29 sie 2011

Francis Wheen - "Jak brednie podbiły świat"

Początek trudny do przebrnięcia, bo polityka i pieniądze, upadek i powstawanie rządów i wielka finansjera, giełdy, akcje, obligacje, trusty... odstręczające dla mnie, humanistki z zamiłowania i wykształcenia,  zagadnienia. Więc zmuszałam się. Choć w sumie całość bardzo pouczająca. Jako przykład jednej z tytułowych bredni autor podaje karierę niejakiej Jeane Kirkpatrick, której rozróżnienie dyktatur autorytarnych (prawicowych) i totalitarnych (komunistycznych) było podstawą wspierania przez administrację Reagana reżimów w Salwadorze i innych krajach Ameryki Środkowej i Południowej. Za dobrą monetę i właściwą miarę oceny poglądów Kirkpatrick autor przyjmuje krytyczny głos Washington Post, który zwraca uwagę, że powołuje się ona na poglądy Thomasa Hobbesa, nieżyjącego od trzystu lat Anglika. Jest w tym trochę niekonsekwencji, bo sam Wheen za punkt wyjścia swojej krytyki współczesnego antyracjonalizmu przyjmuje osiągnięcia oświecenia, a więc dorobek myślowy szeregu dawno nieżyjących filozofów: Kanta, Locke`a, Woltera i innych.

Kant swoim prawo moralne we mnie w gruncie rzeczy wszystko zsubiektywizował, a zwłaszcza etyczną postawę człowieka. Nie bardzo się to zgadza z postulatem rzetelności, naukowości, obiektywności wobec prawdy, bo jednak Wheen jest przekonany, że takowa, niezależna od ludzkiego widzimisię, istnieje. Dlaczego nie sięga do Kartezjusza? To on przecież położył podwaliny pod współczesny racjonalizm. Czyżby dlatego, że w gruncie rzeczy Kartezjusz nie monopolizował rozumu jako omnia potentia, jak pisze Gesche w Przeznaczeniu: Kartezjusz nie ma w sobie nic ze sceptyka. Zwątpienie służy – jego zdaniem – właśnie do tego, by zapewnić prawdę wbrew temu, co mogłoby utrudnić albo wypaczyć do niej dostęp. Zwątpienie nie jest celem samo w sobie, lecz prowadzi do ustalenia drogi do prawdy. Dla Kartezjusza zwątpienie może wręcz prowadzić do Boga: jeśli wątpię w moje zmysły i w mój rozum, to czyż nie dlatego, że mam świadomość, iż istnieje absolutna Prawda?

         Jedno trzeba przyznać: język ma Wheen dosadny. Nie waha się przy nazwiskach przedstawicieli wielkiej amerykańskiej finansjery i obok najbardziej niedorzecznych jego zdaniem utopii postawić takich określeń, jak: odpychający, nieznośny, samochwała, obmierzły, a nawet kretyński. Rozprawia się w ten sposób z, jak to określił, niebeletrystycznymi bestsellerami w rodzaju: 7 nawyków skutecznego działania, Jednominutowy menedżer, pisanych na wzór pierwszej, która zapoczątkowała całą lawinę – Poszukiwanie doskonałości w biznesie Thomasa Petersa. W gruncie rzeczy żadna z tych książek nie prezentuje niczego nowego ani odkrywczego, za to na różne sposoby udowadniają, że chciwość jest dobra. Dla tych natomiast, którym droga do kariery menedżerskiej jednak nie jest pisana, poradniki życiowe typu: Balsam dla duszy, Drogą mniej uczęszczaną czy Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus. Ta ostatnia pozycja to niemal biblia felietonistów i felietonistek kolorowych magazynów dla kobiet. Wheen szczególnie „znęca się” nad niejakim Deepakiem Choprą, który po wystąpieniu w programie Oprah Winfrey z dnia na dzień stał się autorem bestsellera i autorytetem od mieszania magiczno-pogańsko-chrześcijańsko-hinduskich  mądrości mitów w celu przedłużenia życia. I spragnieni nieśmiertelności oraz szczęścia niedouczeni frustraci poszli za głosem byłego endokrynologa, któremu przynoszą 8 mln dolarów rocznie dochodu.

         Zarówno próżni potentaci finansowi, jak i holistyczni hipisi znajdą w pochlebstwach Chopry coś dla siebie („jesteś z natury doskonały”) – pisze Wheen. - (...) Ponieważ zbieramy to, co zasialiśmy, zarówno zdrowie, jak i bogactwo są w znacznej mierze naszym wytworem. Zgodnie z tą logiką ad absurdum Chopra dowodzi, że ludzie starzeją się i umierają, ponieważ widzą, że dzieje się to z innymi. Starzenie to tylko wyuczone zachowanie. Ta złota myśl wywarła tak wielkie wrażenie na Demi Moore, że aktorka mianowała Choprę swoim osobistym guru. Mam nadzieję, że dzięki jego naukom dożyję nawet do 130 lat oznajmiła. Sam Chopra jest ostrożniejszy, ocenia, że przekroczy setkę. Pozostaje tajemnicą, dlaczego formuła długowieczności zawiodła w przypadku księżnej Diany, która na krótko przed śmiercią spożyła lunch w towarzystwie amerykańskiego guru.
Wheen do wyznawców Chopry zalicza Michaela Milkena, Michaela Jacksona (czyżby pod wpływem Chopry zrobił z siebie trupa za życia?), Elizabeth Taylor, Winonę Ryder, Debrę Winger, Madonnę, Michaiła Gorbaczowa, Hilary Clinton i Donnę Karan. Chopra dostarcza sławnym ludziom – i nie tylko im – metafizycznego usprawiedliwienia dla egoizmu. Nie wymaga żadnych wysiłków ani poświęceń: Ci, którzy odnieśli w życiu wielki sukces, są z natury bardzo duchowymi ludźmi [...]. Bogactwo to nasz przyrodzony stan. I zgodnie z ta maksymą „przemysł samodoskonalenia”, stworzony przez wszelakiej maści „Choprów”, wart jest 2,48 miliarda dolarów.

Inne źródło dochodów z produkowania chwytliwych bzdur to czarnowidztwo. Tutaj Wheen nie omieszkał wyżyć się na Fukuyamie i jego Końcu historii. Dosłownie, bo jak ocenić takie podsumowanie: Po upadku komunizmu nastąpiła erupcja wielkich uniwersalnych teorii, których refleksyjność pozostawała w odwrotnej proporcji do ich reclame. Można było odnieść wrażenie, że polityczni decydenci i analitycy zgłaszają zapotrzebowanie na iście kretyńskie uproszczenia. W ślady Fukuyamy poszedł wkrótce jego nauczyciel z Harvardu, Samuel Huntington. Jego agitacja za rynkiem Wielkich Idei – teoria globalnego chaosu – tak przypominała reklamiarstwo Fukuyamy, że nasuwało się pytanie, czy obaj nie ukończyli przypadkiem tego samego kursu korespondencyjnego Jak stać się współczesnym politycznym guru po trzech łatwych lekcjach. Ostatecznie między koncepcjami Fukuyamy i Huntingtona Wheen dostrzega zasadnicze różnice, nie zmienia to faktu, że ocena obu jest podobna.
Interesujące są spostrzeżenia o tym, jak bezkrytyczne posługiwanie się jedną metodą opisu we wszystkim i do wszystkiego prowadzi do absurdów z pełną powagą wygłaszanych w środowiskach naukowych. Luce Irigaray z feministycznego punku widzenia stwierdza, że wzór E= mc2 jest seksistowski, z kolei „matematyczne” wzory Lacana mają rzekomo wprowadzić naukowe metody postmodernistycznej dekonstrukcji nawet w odniesieniu do męskiego członka, który można opisać jako pierwiastek drugiego stopnia z minus jeden. To takie śmieszne, że aż chce się płakać, że tym podobne teorie są przedmiotem uniwersyteckich badań i częścią programu studiów w wielu uczelniach o najwyższej renomie.

Autor bezpardonowo rozprawia się z bzdurami w polityce i nauce współczesnej, czemu trzeba z ochotą przyklasnąć. Jednak doświadczenie wiary religijnej stawia na równi z takimi nonsensami jak to, że Ziemia jest płaska, a gwiazdy to wianek z kwiatków. Jakkolwiek jestem sceptyczna co do odwiedzin UFO, niemniej nie odrzucam, z bałwochwalczą wiarą w możliwości rozumu, istnienia „rzeczy, o których się nie śniło filozofom”. Chodzi o to, że Wheen daje wyraz przekonaniu, że co jest niepojęte dla rozumu, nie istnieje. Nie podpisałabym się pod taką deklaracją. Za bardzo trąci pychą.
         Wheen dostrzega i krytykuje luki w myśleniu, uproszczenia i zmyślenia, ale i sam nie jest od nich wolny. W odpowiedzi na zarzuty stawiane oświeceniu przez Gray`a i MacIntyre`a, że jest odpowiedzialne za fanatyzm i terror rewolucji francuskiej, hitlerowskie komory gazowe i sowiecki Gułag, twierdzi, powołując się na  Roberta Darntona, że philosophes żyli w kosmopolitycznej Republice Słowa, która nie miała ani granic, ani policji, więc nie może odpowiadać za czyny Hitlera, który był fanatycznym nacjonalistą. Tymczasem cała książka Wheena jest o tym, że ktoś wymyśla sobie jakąś brednię, puszcza w obieg w Republice Słowa, a ktoś inny w nią wierzy i realizuje w prawdziwym życiu. No i mamy takie chiromancje, kartomancje, dzieci kwiaty, New Age, urynoterapie, nitki od złego uroku na rączkach niemowlaków, rytualne samobójstwa, samochody pułapki, zamachy terrorystyczne... Wszystko ma swój początek w pomyśle i słowie.

         Mimo tych nieścisłości, wynikających zapewne z ogromnej żarliwości autora, książkę Wheena przyjemnie się czyta chociażby ze względu na cięty i dowcipny język. Omawiając zawirowania w angielskiej polityce pisze: Czym była owa Trzecia Droga? Nikt nie wiedział. Plasowała się gdzieś między Drugim Przyjściem a Czwartym Wymiarem. Albo: Wywody Giddensa o kwadraturze koła tak zainspirowały Tony`ego Blaira, że zasiadł i napisał własny traktat. Bardzo to zabawne, ale taką samą metodę opisu można równie dobrze zastosować do jego wywodów, np. Wheen tak uparcie doszukuje się prawicowych koncepcji w polityce współczesnych odłamów lewicowych, że ostatecznie wychodzi na to, iż jedynym lewicowcem czystej krwi i  przekonań jest on sam.
      Dwa ostatnie rozdziały książki Wheena porażają desperacką, niemal rozpaczliwą krytyką ekspansji kapitalistycznych koncepcji ekonomicznych na kraje Trzeciego Świata, w których na skutek tego zwiększa się bieda mierzona nie tylko dochodem na jednego mieszkańca, ale niedostępnością zasobów żywnościowych, oświaty i opieki zdrowotnej; pogłębia się rozziew między bogatymi a biednymi krajami. Nic się nie zmienia, a raczej zmienia, ale na gorsze. Tekst zionie fatalizmem, który przypomina diagnozy Marksa i Engelsa o nieuchronności walki klas, zwłaszcza że autor cytuje Manifest komunistyczny z 1848 roku jako argument za potępieniem w czambuł wszelkich modeli współczesnej globalizującej się gospodarki, której symbolami są McDonald`s, Microsoft, MFW i Bank Światowy.

         W ostatnim rozdziale autor zamierzał niejako zebrać wszystko do kupy i sformułować podsumowanie całości, co jednak niebezpiecznie przypomina wyśmianą przez niego na początku książki Teorię Wszystkiego. Rozdział zaczyna się od, kolejnej już, krytyki absurdów w sferze bankowo-finansowo-ekonomicznej, a kończy analizą przyczyn (których zresztą tak wyraźnie nie wskazuje) islamskiego terroryzmu. Tym razem dużo uwagi poświęcone zostało e-biznesowi, zauroczeniom rzekomą rewolucyjnością rozwiązań firm działających w internecie (okazuje się, że niektóre istniały tylko w wirtualnym świecie, włącznie z dochodami i aktywami). W skrócie rzecz sprowadza się do tego, że akcje tych firm były wielokrotnie przeszacowane, tworzył się maniakalny i histeryczny popyt na akcje, za którymi nie szły realne zyski – wszystko było palcem na wodzie, a właściwie myszką po ekranie pisane, co w konsekwencji doprowadzało do bankructwa firm i nędzy nieświadomych niczego nabitych w butelkę udziałowców.
         Kwintesencją irracjonalnego entuzjazmu dla tego typu praktyk jest dla Wheena koncepcja ekonomii w stanie nieważkości sformułowana przez Charlesa Leadbeatera w książce pt. Jak żyć nie wiadomo za co. Wielu guru e-biznesu (Wheen powołuje się tu na Petera Druckera, według którego ludzie używają słowa „guru” tylko dlatego, że słowo „szarlatan” jest za długie) było mistrzami realizacji hasła z tytułu książki, co kończyło się często ogólnoświatową katastrofą. Przykładem jest międzynarodowy koncern energetyczny Enron, o którego krachu głośno było przed kilku laty w mediach. Intrygujące jest spostrzeżenie Wheena, że absurdalne pomysły ekonomiczne zostały przez głosicieli ewangelii dotcomów uprawomocnione powoływaniem się na teorię Thomasa Kuhna, który w Strukturze rewolucji naukowych dowodził, że postęp w nauce nie następuje podczas procesu stopniowego przyrostu wiedzy, ale poprzez ogromne skoki, jakich dokonują uczeni w rodzaju Galileusza czy Einsteina. No więc to, co jest prawidłem w odniesieniu do postępu naukowego, zostało uznane za równie prawdziwe w odniesieniu do praw ekonomicznych i stało się: katastrofy giełdowe, bankructwa, załamanie rynków gospodarczych w wielu państwach. Tylko że założyciele wielkich firm wiedzieli przecież, co się dzieje i czym to grozi, dlatego w gorączce kupowania i sprzedawania nie chodziło o to, czy firma ma dobry model gospodarczy, ale czy uda się jej akcje przekazać jeszcze większemu frajerowi.

         Rozdział ostatni prawie w połowie wypełnia dobitna krytyka hipokryzji światopoglądowej najbardziej znanego i najczęściej cytowanego współczesnego myśliciela – Noama Chomsky`ego. Wheen nazywa go mistrzem podwójnej buchalterii, gdy po 11 września 2001 r. doszedł do wniosku, że zgładzenie 3000 ludzi przez Al-Kaidę nie było tak straszliwym czynem, jak zbombardowanie trzy lata wcześniej na rozkaz prezydenta Clintona fabryki farmaceutycznej w Sudanie (wziętej omyłkowo za fabrykę broni chemicznej), gdzie zginął jeden ochroniarz. Wypomniał mu też, jak długo bronił Pol Pota negując, jakoby mógł być ludobójcą i zbrodniarzem. Noam Chomsky zawsze tłumaczył wątpliwości na korzyść antyamerykańskich reżimów, w rodzaju reżimu Pol Pota czy Slobodana Miloševicia, uparcie bagatelizując skalę uprawianego przez nich terroru i podając w wątpliwość nawet najstaranniej zweryfikowane dowody.
         Mimo tylu krytycznych tyrad trudno odczytać poglądy samego autora, dla którego wzorem mądrości jest Jefferson, autor Deklaracji Niepodległości i Statutu Wolności Religijnych. I chociaż Wheen opowiada się za tolerancją i pluralizmem religijnym, demokracją jako systemem politycznym, to przecież większość wynaturzeń, jakie opisuje, miały miejsce w państwach demokratycznych, a jego wielokrotnie ujawniane antykapitalistyczne urazy nie tłumaczą przyczyn ludzkiej głupoty. Nieodparcie nasuwa się wniosek, że żyjemy w świecie, w którym to ona jest normą, a nie rzadkie przykłady – w książce Wheena jeden! taki przykład: wspomniana Deklaracja Niepodległości – posługiwania się rozumem. Być może właśnie  Filozofia głupoty Jacka Dobrowolskiego jest właściwszą diagnozą przyrodzonego stanu ludzkiego umysłu. Zamiast się dziwić i zżymać, że wkoło nas tyle bzdurnych idei zyskało renomę obowiązujących norm, należy się raczej zdumiewać, że mimo wszystko w każdej epoce i w każdym czasie można natrafić na kilku mądrych ludzi. To dopiero cud!
        

Brak komentarzy: