Wystawie towarzyszy kilkunastominutowy film dokumentalny o współczesnym Drohobyczu, a całość zwiedza się na tle przepięknej, nastrojowej muzyki inspirowanej rozpoznawalną dla kultury żydowskiej rytmiką i instrumentacją, skomponowanej przez Jerzego Satanowskiego.
I oczywiście, bo jakże by mogło być inaczej, są manekiny: komiczne postacie w cyrkowych kapeluszach, zadumana kobieta pod kamienną ścianą, siedzący na krześle ktoś jakby rzemieślnik, na tle gruzów ustawione kamienne płyty nagrobne z kirkutu. Wejście do głębszych sal wystawowych, zmuszające do przejścia korytarzem z przyciemnionym światłem, manekinowymi postaciami wprowadza w stan nieco przygnębiający, niemal żałobny. Mimo wszystko wolałam oglądać obrazy, rysunki, grafiki, które świadczą nie tyle o zamkniętym rozdziale sztuki pod nazwą "Schulz", co o wciąż żywej inspiracji płynącej z jego dorobku.
Spodobał mi się obraz Edwarda Dwurnika zatytułowany po prostu Drohobycz. Zdjęcie zrobione telefonem komórkowym i w dodatku z moimi miernymi umiejętnościami nie oddaje w pełni klimatu kresowego miasteczka, jakie staje się naszym udziałem, gdy się na nie spogląda. W pewnym stopniu skojarzyły mi się z nim naiwne obrazki Nikifora, jego Stanisławów w zakrzywionej perspektywie, jakiś dworzec kolejowy w otoczeniu kamieniczek.
Z twórczością Franciszka Maśluszczaka już się kiedyś spotkałam w Nadrzeczu, a tutaj znalazłam dwa obrazy zachwycające baśniową atmosferą, przypominającą w dużym stopniu malarstwo innego artysty o kresowych korzeniach - Marka Chagalla.
Pierwszy z nich, Dorożka, to niemal ilustracja do Zaczarowanej dorożki Gałczyńskiego, tylko że postać siedząca jako pasażer przypomina Schulza ze znanych portretów i zdjęć.
Drugi obraz - Schulz - już bezpośrednio w tytule nie pozostawia wątpliwości, skąd i z kogo Maśluszczak czerpie inspiracje dla swojego kolorowego, dziwnie magicznego malarstwa.
Rafała Olbińskiego znam raczej jako autora niesamowitych, przełamujących granice wyobraźni grafik komputerowych niż malarza posługującego się pędzlem czy autora ręcznych rysunków. Z zaskoczeniem więc znalazłam na wystawie cykl zatytułowany Nieodparty urok Adeli z czytelnymi aluzjami do Schulzowskich Sklepów cynamonowych. Wybrałam spośród nich według mnie najbardziej ulotny i dowcipny.
Na Zamku wystawa potrwa jeszcze klika dni, do końca listopada. Czy pojedzie gdzieś dalej, nie wiem, bo przecież była już w Krakowie, w Gdańsku, była też za granicą: we Lwowie, w Pradze, Odessie, Tel Avivie. Na pewno warto ją zobaczyć. I warto mieć ze sobą lepszy aparat fotograficzny ;)
Folder informacyjny wystawy
No i klops, bo zapomniałam czy ja tu stoję na tle obrazów Dwurnika czy Starowieyskiego? Marny ze mnie znawca malarstwa:(