscu: „kochając ślepo/ można potknąć się/ o piekło”, co w sumie przywołuje gorzkie prawdy o ludzkiej naturze.
       Idąc za sugestią Michela Foucaulta, otwierając zwłaszcza trzecią część tomiku, „należy podać w wątpliwość owe gotowe syntezy, owe układy przyjmowane zazwyczaj bezkrytycznie, owe związki, których zasadność uznaje się z góry”. Nic tu nie jest oczywiste ani łatwe, „w słonecznym poranku/ wątki etyczne poplątane” Z oddalenia powracają postacie i ich historie, czasami zapomniane i teraz, w poetyckim słowie po Norwidowsku „odpomniane”, jak historie Józefa, Marii, Franka, Stefanii i nawet Kozaka z leśnej mogiły, „bo nie umiera ten/ o którym/ żywa jest pamięć”. Przetrwa w mogile, w krzyżu, w kamieniu, a nawet w dźwięku echa, w śladzie znaku – tak niewiele trzeba „i bezradna jest niepamięć”. (...)
       Jeśli rację ma Heidegger, że najwięcej o „byciu” można się dowiedzieć z poezji, to twórczość Hanny Fogel jest tego najlepszym przykładem. Ze słów utkanych jak gobelin oddechów wyłaniają się niezmienne wątpliwości: czy pustką jest człowiek bez uczuć? Czy można przeskoczyć granice wytrzymałości? Jak załatać żywe ciało rozdarte wierszem? Czy człowiek skazany na świat/życie/cierpienie doczeka się ułaskawienia? Lektura tych wierszy nie daje łatwych odpowiedzi. Przeciwnie, czytelnik co rusz zachłystuje się niemożliwym do wykrzyczenia buntem, niezgodą na piekło, o które „kochając ślepo/ łatwo się potknąć”. Bywa, że „nieznany wiatr” tarmosi nami i zmusza do przywdziewania masek, dlatego jeśli w zbiorze tym odkryć byśmy chcieli, kim jest bohaterka wierszy Hanny Fogel; kim jest ta, która ze „słów wyplutych jak widma na pustyni ulepić chce z pyłu zupełnie nowe”,  pogodzić musimy się z jej własnym autoportretem:

ja to nie ja
nie ja to na pewno ja
z kim rozmawiam
kiedy mówię do siebie
sprzeczności pełna
                         (Fizyczna całość)

Na osobną uwagę zasługują kolaże dopełniające przestrzeń między wierszami. Jest ich prawie tyle samo, co wierszy i stanowią niejako równoległą do warstwy słownej opowieść o człowieku w świecie współczesnym. Przyciągają uwagę bogata kolorystyką, nieoczekiwanymi skojarzeniami i wielowarstwowymi znaczeniami. Jestem pewna, że każdy może w nich znaleźć pytania o swoją kondycję czy marzenia a także swoje wątpliwości. Jest w nich też pewna doza humoru widoczna w portretowaniu ludzkich ułomności, a może to tylko lekkie przymrużenie oka, abyśmy nie traktowali siebie tak całkiem śmiertelnie poważnie. 


Obfitość


Spięci


Wplątani


Żeńskie osobliwości

Hanna Dorota Fogel: Wysoko niebo, głęboko ziemia. Wydawnictwo EKO-DOM. Grajewo 2017.

Książka dostępna w internecie: 

31 gru 2017

sylwester

sylwester
za oknem szumi rynna 
w rytm fajerwerków

30 gru 2017

grudniowe niebo

grudniowe niebo
rysuję bałwanka
na białej kartce

19 gru 2017

Kultura wysoka, kultura niska...

       Niektórzy twierdzą, że nie nie ma sztuki wysokiej i niskiej, może być tylko dobra i zła. Autorom tego przekonania być może chodziło o dowartościowanie obszarów sztuki, a może nawet szerzej, kultury, deprecjonowanej, spychanej na margines, jak folklor chociażby. Samo słowo "folklor" bywa używane pejoratywnie na nazwanie zjawisk marginalnych i mało wartościowych. Czasem nawet nie mających wcale związku z folklorem autentycznym. "Ot, taki folklor" - mówi ktoś, mając na myśli kółko regionalnych poetów w małym miasteczku, nieformalną grupę amatorów śpiewania biesiadnego, festynowe zawody typu bieganie w workach czy z jajkiem na łyżce trzymanej w zębach. Nie da się ukryć, że z wybitną sztuką czy kulturą nie ma to zbyt wiele wspólnego. Rzecz w tym, że zawsze, odkąd można mówić o powstaniu artystów zajmujących się tworzeniem sztuki zawodowo, masowość zjawiska nie szła w parze z wysokim poziomem. Im bardziej wyrafinowana, wysublimowana sztuka, tym bardziej elitarna. Masowość zawsze nieuchronnie zmierza w stronę niewyszukanej, a co za tym idzie, niewymagającej rozrywki. Za klasyczny przykład obrazujący zjawisko może posłużyć choćby Mona Lisa. Setki tysięcy turystów przeciskających się w Luwrze do obrazu nie potrafiłoby podać ani jednego argumentu, dlaczego uznaje się obraz za arcydzieło. Zwiedzanie muzeów częstokroć staje się bardziej sportem niż obcowaniem z dziełami sztuki. Sprintem "zalicza się" muzea, zabytki, starożytne krainy i miasta, żeby móc pochwalić się potem, że byliśmy tu, tu i tam, widzieliśmy to, to i tamto, na co mamy dowody w postaci tysięcy zdjęć i wielu godzin nagrań filmików. Niektórzy nic nie potrafią opowiedzieć o swoich podróżach, jeśli nie zobaczą zrobionych  w danym miejscu zdjęć. Zdjęcia zastępują im pamięć i osobiste przeżycia. 
        Podróże to może najlepszy przykład zjawiska umasowienia kultury strącanej z piedestału. Dawniej podróżowało się w jakimś celu. W renesansie podróżowano do centrów nauki, na uniwersytety, gdzie zgłębiano humanistyczną wiedzę, dającą szerokie horyzonty myślowe. Włochy, Grecja i Ziemia Święta w czasach romantyzmu były synonimem źródeł europejskiej  kultury. Podróżowanie było równoznaczne z pielgrzymką do źródeł własnej tożsamości. Oczywiście pomijam tutaj przymusowe losy emigracyjne, nie jest to tematem moich rozważań. Umasowienie podróżowania spłyciło jego cele. Samo zobaczenie bowiem jeszcze do niczego nie prowadzi. Nie nasuwa refleksji, nie pobudzi inspiracji, nie zatrzyma w biegu, bo przecież trzeba jechać dalej. Dlatego właśnie kultura podróżowania zanikła. Zastąpiły ją biura turystyczne, czyli oferta handlowa. 
         Będę bronić tezy, że kultura i sztuka wysoka istnieją. Niestety, istnieją w sferze wysokiej, czyli niedostępnej dla wszystkich. Niedostępność może mieć przyczyny ekonomiczne lub intelektualne. Na te pierwsze możemy się zżymać, jednak nikt nie znalazł jeszcze sposobu ich rozwiązania. Jedni czy drudzy badacze problemu proponują różne przeliczniki, aby stwierdzić czy kultura jest droga czy tania. Ile biletów do kina można kupić za średnią pensję, albo ile biletów do teatru czy na koncert symfoniczny. Jeszcze inni jako przelicznik stosują książki. Nie da się ukryć, że te drugie są dzisiaj znacznie tańsze i masowo dostępne w porównaniu z takimi na przykład książkami w średniowieczu, gdy kosztowały pół wioski. W tym kontekście narzekanie, że książki są drogie, wzbudzić może li tylko wzruszenie ramion. Bliższe prawdy byłoby porównanie, ile dobra kulturalne kosztują człowieka mieszkającego w centrum, w stolicy czy dużym wojewódzkim mieście, a ile mieszkańca dalekiej wioski czy małego miasteczka. Do ceny bezpośredniej np. biletu do teatru trzeba doliczyć koszty dojazdu, czasami noclegu oraz wielokrotność czasu, jaki musi poświęcić na ów dojazd i powrót. Kiedy więc różni decydenci wychodzą z akcjami dostępności kultury poprzez zapewnienie np. darmowych biletów dla emerytów mieszkających w Warszawie czy ulg dla wielkomiejskich dzieci, chce mi się śmiać, ponieważ to nie tych ludzi najbardziej trzeba do kultury przyciągnąć. O wiele bardziej potrzebują tego mieszkańcy prowincjonalnych dalekich od centrów miejscowości, gdzie na co dzień nie ma ani teatru, ani filharmonii, ani kina. Jeśli oni bowiem chcieliby z kultury korzystać, płacą za to potrójnie.
         Byłam świadkiem sytuacji, gdy z powodu choroby śpiewaczki odwołano operę w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Wszystkim oczywiście zwrócono pieniądze za bilety. Jednakże pewna para emerytów zastanawiała się nad kosztami swojego nieudanego przyjazdu, ponieważ oni musieli dodatkowo zapłacić za bilety na dojazd do Warszawy i zarezerwować nocleg. Czy za to im zwrócono? Oczywiście, że nie, ale to są właśnie realne koszty uczestnictwa w kulturze. Jeśli mają być jakieś ulgi w dostępności do kultury, to raczej dla ludzi spoza kulturalnych centrów, a  nie miejscowych. Taki marzy mi się właśnie postulat. 
       Tymczasem jednak zainteresowanie wysoką sztuką w ogóle zanika. Nie chodzi o to, że całkiem, zawsze bowiem znajdą się "szaleńcy", którzy wolą nową książkę zamiast nowego smartfona. Niemniej proporcja między wzrostem edukacji a potrzebami kulturalnymi zdaje się zmierzać w stronę niekorzystną dla sztuki wysokiej. Wzrost poziomu życia przeciętnego obywatela, wzrost zamożności, która jest przecież bezwzględnie dużo wyższa niż w latach 70., 80. i 90 nie przekłada się na wzrost wydatków przeciętnego obywatela na potrzeby kulturalne. Zaiste jest paradoksem, że wzrost liczby osób z wyższym wykształceniem nie generuje wzrostu potrzeb duchowych w sferze kultury, czytelnictwa, obcowania ze sztuką. Czytania bowiem sensacyjnych lub poradnikowych książeczek celebrytów się do tego nie zalicza. Tak samo jak śledzenie blogów wszelkiej maści trenerów i trenerek fitnesu. Mam na myśli czytanie naprawdę. Poznawanie sztuki naprawdę, a nie tylko po to, żeby pstryknąć fotkę, pochwalić się przed znajomymi. 
         W czasach, kiedy w sklepach wszystkiego brakowało, jeden towar był przynajmniej w nadmiarze: ludzka zachłanność na obcowanie z wysoką sztuką. Powstawały literackie czasopisma, kina, tworzyły się formacje teatralne, na przeglądy i konfrontacje brakowało biletów, organizowano spotkania literackie, a pierwszy raz usłyszałam głos Czesława Miłosza czytającego swoje wiersze z nagrania na taśmie magnetofonowej w zatłoczonej po brzegi niewielkiej salce w prowincjonalnym miasteczku gminnym. Dzisiaj na spotkaniach z żywymi pisarzami pod wielkimi namiotami plenerowej imprezy całe rzędy świecą pustkami, w powiatowym kinie nie opłaca się sprowadzić "Twojego Vincenta", filmu, który kandyduje do Oscara, a jeden z najbardziej zasłużonych literackich kwartalników, zawsze trzymające najwyższy poziom "Zeszyty Literackie" tracą sponsora i proszą o prenumeraty czytelników. Niska kultura czytelnicza 40-milionowego narodu stała się żenującym faktem XXI wieku. 

         

3 gru 2017

Conrad dzisiejszy

Conradowskie pytania

na przekór prostym odpowiedziom 
nieskomplikowanych ludzi
zawiedzionym nadziejom nie dowierza
jak chłopiec który zdradził swoje 
marzenia o bohaterstwie
czy spojrzeć prosto w oczy to znaczy
zrozumieć rozpacz milczącego zdziwienia
że nikt nie jest doskonały na tyle
by nie mieć wyrzutów sumienia
w jądrze ciemności gaśnie blask ideałów
wzniesionych na ruchomych wydmach 
bezkresna jest podróż do granic
człowieczeństwa wystawionego na próbę
czy istnienie praw zagwarantuje
usprawiedliwienie błędów przez wiarę
w możliwość odkupienia?
los nie uśmiechnie się 
z bagażem pogardy odpływa Nostromo
ku swojemu przeznaczeniu

3 grudnia - 160 rocznica urodzin Josepha Conrada - Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego, autora "Lorda Jima", "Nostromo", "Szaleństwa Almayera", "Murzyna z załogi "Narcyza", "Jądra ciemności" i innych powieści

Rocznicowe programy w  Dwójce:
2 grudnia
19:00 - premiera słuchowiska "Szaleństwo Almayera"
3 grudnia
20:00 -21:00 - Strefa literatury, o Conradzie będzie mówił między innymi Salman Rushdie
od  7 grudnia 
codziennie o 19:00  Andrzej Mastalerz będzie czytał fragmenty "Jądra ciemności"





5 lis 2017

Zmarł prof. Walery Pisarek

Zmarł dzisiaj w Katowicach tuż przed galą wręczenia nagród Ambasadora Polszczyzny, podczas której miał wygłosić laudację na cześć nagrodzonego Jacka Bocheńskiego. Piękna śmierć. W centrum polszczyzny. Prof. Walery Pisarek, ur. w 1931 roku, językoznawca, prasoznawca, lingwista, autor słowników ortograficznych. Polszczyznę znał jak mało kto, a ortograficzne wyzwania dla uczestników ogólnopolskiego dyktanda zostaną po nim jako przykłady niezwykłej językowej wyobraźni.


Zmierz się z dyktandem autorstwa Walerego Pisarka:

Kawiooka, Pszennooka Halszko, ani bieżące obowiązki, ani niekiedy nużące igraszki z brzdącami z sąsiedztwa, ani niemal czteroipółtygodniowa rozłąka nie stępiły mojej tęsknoty. Jakby to było wczoraj, pamiętam, jak przywiózłszy Cię do Drohiczyna, niepomny wróżb andrzejkowych, dałem się namówić na huczne przyjęcie w legendarnej późnośredniowiecznej oberży. Nie sposób zapomnieć, że stół był przystrojony bukszpanem i gałązkami sztucznej ostróżki lilaróż. Nieomal obok żarzącego się kominka półrzeczywisty skrzypek i rzępolił z cicha melancholijną kolędę. Niestety, bodajże nazajutrz rad nierad musiałem Cię opuścić, by wojażować z powrotem do Wiednia. Cóż z tego, żeśmy się wkrótce znów spotkali, skoro nieubłagany kalendarz nieledwie w okamgnieniu przypomniał o rozstaniu. Jak zażądałaś, stanąłem do konkursu Austriacki Mistrz Polskiej Ortografii, ogłoszonego przez SIO "EuropaContex". Zrazu wszyscy byliśmy dobrej nadziei, aleśmy w mig struchleli, kiedy się pomału zaczęło dyktowanie. Nasz sędziwy ciemięzca krążył wokół sali, potem sunął na wprost, w skos i w poprzek, na przemian wzdłuż i wszerz, by znienacka ni stąd, ni zowąd chyżo wynurzyć się obok delikwenta, który by nieopatrznie spróbował ściągać. Och, jak by to było dobrze, jakbyś wtenczas była ze mną. Tymczasem niecierpliwie wyglądamy werdyktu jury. Na razie z oddali ściska Cię Twój Innocenty